• Jeden kierowca, Corvette z 1989 r. i dokładnie 3 tys. 947 km. Marcin Napieraj w ciągu 11 dni odwiedził swoim klasycznym kabrioletem aż 10 państw. Celem były Bałkany
  • Jak mówi, miała to być odskocznia od wakacji zaplanowanych od A do Z. Lot samolotem i wypożyczenie auta na miejscu w ogóle nie wchodziły w grę
  • W podróż wybrał się zupełnie sam, ale tego nie żałuje, bo poznał dużo ludzi i lepiej "poczuł klimat" odwiedzonych państw. Żałuje za to, że turystyka samochodowa odchodzi w zapomnienie
  • Więcej takich tekstów znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

Czy twój urlop miał być odtrutką na współczesny "fastfoodowy turyzm"?

Szczerze mówiąc, po prostu chciałem przejechać się gdzieś klasykiem. Lubię wszelkie podróże samochodem, a mam teraz dostęp do ciekawego youngtimera, więc pomyślałem, że warto wybrać się na wakacje czymś nieco starszym.

Na trasie przejazdu trafiło się nawet trochę śniegu Foto: Marcin Napieraj / autogaleria.pl
Na trasie przejazdu trafiło się nawet trochę śniegu

Czyli odskocznia od nowoczesnej motoryzacji?

Może masz rację, ale przede wszystkim miała być to podróż bez planu, bez ścigania się z punktu A do punktu B i bez konkretnego celu. Uznałem, że w tym przypadku moim odpoczynkiem będzie już sama jazda. Codziennie wytyczałem sobie nowe cele, ale one były drugorzędne – liczyła się frajda za kierownicą.

Brałeś pod uwagę lot samolotem i wypożyczenie auta na miejscu?

Tym razem zupełnie nie o to mi chodziło. Jasne, nawet youngtimera można wypożyczyć na miejscu, ale w takiej sytuacji wracamy do punktu wyjścia – jesteśmy uwiązani terminem wypożyczenia i punktami odbioru oraz zwrotu.

33-letni Chevrolet Corvette C4 Marcina Napieraja Foto: Marcin Napieraj / autogaleria.pl
33-letni Chevrolet Corvette C4 Marcina Napieraja

A podróż kamperem?

Karawaning nie przemawia do mnie choćby w najmniejszym stopniu, ale rozumiem, że są ludzie, którzy lubią spędzać urlop w ten sposób. Ja wolę czerpać radość z jazdy bez dachu, a tak się składa, że moja Corvette to nie tylko stary samochód, ale też przy okazji kabriolet.

Ale jak to tak bez celu? Miałeś chociaż jakiś konspekt?

Niezupełnie była to jazda przed siebie, miałem bowiem w głowie miejsca, które chciałem odwiedzić. Trasę planowałem jednak z dnia na dzień, wytyczając sobie codziennie jakiś punkt docelowy. Gdy wyjeżdżałem z Warszawy, ograniczał mnie tylko limit kilometrów, wiążący się z – czasy mamy, jakie mamy – wysokimi cenami paliw. Musiałem zmieścić się w budżecie, ale ostatecznie i tak dojechałem dalej, niż myślałem.

Budżet okazał się elastyczny czy trasa wyszła taniej?

Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że samochód pali mniej, niż zakładałem. "Vetta" średnio zużywała na trasie niespełna 13 l/100 km. Spodziewałem się, że będzie to 14 l/100 km, a w przypadku tak długiej podróży taki litr już robi różnicę. Podczas płynnej jazdy na ekspresówkach udawało mi się zejść nawet do 11 l/100 km. Na paliwo wydałem w sumie niecałe 4 tys. zł.

Corvette okazała się oszczędniejsza w trasie, niż myślał właściciel Foto: Marcin Napieraj / autogaleria.pl
Corvette okazała się oszczędniejsza w trasie, niż myślał właściciel

Jak wyglądały przygotowania do podróży?

Sprowadzały się w zasadzie do porządnego przejrzenia samochodu. Przed samym wyjazdem miałem drobną awarię, którą udało się usunąć mojemu mechanikowi zaledwie dzień przed startem. Co poza tym? Hmm... Spakowałem się [śmiech].

Co z twojego punktu widzenia warto sprawdzić przed trasą w starym aucie?

Przede wszystkim trzeba powierzyć samochód zaufanemu mechanikowi albo serwisowi, żeby mieć pewność, że ktoś potraktuje temat poważnie. Wiadomo, że dużej awarii silnika, skrzyni biegów czy uszkodzenia zawieszenia nie da się przewidzieć. Taki wyjazd mogą jednak popsuć wszelkie drobiazgi, a z mojego doświadczenia wynika, że w starych samochodach najczęściej zawodzą właśnie pierdoły – jakaś obluzowana gumka czy przetarty kabel. Niby drobiazgi, ale mogą unieruchomić auto. Nie wszędzie będzie to łatwo zdiagnozować i naprawić. Zwłaszcza wtedy, kiedy jedziemy niepopularnym samochodem.

Nie bałeś się, że twoja 33-letnia Corvette wróci przez to do Polski na lawecie?

Obawy są zawsze, ale jeśli to one zatrzymałyby mnie w kraju, to bardzo bym tego żałował. Mam ubezpieczenie z dobrym pakietem assistance, więc założyłem, że w razie czego auto wróci na lawecie, a potem będę kombinować. Wszystko jest do zrobienia!

Trafiły się jakieś niespodzianki pomimo inspekcji?

Nie działo się zupełnie nic. Owszem, przy dużych ulewach wyszło, w których miejscach dach przepuszcza wodę, ale trudno to nazwać awarią. Codziennie rano wsiadałem i robiłem średnio 350 km bez żadnego problemu.

Ulewny deszcz zweryfikował (nie)szczelność materiałowego dachu Foto: Marcin Napieraj / autogaleria.pl
Ulewny deszcz zweryfikował (nie)szczelność materiałowego dachu

Czym pozytywnym zaskoczył cię twój samochód?

Głównie tym, że podołał. Znam go już całkiem dobrze, więc wiedziałem, czego się spodziewać, ale ucieszyło mnie, że nie pojawiły się żadne problemy typu przegrzany silnik. Przez Chorwację czy Czarnogórę jechałem jednak w 30-stopniowym upale, a pamiętaj, że mówimy nie tylko o 33-letnim wozie, ale też takim, który przejechał już prawie 300 tys. km i nie miał jeszcze nigdy remontu silnika.

Czy podróżowanie takim autem wymaga wyrzeczeń?

Starym niekoniecznie, ale jeśli mówimy o tym konkretnym samochodzie, to Corvette C4 jest bardzo sztywno zawieszona, więc podróżowanie po nie najlepszej jakości bałkańskich drogach czasem powoduje bóle w kręgosłupie. Do tego auto jest upiornie plastikowe, więc wszystko trzeszczy – amerykańska jakość wykonania. Poza tym trzeba się jeszcze umieć spakować w nieduże torby [śmiech].

Nauczyła cię czegoś Corvette na tym wyjeździe?

Na pewno tego, że górskie serpentyny zdecydowanie nie są jej domeną. Ja zaś, jako kierowca, dostałem srogą lekcję pokory. Mimo że nie jest to jakaś bestia, bo ma niecałe 250 KM, Corvette jest samochodem tylnonapędowym, ma duży moment obrotowy i brak jakichkolwiek systemów kontroli trakcji. W trudnych warunkach na mokrej nawierzchni trzeba bardzo uważać, bo nawet niewielki ruch nogą na pedale gazu potrafił – mniej lub bardziej – postawić auto bokiem.

Corvette C4 to samochód, który nie "cacka" się z kierowcą Foto: Marcin Napieraj / autogaleria.pl
Corvette C4 to samochód, który nie "cacka" się z kierowcą

Czy samotna podróż służy przemyśleniom?

Miałem na nie sporo czasu, ale samodzielna podróż takim samochodem ma dodatkowy wymiar społeczny, bo pozwala zawiązywać znajomości na trasie. Jeśli jechałbym z kimś, pewnie nie rozmawiałbym z tak dużą liczbą osób, które do mnie zagadywały, bo byłbym skupiony na tej drugiej osobie. Samochód klasyczny wywołuje bardzo pozytywne reakcje ludzi i myślę, że efekt byłby podobny, gdybym był w tych samych miejscach "Maluchem". Takie rozmowy są cenne, bo dzięki nim w zasadzie każdego dnia podróżujemy od nowa – lepiej poznajemy kraje, które przemierzamy.

Nocowałeś u lokalsów?

Wszystkie noclegi rezerwowałem w aplikacji i po prostu brałem to, co się akurat trafiło. Czasem był to pensjonat, ale zdarzało się też mieszkanie czy pokój, do których klucze odbierałem od zupełnie lokalnej mamy właściciela. W Czarnogórze mieszkałem u malarza, który był emerytowanym oficerem na statkach handlowych i wynajął mi pokój. Zakwaterowania były najróżniejsze.

Który kraj podobał ci się najbardziej?

Nie jestem w stanie na to odpowiedzieć, bo byłem łącznie w 10 państwach i każde z nich miało w sobie coś niesamowitego. Trafiłem na przeróżne drogi i przepiękne widoki, których zwyczajnie nie da się porównać. Od zawsze jestem fanem Chorwacji, ale zachwyciły mnie też Czarnogóra i Bośnia czy idąca wzdłuż przełomu Dunaju granica serbsko-rumuńska. Rzeka jest tam już bardzo szeroka, po bokach są skały, a na drodze świetny asfalt i dużo zakrętów. Widoki takie, że nawet trudno dobrze je oddać na zdjęciach.

Jeden z bajkowych pejzaży na trasie Marcina Foto: Marcin Napieraj / autogaleria.pl
Jeden z bajkowych pejzaży na trasie Marcina

Jakie drogi poleciłbyś turystom samochodowym?

Na pewno właśnie tę biegnącą wzdłuż Dunaju. Można ją znaleźć pod nazwą Żelazna Brama. Druga to droga z Mostaru do Sarajewa, która idzie wzdłuż doliny rzeki Neretwy. Klimat trochę podobny i też nie do podrobienia! Myślę, że wielu osobom spodoba się także przejazd do Czarnogóry przez Bośnię i Hercegowinę, który biegnie przez góry, a potem nagle wyjeżdża na Zatokę Kotorską. Widok otwiera się tam na miasteczka kilometr w dół i to jest coś fantastycznego.

Ile dni warto przeznaczyć na wyjazd bez planu?

Ja przeznaczyłem na taką podróż 11 dni, ale bez najmniejszego problemu byłbym w stanie wydłużyć ją do pełnych dwóch tygodni. Tylko wtedy na pewno przekroczyłbym zakładany limit kilometrów... Każda taka podróż, nawet tygodniowa, będzie fajna. Uczciwie muszę przyznać, że największą frajdę miałem jednak dopiero na drugi dzień, czyli po wyjechaniu z Węgier. Pierwszy dzień upłynął mi na przedostaniu się przez Polskę, Czechy, Słowację i właśnie Węgry.

Co trzeba ze sobą zabrać?

Warto przejrzeć obowiązkowe wyposażenie samochodu w każdym z państw. Miałem dwie kontrole drogowe, z czego jedna była ewidentnie w celu wymuszenia ode mnie łapówki. I teraz już wiem, że w Bośni i Hercegowinie wymagane są komplet zapasowych żarówek i linka holownicza... W Polsce nie trzeba tego wozić ze sobą, więc policjant ma się do czego łatwo przyczepić. To spotkanie kosztowało mnie 10 euro, choć negocjacje zaczynaliśmy od 20.

Piękna sceneria i piękny samochód. Czego chcieć więcej? Foto: Marcin Napieraj / autogaleria.pl
Piękna sceneria i piękny samochód. Czego chcieć więcej?

Co może przydać się na trasie?

Aparat, ale ja akurat nigdzie się bez niego nie ruszam. Na pewno też karta do wirtualnego kantoru, dzięki której nie trzeba ze sobą wozić w gotówce wszystkich walut potrzebnych do płatności w tylu różnych krajach. Obecnie kartą można zapłacić niemal na każdej stacji paliw. Aha, i ubrania przeciwdeszczowe, bo burza znajdzie was wszędzie [śmiech].

Czy taka podróż rozbudza apetyt?

Bez dwóch zdań. Staram się dużo podróżować i zawsze mam na to ochotę, ale po tym wyjeździe mam większy apetyt na wyprawy w stylu trochę zapomnianej dziś turystyki samochodowej. Obecnie podróżujemy autem tylko po to, żeby gdzieś dotrzeć. Z jednej strony mnie to nie dziwi, z drugiej, szkoda, że nie korzystamy przy tym z tego, co może nam dać podróż sama w sobie.

A przecież może dać naprawdę dużo.

Mam tu na myśli głównie spontaniczne zjazdy z trasy, pojechanie lokalnymi drogami zamiast autostradą, zatrzymywanie się na śniadania czy obiady w przydrożnych zajazdach i zjechanie nad jezioro albo pod zamek, których nie dostrzeżemy z drogi szybkiego ruchu. I przede wszystkim niespieszenie się w tej podróży, bo przecież nie zawsze musi chodzić o to, żeby dotrzeć jak najszybciej do celu. Warto też skorzystać z tego, którędy jedziemy i czego możemy doświadczyć po drodze.

Relację z bałkańskiej podróży Marcina Napieraja możecie przeczytać tutaj.