Większości osób amerykańskie samochody kojarzą się z wielkimi pontonami, które lekko szturchnięte w poniedziałek, bujają się aż do soboty. Są z natury niezbyt szybkie, za to - wyposażone w mocarne silniki widlaste - na sam rozruch zużywają więcej paliwa, niż dowolna Skoda przez cały rok. Żeby było zabawniej, za przeniesienie napędu na tylne koła odpowiada ospała automatyczna skrzynia, zwykle czterobiegowa, gdzie nadbieg traktowany jest jak manna z nieba. Cóż, nie da się ukryć, że trochę w tym racji jest. A Lincoln Town Car, jeden z najbardziej charakterystycznych amerykańskich samochodów, wcale nie aspiruje do tego, aby opinię tę zmienić. Bo i po co, jeżeli idealnie odpowiada klientom, dla których został stworzony?

Produkowany od 1981 roku, przez wszystkie generacje aż do 2011 Lincoln Town Car montowany był i sprzedawany jedynie w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Ford, właściciel firmy Lincoln, doszedł do wniosku, że w europejskich warunkach 5,5-metrowa limuzyna nie znalazłaby wielu nabywców. Zapewne miał rację. Niemniej jednak wiele egzemplarzy koniec końców przekroczyło ocean i zawitało do Europy, w tym również do Polski, gdzie przeważnie pełnią funkcję użytkową. Lincoln Town Car w polskim wydaniu to już niestety nie krążownik szos do pogoni za marzeniami. To najzwyklejszy wół roboczy, po odpowiednim przedłużeniu desygnowany do obsługi ślubów, wieczorów kawalerskich i innych tego typu okazji.

Town Car w Polsce?

Na szczęście - także i w Polsce - można jeszcze znaleźć Town Cara nie upstrzonego masą neonów, diod i innych dupereli. To rzadkość - owszem - co nie zmienia faktu, że za 20-30 tysięcy złotych można wejść w posiadanie jednego z ostatnich prawdziwych krążowników szos. Mimo że nie będzie najmłodszy, to jednak taki przedział budżetowy spokojnie wystarczy do rozejrzenia się wśród Lincolnów trzeciej generacji, produkowanej od 1997 roku. Trzeba jednak mnóstwo cierpliwości, bo odsianie 7,5- i 9-metrowych karykatur Town Cara wymagać będzie doprawdy wiele wysiłku.

Trzecia i ostatnia, nie licząc faceliftingu, generacja Lincolna Town Car oparta była na konstrukcji Forda Crown Victoria, jednego z najczęściej spotykanych na ulicach Ameryki radiowozów, ale poczyniono pewne zmiany, które sprawiły, że zmienił się charakter pojazdu. Lincoln Town Car był więc chwalony za najwyższy komfort jazdy, luksusowe wyposażenie czy wyciszenie wnętrza, ale już znacznie rzadziej za rozwiązania techniczne. Nie bez powodu.

Zwinność parowozu

Silnik V8 o pojemności 4,6 litra wydaje się wprost stworzony do samochodów sportowych. Niestety (a może “niewysilenie" przełożyło się korzystnie na trwałość jednostki?) moc motoru ograniczono do zaledwie 240 koni mechanicznych, co w samochodzie ważącym dobre 2 tony i wyposażonym w ospałą automatyczną skrzynię biegów nie przekładało się na godne pojemności osiągi. Mimo że jednym ruchem stopy na pedale gazu można zdjąć opony z tylnych kół Town Cara, to jednak limuzyna ta jest znacznie bardziej stateczna, niż można by oczekiwać. Klasyczny Lincoln nie tylko przyspiesza ospale, ale także niechętnie hamuje, a pokonywanie zakrętów za kierownicą tegoż Amerykanina nie odstaje od stereotypów. Coś za coś.

W polskich warunkach utrzymywanie klasyków zza oceanu, zwłaszcza tych powstałych w złotej erze, nie może być tanie. I faktycznie - minimum spalania, do którego Lincoln Town Car jest w stanie ograniczyć się w cyklu miejskim, to 13-15 litrów benzyny na 100 km, a w rzeczywistości cieszyć należy się wtedy, kiedy uda się zejść poniżej 20. Koszty ubezpieczenia również nie będą małe, bo powiększa je prawie 5-litrowa pojemność silnika. Ale nikt nie obiecywał, że będzie tanio.

Dlaczego tak, dlaczego nie?

W zamian za spore wydatki można wszakże otrzymać samochód, który komfortem i wyposażeniem daleko do przodu ucieka współczesnym “limuzynom". Szczególnie w luksusowej wersji Lincoln Town Car Cartier miał na pokładzie wszystko, co można było sobie wymarzyć. Bardzo często uzupełnieniem kompletu wyposażenia był wówczas prywatny szofer w liberii, jak nic innego pasujący do wizerunku Lincolna.

Dwa słowa podsumowania? Chcąc kupić amerykańskiego klasyka za przyzwoitą cenę, trzeba się pospieszyć i nie żałować choćby i 30 tysięcy złotych, a ewentualne naprawy i odświeżenie pochłoną mnóstwo czasu i pieniędzy. Ale z każdym kolejnym rokiem będzie jeszcze gorzej, bo moda na śmiesznie pojmowaną ekologię w motoryzacji trwa w najlepsze, a ekspansja Fiata 500 na rynek Stanów Zjednoczonych jest tego najlepszym przykładem. O ironio, kiedy Amerykanie dbali o swój wygląd, jeździli 6-metrowymi limuzynami. Teraz, kiedy mało który mieści się w kolejowym wagonie, zwracają się ku małym Fiatom.

Wracając jednak do Lincolna Town Car - to wspaniała inwestycja, która może przynieść mnóstwo satysfakcji, ale jednocześnie wymagać będzie sporego poświęcenia. Bez gotowości na to lepiej nawet nie myśleć o Lincolnie. Nowa Skoda będzie wówczas znacznie lepszym rozwiązaniem.