• Kodeks drogowy to tylko ułamek wiedzy potrzebnej kierowcom; jednocześnie zawiera on setki przepisów niepotrzebnych przeciętnemu kierowcy
  • W prawie dla kierowców nie brakuje sprzecznych przepisów – politycy nie radzą z tym sobie od lat
  • Co roku wprowadzanych jest od kilkudziesięciu do kilkuset zmian w Prawie o ruchu drogowym

To zadanie niczym szkolna praca domowa: Napisz coś na temat przestarzałych przepisów drogowych, które wymagają pilnej zmiany. Albo takich, które są w praktyce martwe. Napiszesz? Trudne zadanie: bo co tu wybrać? To może zacznijmy od tych prostych rzeczy, które dotyczą nie tylko kierowców samochodów i które sprawiają, że każdy, ale to każdy wcześniej czy później zasłuży na mandat.

Dziecko na rowerze - gdzie ma się podziać?

Czy wiecie, że dziecko w wieku poniżej 10 lat jadące na rowerze pod opieką rodzica nie ma prawa (poza jednym wyjątkiem) korzystać z drogi dla rowerów? Jakakolwiek kolizja z dorosłym rowerzystą na tzw. ścieżce rowerowej będzie domyślnie rozstrzygnięta na korzyść tego drugiego! Dlaczego tak? Bo dziecko jadące rowerem jest formalnie pieszym, a drogi dla rowerów – jak sama nazwa wskazuje – są przeznaczone dla rowerów.

I wydaje się, że ma to czasem sens – na niektórych drogach dla rowerów jeździ się szybko i niebezpiecznie, jest tłok, malec byłby dodatkowym zagrożeniem.

Ale idźmy dalej:

A teraz powiedzcie: czy odważylibyście się jechać z dzieckiem na rowerach szosą, nawet mało uczęszczaną, pod prąd? Czy zrobilibyście to, wiedząc, że takie zjawisko wywoła panikę wśród kierowców, stukanie się w czoło, być może realne niebezpieczeństwo? Ja też nie – to już wolę jechać prawą stroną i zapłacić mandat.

 Foto: Auto Świat

Człowiek na hulajnodze elektrycznej - jedzie czy idzie?

O tym, że Kodeks drogowy nie słyszał o hulajnogach elektrycznych i podobnych pojazdach, jakie w dużych miastach można spotkać niemal na każdym skrzyżowaniu, zrobiło się głośno około dwa lata temu, gdy zagraniczna turystka została uderzona przez rozpędzonego hulajnogistę na chodniku w centrum Warszawy. Przybyli na miejsce policjanci pomyśleli chwilę, zajrzeli do służbowych ściągawek i orzekli: ponieważ nie ma takiego pojazdu „hulajnoga”, to znaczy, że osobnik jadący na niej chodnikiem 25 km/h to pieszy. I wlepili turystce mandat, bo wykonała nerwowy ruch, a jadący zbyt szybko hulajnogista nie miał szans odpowiednio zareagować – jej wina, zdaniem funkcjonariuszy, była bezsporna.

I do dziś nic się w tej sprawie nie zmieniło, poza tym, że już kilka sądów orzekających w sprawie wypadków doszło do wniosku, że hulajnoga to oczywiście jakiś pojazd, a w każdym razie nie pieszy. Uczciwie przyznajmy, że amatorzy jazdy na elektrycznych hulajnogach też nie mają lekko: nie wolno im jeździć po drogach dla rowerów (choć wielu to robi), właściwie nie wolno po chodnikach (odpowiedzialność za kolizję zależy w praktyce od tego, na kogo trafią), nie wolno po jezdni... Ministerstwo Infrastruktury od kilkunastu miesięcy jest „na ostatniej prostej” z projektem ustawy, która to unormuje, ale do mety dojechać nie może.

Wypadki z udziałem hulajnóg? Statystyki wypadków starają się te zdarzenia omijać Foto: Maciej Brzeziński / Auto Świat
Wypadki z udziałem hulajnóg? Statystyki wypadków starają się te zdarzenia omijać

Bagażnik rowerowy na hak? Połowa się nie nadaje!

W 2016 roku polskie przepisy uznały istnienie bagażników rowerowych montowanych na haku holowniczym. Uznano, że oświetlenie platformy rowerowej ma być tożsame z obowiązkowym tylnym oświetleniem samochodu: bagażnik rowerowy ma mieć światła pozycyjne, stopu, kierunkowskazy, przeciwmgielne i światła cofania. W tym rzecz, że wśród sprzedawanych dotąd w Polsce bagażników większość miała wszystkie wymagane światła – z wyjątkiem świateł cofania. Bagażniki przeznaczone na polski rynek wyposażano w światła takie, jakie są wymagane od lekkiej przyczepy.

I mamy sytuację, w której platforma na rowery musi mieć oświetlenie bogatsze niż przyczepa, która przecież zasłania samochód w dużo większym stopniu! A ponieważ nie przewidziano żadnych okresów przejściowych i wyjątków dla już używanych bagażników (formalnie ich nigdy wcześniej nie było), to starsze modele do dziś jeżdżą z „niekompletnym” oświetleniem albo podłączane do haka holowniczego przystosowanego wyłącznie do ciągnięcia lekkiej przyczepy – czyli bez działającego światła cofania. Na szczęście nikt poważny tych wymagań nie traktuje serio, ale jeśli policjant zechce wystawić mandat – to może.

SUV z napędem hybrydowym na chodniku? Oj, może być za ciężki!

Parkowanie na chodniku nie dla każdego
Parkowanie na chodniku nie dla każdego

Dawno, dawno temu wprowadzono zapis mający zapobiegać parkowaniu na chodnikach dużych furgonów, busów itp. pojazdów.

I dalej:

Pomijając już konstrukcję tych zdań, które zrozumieć mogą tylko absolwenci kursu logiki, obecnie jest coraz więcej aut osobowych, co głównie dotyczy SUV–ów, których dmc przekracza 2,5 tony. To wcale nie są wielkie auta – znacznie wyższe niż 2,5 t dmc ma np. hybrydowe Volvo XC60. Drodzy użytkownicy SUV-ów, zwłaszcza elektrycznych i hybrydowych, są dla Was dwie wiadomości – dobra i zła. Zła – większość z Was nie ma prawa swoim autem wjechać na chodnik choćby dwoma kołami. I dobra wiadomość: to jest przepis tego rodzaju, że mało kto próbuje go egzekwować.

Zielona strzałka - droga wolna?

 Foto: Auto Świat

Ten przepis nie jest zły, ale przyjął się tylko częściowo. Konkretnie: w połowie. Chodzi o tzw. zieloną strzałkę, która pozwala na warunkowy skręt w sytuacji, gdy jadący w innych kierunkach czekają na czerwonym. Ta część jest powszechnie akceptowana: widzę zieloną strzałkę – jadę. Skręt warunkowy oznacza jednak „pod warunkiem”. A warunki są takie:

A zatem trzeba się zatrzymać, zanim minie się sygnalizator. Nie wystarczy zwolnić? Nie. Samochód jest zatrzymany, kiedy koła się nie kręcą. Ten przepis, jak szacują niektórzy, ignoruje 95 proc. kierowców. Przyznam, że ilekroć zbliżam się do zielonej strzałki, patrzę w lusterko i zwyczajnie się boję nawet gdy jedzie za mną radiowóz policji, mam dylemat: jechać bez zatrzymania? Zatrzymać się i ryzykować konieczność wymiany zderzaka?

Koniec zakazów?

Cytowany wyżej przepis dotyczący warunkowego skrętu zawarty jest w Rozporządzeniu o znakach i sygnałach drogowych – to bardzo niedoceniany akt prawny, z punktu widzenia kierowcy nie mniej ważny niż Kodeks drogowy, a może ważniejszy, z całą pewnością jest bardziej nasycony istotną dla kierowcy wiedzą niż Kodeks. Dowiecie się z niego wielu ciekawych rzeczy, np. tego, że znak „Koniec zakazów” (B-42) ma bardzo mylącą nazwę. Powinien nazywać się: „Koniec niektórych zakazów”.

Odwoływane „Końcem zakazów” zakazy to zatem: „zakaz zawracania”, „zakaz wyprzedzania”, „zakaz wyprzedzania przez samochody ciężarowe”, „zakaz używania sygnałów dźwiękowych” i „ograniczenie prędkości”. Ale już np. „zakaz zatrzymywania się” nie jest odwoływany przez „koniec zakazów”. Logiczne? No nie wiem...

Trochę sprzeczności

A wiecie, że przepisy, o których wprowadzenie wojują obecnie Minister Infrastruktury i Minister Sprawiedliwości (MI jest za, MS raczej przeciw) dotyczące zachowania kierowców w okolicach przejść dla pieszych, są zawarte w obowiązującym od lat rozporządzeniu? Oto one:

Te znaki (D6, D-6a i D-6b) informują o przejściu dla pieszych i przejazdach dla rowerzystów. Jest to dokładnie to, co próbuje przeforsować (dotąd bezskutecznie) premier Morawiecki. Są wyroki sądów uznające kierowców za winnych, gdyż ich prędkość przed przejściem przekraczała o 6 km/h dozwoloną na tym odcinku, a przecież rozporządzenie każe zwolnić i przepuścić tych, co na przejście dopiero „wchodzą”.

Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że przepis ten uznawany jest przez wielu prawników za nieobowiązujący, bo to przepis rozporządzenia wykraczający poza treść ustawy Kodeks drogowy. I aby na jego podstawie nie zostać ukaranym, wystarczy zgłosić powyższą wątpliwość, ale „samo się nie zgłosi”. Takie jest prawo.

Przepisy powszechnie nieznane, bo...

… starannie poukrywane. Nie każdy wie, że np. skrzyżowanie z drogą wewnętrzną formalnie wcale nie jest skrzyżowaniem (a to oznacza, że m.in. nie odwołuje ograniczenia prędkości), bo kto by czytał Ustawę o drogach publicznych? Nie każdy wie, że jeśli mija ustawiony po lewej stronie drogi znak D-42 „obszar zabudowany” przeznaczony dla jadących w przeciwnym kierunku, to nie znaczy to wcale, że dla niego obszar zabudowany się skończył. Wydaje się logiczne: skoro dla innych się zaczyna, to dla mnie się kończy, tylko zapomnieli ustawić znaku „koniec obszaru zabudowanego” albo ten znak ktoś ukradł.

A tymczasem... obszar zabudowany wcale się nie kończy, dalej obowiązuje ograniczenie do 50 km/h, ale czytając Kodeks drogowy, nie dowiecie się, dlaczego tak jest. Próżno tej wiedzy szukać także w rozporządzeniu w sprawie znaków i sygnałów drogowych. To jest wiedza zastrzeżona dla... drogowców – ludzi, którzy ustawiają znaki, a umieszczona w jeszcze innym akcie prawnym – „Rozporządzeniu w sprawie szczegółowych warunków technicznych dla znaków i sygnałów drogowych oraz urządzeń bezpieczeństwa ruchu drogowego i warunków ich umieszczania na drogach”.

...bo to bełkot i „stek bzdur”.

Kodeks drogowy, który powinien być dokumentem krótkim, treściwym i zrozumiałym dla każdego kierowcy, jest obecnie zlepkiem kilkudziesięciu ustaw – dla kierowców, dla policjantów, dla drogowców, dla przewoźników, itd. Spiętrzenie prawniczego bełkotu następuje około art. 80 Prawa o ruchu drogowym, który to artykuł ma kilkadziesiąt „podartykułów”: 80a, 80b, 80c, 80zd, 80ze, itd.

Oto próbka, my wszyscy, kierowcy, powinniśmy zdaje się znać to na pamięć:

Tak, to polski Kodeks drogowy, książeczka dla każdego kierowcy! Czytają go także 10-latki chcące uzyskać kartę rowerową. I dlatego odpowiedź na zadane we wstępie pytanie, co trzeba natychmiast zmienić w Kodeksie drogowym brzmi: wszystko! I jednocześnie jest to odpowiedź, dlaczego polscy kierowcy nie szanują przepisów – na szacunek trzeba sobie zasłużyć.

Ładowanie formularza...