Ambitnie, a nawet bardzo ambitnie podeszły władze Berlina do elektryfikacji. Uchwalono właśnie nowe wytyczne dotyczące neutralności klimatycznej miasta. Jednym z założeń jest szybka rozbudowa sieci ładowania dla aut elektrycznych. Według planów w Berlinie do końca tej dekady na 10 zarejestrowanych tam elektrycznych samochodów ma przypadać co najmniej jeden punkt ładowania. Ponadto władze miasta chcą aby do 2030 r. pojazdy używane przez administrację publiczną i przedsiębiorstwa państwowe były całkowicie wolne od emisji CO2. Wyjątkiem są pojazdy, dla których na rynku nie ma odpowiedników bezemisyjnych, np. dla straży pożarnej, niektórych aut policji i ratownictwa.

Ogólnym założeniem uchwały o transformacji energetycznej Berlina jest zmniejszenie emisji CO2 w stolicy Niemiec o co najmniej 70 proc. do 2030 r. w porównaniu z poziomem z 1990 r. Dalszym celem jest obniżenie tego współczynnika do 90 proc. w 2040 i 95 proc. w 2045 r.

Jeden na dziesięć, czyli ile?

Liczby podane przez władze Berlina trudno zobrazować, nie zagłębiając się w aktualne statystyki. Według danych podanych przez niemiecką stronę statista.com w 2021 r. w Berlinie zarejestrowanych było ponad 1 234 000 aut. Przy założeniach, że do 2030 r. większość z aut jakie będą posiadać Berlińczycy ma być elektryczna, na ulicach niemieckiej stolicy powinno pojawić się zapewne ponad 100 tys. punktów ładowania.

Trudno wyobrazić sobie taką liczbę punktów, tym bardziej że według Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych, we wrześniu 2020 r. w całej Polsce funkcjonowały 1282 ogólnodostępne stacje ładowania pojazdów elektrycznych, co oznaczało, że nad Wisłą mieliśmy 2445 punktów ładowania.