• Samochody ze śladami uszkodzeń popowodziowych rzadko trafiają do ogólnodostępnych komisów czy serwisów ogłoszeniowych
  • Najczęściej kupują je handlarze, którzy odsprzedają je dalej po odpowiednim przygotowaniu
  • Koszty profesjonalnego przywrócenia zalanego auta do stanu używalności są najczęściej tak wysokie, że firmy ubezpieczeniowe traktują zwykle zalanie jako "szkodę całkowitą"
  • To, że łatwiej jest ukryć ślady tego, że auto było zatopione, niż np. ślady napraw blacharskich, nie oznacza, że "uprane" i wysuszone auto będzie znów pełnowartościowym pojazdem
  • Więcej takich informacji znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

Artykuł zawiera linki afiliacyjne

To brzmi jak doskonała okazja: samochód z minimalnym przebiegiem, bezwypadkowy, z udokumentowaną historią, za ułamek rynkowej ceny. Gdzie tkwi haczyk? W zakamarkach karoserii widać ślady mułu, w kabinie czuć już stęchlizną, lampy są zaparowane, tapicerka jest mokra, a sprzedający odradza uruchomienie silnika przed osuszeniem dolotu.

Wystarczy przecież auto osuszyć, dokładnie wymyć, uprać tapicerkę, nawoskować i wystawić za przyzwoitą cenę. Przecież na portalach aukcyjnych i ogłoszeniowych w formularzach jest wprawdzie do zaznaczenia kratka "bezwypadkowy”, ale nie ma pozycji "nietopiony" Brać?

Dla zawodowych handlarzy, którzy umiarkowanie przejmują się swoją reputacją, to przede wszystkim kwestia ceny – przy atrakcyjnej ofercie popowodziowe auta nie czekają długo na kupujących. Oczywiście, nie trafiają do "normalnych" komisów – w Niemczech, Belgii czy Holandii takie okazje sprzedawane są zwykle jako uszkodzone, z zastrzeżeniem "tylko na eksport". Bo nikt rozsądny zalanego auta nie sprzeda konsumentowi, któremu trzeba udzielić rękojmi – tu problemy są gwarantowane.

Czy da się doprowadzić zalane auto do stanu używalności?

To zależy od kilku czynników – od tego, czy w momencie zalania silnik auta pracował, od wieku samochodu, jego wyposażenia, ale też od tego, jak długo znajdował się pod wodą i… jaka to była woda. Generalnie, im młodsze i bardziej naszpikowane elektroniką auto i im dłużej narażone było na działanie wody, tym mniejsza szansa, że po zalaniu samochód kiedykolwiek będzie jeszcze działał poprawnie.

Niestety, to właśnie na tych najmłodszych, podtopionych autach interes jest największy. Przy uczciwej wycenie przez rzeczoznawcę z firmy ubezpieczeniowej auto po zalaniu to zwykle "szkoda całkowita". O ile w przypadku aut naprawianych po poważnych wypadkach da się stosunkowo łatwo stwierdzić ślady spawania, szpachlowania czy ponownego lakierowania elementów, o tyle w przypadku pojazdów popowodziowych poszukiwanie wskazówek świadczących o burzliwej przeszłości pojazdu nie jest wcale takie proste.

Zalane auto - nie wszystkie problemy wychodzą od razu

Samochód popowodziowy to "mina" – w dodatku często z opóźnionym zapłonem. Tak naprawdę niezwykle trudno jest ocenić rzeczywisty zakres uszkodzeń. To, że tuż po prowizorycznym osuszeniu wszystko wydaje się działać w miarę normalnie, wcale nie znaczy, że po kilku dniach, tygodniach czy nawet miesiącach nie zaczną się ujawniać kolejne usterki spowodowane m.in. postępującą korozją podzespołów elektrycznych i elektronicznych, zwarciami powodowanymi przez wilgoć, ale też wypłukaniem smarów czy przedostaniem się wraz z wodą do podzespołów mechanicznych błota, które działa na nie jak papier ścierny i przyspiesza zużycie.

To samo dotyczy też kwestii "kosmetycznych" – tuż po wypraniu i osuszeniu wnętrze może prezentować się i pachnieć doskonale. Bardzo szybko może się okazać, że wilgoć i zanieczyszczenia, które pozostały ukryte w zakamarkach, spowodują, że we wnętrzu pojawią się nieprzyjemny fetor towarzyszący intensywnemu rozwojowi pleśni, grzybów i innych szkodliwych dla naszego zdrowia drobnoustrojów. Na tapicerce pojawią się plamy, podsufitka się odklei, a boczki zdeformują.

Zalane auto: czy da się je uratować? Foto: Auto Bild
Zalane auto: czy da się je uratować?

Auta popowodziowe - co może się w nich psuć?

Zacznijmy od czarnego scenariusza: jeśli auto trafiło pod wodę z pracującym silnikiem, a do cylindrów dostała się większa ilość wody, to… już po silniku. Powód jest oczywisty – wody w cylindrach sprężyć się nie da, więc jakiś element musi ustąpić. Z reguły gną się korbowody, czasem uszkodzenia bywają jeszcze poważniejsze. Bywa, że po osuszeniu silnik da się uruchomić, ale pracuje nierówno i żadne regulacje nie pomagają – silnik nadaje się do remontu.

Kolejny czarny scenariusz: auto, które przez dłuższy czas było zalane wodą. Tu warto dodać, że w przypadku powodzi czy podtopień określenie „woda” nie oddaje do końca tego, co trafia do samochodu. W rzeczywistości jest to błotnista breja, w której często poza szlamem zawieszone jest też to, co zostało wypłukane z zalanej kanalizacji. Im dłuższy kontakt auta z taką cieczą, tym głębiej ma ona szanse wniknąć. Wsiąka ona w tapicerkę, wygłuszenia, przedostaje się przez uszczelnienia złącz instalacji, dostaje się do obudów modułów elektronicznych, przekaźników, świateł, zegarów, wypełnia kanały wentylacyjne, trafia do baku, do silnika, a nawet przez odpowietrzenia może się przedostać do skrzyni biegów. O ile w przypadku nielicznych "prawdziwych" terenówek producenci dbają o przyzwoite uszczelnienie wrażliwych podzespołów, to w zwykłych autach osobowych są one najwyżej zabezpieczone przed zachlapaniem!

Problemy z elektroniką i systemami bezpieczeństwa

W nowoczesnych autach kłopoty z zawilgoconą elektroniką prowadzą nie tylko do tego, że np. silnika nie uda się uruchomić albo że będą się zapalały kontrolki i pojawiały komunikaty o usterkach. Warto mieć świadomość, że elektronika kontroluje także hamulce, układ kierowniczy, zawieszenie czy poduszki i kurtyny powietrzne oraz napinacze pasów. Zalane podzespoły mogą nie zadziałać tak, jak przewidział to producent – a to śmiertelnie niebezpieczne.

Teoretycznie zakres szkód można ograniczyć, rozbierając auto do najmniejszej śrubki, czyszcząc, susząc i odpowiednio konserwując wszystkie podzespoły, które miały kontakt z brudną wodą – tyle że trzeba to zrobić w zasadzie natychmiast. Już po kilku dniach od zalania może być na to za późno.

Usunięcie wszystkich śladów zalania jest trudne. Auto trzeba rozebrać do gołej blachy Foto: archiwum / Auto Świat
Usunięcie wszystkich śladów zalania jest trudne. Auto trzeba rozebrać do gołej blachy

Auta popowodziowe - nawet te nowe nie mają już gwarancji

Na zdjęciach i nagraniach z miejsc dotkniętych podtopieniami widać m.in. zalane salony samochodowe i pełne nowych aut place dilerów. Jest spore ryzyko, że część z tych samochodów trafi na rynek, oczywiście przez pośredników. Jeśli taki samochód zacznie sprawiać nabywcy problemy (a to niemal pewne), to nie będzie on mógł liczyć na jakiekolwiek naprawy gwarancyjne – przy dokładnych oględzinach albo przy naprawie serwis na pewno trafi na ślady wskazujące na to, że samochód był zalany, a to wystarczający powód, żeby odmówić naprawy gwarancyjnej. Zresztą, w przypadku większości takich aut informacje o szkodach zapisane będą w bazach danych ubezpieczycieli i producentów.

Czy warto kupić popowodziowe auto?

Dla siebie – na pewno nie! Na handel? Też nie, no chyba że przy sprzedaży wyraźnie zaznaczymy, że samochód był zalany i mogą w nim występować związane z tym usterki – w przeciwnym wypadku nabywca może mieć uzasadnione pretensje, że ukryliśmy przed nim poważne wady pojazdu.