Wydaje się, że tego dźwięku nie da się pomylić z niczym innym – mamy wrażenie, że zza rogu wyjedzie za chwilę Harley-Davidson. Zakład? Ech, i od razu przegrana! To złote auto wynurzające się zza winkla wygląda prawie jak Fiat Topolino. Niewielu obserwatorów wie jednak, że ten lśniący pojazd to... Skoda!

Pikanterii temu spotkaniu dodaje to, że tego samochodu oficjalnie... nie ma. W późnych latach 30. ubiegłego wieku Skoda chciała wprowadzić do oferty tani model podstawowy, dostępny dla możliwie szerokiej grupy klientów. Czesi długo projektowali, konstruowali, a potem wypróbowywali. Efektem tych prac była Sagitta. Nazwa ta oznacza tyle, co strzała.

Daleko z przodu umieszczono widlasty 2-cylindrowy silnik chłodzony powietrzem – już wiemy, dlaczego wydawało nam się, że jedzie Harley. Takie rozwiązanie oszczędza masę i przestrzeń. Konstruktorzy Skody umieścili skrzynię biegów przy tylnej osi – klasyczny układ transaxle! Czescy inżynierzy potrafili wówczas myśleć „w poprzek” i naprawdę mieli odwagę.

Dlaczego nic z tego nie wyszło? Cóż, zawirowania historii. Po prostu ten samochód pojawił się w złym czasie. W 1939 roku Hitler najpierw zajął część kraju, a potem wybuchła wojna. Motoryzowanie społeczeństwa przestało być palącym problemem... Powstało tylko pięć prototypowych Sagitt. Niestety, w realnym socjalizmie auta gdzieś się zawieruszyły. Tylko jeden egzemplarz wypłynął w 1973 roku – trafił do zakładów Skody, a konkretnie: do zawilgoconego magazynu. Skoda miała wówczas inne, ważniejsze problemy.

Przez dziesięciolecia Sagitta stała zapomniana gdzieś w rogu hali, aż odkryła ją Eva Ticova – od 1997 roku szefowa zakładu renowacji zabytków przy fabryce Skody w Mladej Boleslavi. Równolegle do wykonywanych planowo zadań kierowany przez nią team wyremontował od tamtego czasu 10 aut. Ostatnim była właśnie Sagitta.

Licznik wskazywał dopiero 14 tys. km – przypomina sobie nasza bohaterka. Ale niestety, to tylko jeden aspekt renowacji. Reflektory nie były oryginalne, siedzenia pochodziły z 50-letniej Octavii, a takie rzeczy, jak układu zasilania i wydechowy, były już tyle razy przerabiane, że nie wiadomo, jak wyglądały w oryginale. Ktoś zdecydował się nawet na dorobienie opuszczanych szyb, mimo że w oryginale były przesuwane. To niewiarygodne, jaką inwencję twórczą mają niektórzy hobbyści – mówi Ticova.

Najtrudniejsze było to, że nie znaleźliśmy zbyt wielu informacji o samochodzie w naszych archiwach – wspomina Eva. Tylko kilka fotografii z okresu powojennego, ale wtedy prototypy Sagitty były już w posiadaniu prywatnych właścicieli. Oznaczało to, że zostały zoptymalizowane i dostosowane do potrzeb użytkowników. Nigdzie nie można było znaleźć informacji o detalach wykończenia i wyglądzie wnętrza. Ale Eva Ticova miała szczęście – w Karlowych Warach znalazła kolekcjonera, który posiadał nierestaurowaną, prawie oryginalną Sagittę.

Przed teamem zajmującym się renowacją stało nie lada wyzwanie, gdy w 2008 roku wzięto się do roboty. Długi postój w wilgotnym miejscu poczynił olbrzymie szkody w blacharce auta. Również części drewnianego stelażu wyglądały nie najlepiej. Jednak wykwalifikowani czescy specjaliści nie mieli z tym większych problemów – zardzewiałe blachy wymieniono, spróchniałe drewno uzupełniono zdrowym. Po prostu rutyna!

Dwucylindrowy widlasty silnik o pojemności 845 cm³ został całkowicie rozłożony. Okazało się, że auto rzeczywiście zbyt dużo nie jeździło – większość elementów wymagała jedynie nieznacznych napraw. Na wszelki wypadek zastosowano nowe tłoki z pierścieniami.

Nietypowy lakier Sagitty nie jest pomysłem Evy Ticovej. Metalizowany kolor został wybrany z zachowanej palety barw lakierów dostępnych w 1938 roku w Skodzie. To niesamowite, że tak mały i tani z założenia model mógł być malowany tak drogim lakierem.

Ciepły odcień uzyskano za pomocą nowoczesnych, dwukomponentowych lakierów. Żeby osiągnąć efekt jednowarstwowości, lakier Sagitty delikatnie zmatowiono. Efekt to tylko nieznaczne zbliżenie się do oryginału – pierwotnie metalik uzyskiwano przez dołożenie aluminiowego pyłu do lakieru nitro. Dlaczego nie zdecydowano się w tym przypadku na oryginalną technologię? Po pierwsze, lakiery nitro są bardzo szkodliwe i trudno dostępne, a po drugie – ewentualne uszkodzenia niełatwo byłoby naprawić. Uszkodzenia? Tak, nie przesłyszeliście się. Przecież my chcemy w końcu tym samochodem normalnie jeździć! – mówi Eva Ticova.

Miło to słyszeć! A jeszcze milej będzie usłyszeć niezapomniany dźwięk widlastej „dwójki” Sagitty!