Gigantyczny paraliż na polskiej granicy. "Być albo nie być"
— Wspieramy Ukrainę, ale musimy także wspierać nasze własne rodziny. Dla naszych firm to teraz kwestia "być albo nie być" — mówił w rozmowie z BBC jeden z protestujących przewoźników. Jak się okazuje, blokada granicy ma się rozszerzyć na kolejne przejście.
Ivan Semenovych / Shutterstock
Przejście na granicy Polski i Ukrainy
Jak podaje "Rzeczpospolita", w najbliższą środę 22 listopada protest polskich przewoźników, który trwa od dwóch tygodni na granicy z Ukrainą (rozpoczął się 6 listopada br.), ma się rozszerzyć na przejście graniczne w Medyce. Obecnie blokady trwają już w trzech miejscach. A są to: przejścia w Hrebennem i Dorohusku w woj. lubelskim i w Korczowej na Podkarpaciu.
Myślę, że Unia Europejska chciała pomóc Ukrainie i to dobrze. Ale tak naprawdę nie przemyślała tego, że Ukraina przejmie nasz rynek. (...) Wspieramy Ukrainę, ale musimy także wspierać nasze własne rodziny. Dla naszych firm to teraz kwestia "być albo nie być"
— mówił w rozmowie z BBC przewodniczący komitetu strajkowego Paweł Ozygała, tłumacząc, że głównym powodem protestu jest to, że Unia Europejska zniosła wszystkie ograniczenia wjazdu nałożone na ukraińskich przewoźników.
Jak podaje rmf24.pl, w poniedziałek ok. 1,1 tys. tirów czeka w 25-kilometrowej kolejce na wyjazd z kraju przez przejście w Dorohusku (według danych policji). Czas oczekiwania na odprawę wynosi 250 godzin, tj. ponad 10 dni. Zaś do przejścia w Hrebennem w 150-godzinnej kolejce stoi ok. 600 tirów.
Tamtejsze służby traktują nas jak bankomaty, a w Polsce tracimy rynek. Jak mamy konkurować z ukraińskimi firmami, gdy musimy płacić kierowcy 2,5 tys. euro, a firmy ukraińskie płacą 700 euro?
— mówi w rozmowie z "Rzeczpospolitą" jeden ze strajkujących.
Źródło: "Rzeczpospolita", rmf24.pl, polsatnews.pl
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.