To dziwne. Obecnie istnieje znacznie mniej firm produkujących samochody niż jeszcze trzydzieści lat temu. A mimo to kiedy przychodzi pora, by sprawić sobie nowe cztery kółka, ich wybór staje się tak trudny, jak jeszcze nigdy dotąd. To dlatego, że trzydzieści lat temu liczyła się tak naprawdę tylko jedna rzecz: pierwsza litera numeru rejestracyjnego. To ona informowała waszych sąsiadów o tym, że macie nowy wóz.

{ "uuid": "6cdb0f64-e89c-5f21-b143-ce33ceb212f8", "caption": "Clarkson - Co może pójść nie tak", "url": "http://ocdn.eu/images/pulscms/NzM7MDA_/2afe5ab4cd36f1c30d075e3d6fa21667.jpg", "contentSources": [ { "uuid": "637f43e7-627b-5444-9c18-ecb1088aaee1", "name": "Onet", "idref": "637f43e7-627b-5444-9c18-ecb1088aaee1" } ], "available": { "start": "2017-12-14 00:00:00+0100" }, "copyright": { "uuid": "6fce0cf2-a624-5af5-aba4-7b09fcaecc27", "idref": "6fce0cf2-a624-5af5-aba4-7b09fcaecc27" }, "publicationId": { "type": "ocdn", "ocdn": "2afe5ab4cd36f1c30d075e3d6fa21667", "ocdnExt": "jpg" }, "size": { "height": 1500, "width": 1960, "bytes": 461710 }, "asyncAdSlot": null } Clarkson - Co może pójść nie tak
Clarkson - Co może pójść nie tak

Pomysł oznaczania wieku pojazdu za pomocą liter na tablicy rejestracyjnej narodził się w 1963 roku. Jednak producenci samochodów szybko zorientowali się, że takie rozwiązanie powoduje poważny problem. Ponieważ litera wskazująca na rocznik pojazdu zmieniała się 1 stycznia, wszyscy klienci chcieli odbierać zamówione samochody w Nowy Rok. A to oznaczało, że pracownicy salonów sprzedaży przez jedenaście miesięcy zajmowali się odkurzaniem roślin doniczkowych, po czym w okresie bożonarodzeniowym musieli uwijać się niczym obłąkane mrówki. Poza tym komplikowało to pracę fabryk produkujących samochody i przyczyniło się do tego, że branżę samochodową zaczęły nękać kłopoty z płynnością finansową na taką skalę, jaka wcześniej znana była wyłącznie hodowcom indyków.

W roku 1967 dzień zmiany litery przesunięto na 1 sierpnia. Sądzono, że dzięki temu uda się wywołać dwa szczyty sprzedaży. Pierwszy na początku roku, kiedy klienci ruszą do salonów po nowe modele z rocznika 1968, a drugi w sierpniu, kiedy dostępne staną się nowe tablice rejestracyjne, ale rachuby te okazały się chybione. Litera okazała się ważniejsza od kalendarza papieża Grzegorza.

Pierwsza litera rejestracji była waszym asem w rękawie. Stanowiła dowód na to, że dobrze wam się powodzi i że życie jest dla was łaskawe. To ona miała kluczowe znaczenie. Nikogo nie obchodził samochód jako taki – wystarczyło, że do pozostałych użytkowników dróg docierało, że jest nowy. O dziwo, najbardziej skorzystali na tym towarzysze zza żelaznej kurtyny.

Samochody produkowane w krajach bloku sowieckiego były tanie i dlatego kupno takiego wozu było najprostszym sposobem na to, by przed waszym domem pojawiła się rejestracja z właściwą literą. Ludzie, który zobaczyli rejestrację zaczynającą się od litery H, mówili: „Wiecie, że Jonesowie spod czterdziestego siódmego mają nowy wóz?”. I w ogóle nie zwracali uwagi na fakt, że był to Moskwicz. Który tak naprawdę wcale nie był samochodem, tylko surówką odlewniczą uformowaną tak, żeby z grubsza samochód przypominała.

Albo FSO Polonez – produkowany w Polsce ze stali, która była ciężka i zarazem przezroczysta, przez ludzi, którym wcale nie zależało na tej robocie. Był absolutnie okropny. Kierownicę połączono z przednimi kołami za pomocą cementu, a kiedy wciskaliście pedał gazu, mieliście wrażenie, że wysyłacie sygnał do otyłego, spoconego faceta w podkoszulku, który niechętnie wstawał ze swojego stołka w bagażniku, żeby dorzucić do pieca trochę węgla. Po jakimś czasie przynosiło to efekt w postaci zwiększenia prędkości o 1 km/h.

Hamulce? Owszem, Polonez je posiadał. Chociaż w rzeczywistości hamowanie przypominało próbę zatrzymania przeładowanej taczki zjeżdżającej w dół stromego, pokrytego błotem zbocza. W obu przypadkach wasze spodnie zmieniały kolor na brązowy. Mimo to Polonezy znalazły w Wielkiej Brytanii całkiem sporo nabywców, ponieważ sprzedawano je w komplecie z rejestracją, której pierwszą literą było V.

(…)

Rzecz jasna pewnego dnia musiało w końcu zabraknąć w alfabecie liter, którymi oznaczano rok produkcji samochodów; dlatego też ktoś wymyślił system, który obowiązuje do dzisiaj. Określenie rocznika pojazdu na podstawie jego rejestracji wciąż jest możliwe, ale tylko pod warunkiem, że macie do dyspozycji kalkulator i mózg wielkości słonia.

Niektórzy twierdzą, że zakończenie zimnej wojny i upadek muru berlińskiego to zasługa Ronalda Reagana, który ogłosił program gwiezdnych wojen. Inni są zdania, że to katastrofa w Czarnobylu skłoniła Michaiła Gorbaczowa do rozpoczęcia negocjacji z Margaret Thatcher. W rzeczywistości jednak koniec zimniej wojny był skutkiem zmian wprowadzonych w brytyjskim systemie tablic rejestracyjnych. Ta jedna decyzja sprawiła, że zniknęło zapotrzebowanie na tanie jak barszcz nowe samochody.

Po tym przydługim wstępie możemy przejść do Dacii Sandero. Możecie ją kupić już za 5995 funtów, co na pierwszy rzut oka wydaje się wyjątkowo korzystną ceną. To prawda, Sandero produkowane jest w Rumunii, której przemysł motoryzacyjny ma takie same tradycje jak przemysł motoryzacyjny w Ghanie. W rzeczywiści jednak Dacia Sandero powstała na bazie przedostatniej generacji Renault Clio. A zatem mamy tu do czynienia z samochodem bazującym na Renault z 2007 roku i zużywającym jedynie 5 litrów paliwa na 100 kilometrów, a do tego kosztującym mniej, niż trzeba zapłacić za większość wakacyjnych wyjazdów.

Muszę tu wspomnieć o pewnej niekonsekwencji związanej z nazwą tego samochodu. Pisze się ją Dacia, co w języku angielskim rymuje się ze słowem fascia, ale producent upiera się, że prawidłowa wymowa to „dacza”. Co oznacza, że składając zamówienie na Dacię, moglibyście przez pomyłkę kupić rosyjski domek letniskowy. Posługiwanie się rumuńską wymową jest głupie. To zupełnie tak, jakby wydział promocji miasta we Florencji zachęcał nas do odwiedzenia Firenze. Nie wiedzielibyśmy, dokąd właściwie mamy jechać.

Skupmy się jednak na Sandero. Czy ma jakieś wady? Owszem. Całe mnóstwo. Wygląda tak, jakby zostało zaprojektowane przez osobę, która nigdy w życiu nie widziała żadnego samochodu. Poza tym jest dość spartańskie. I dość ciasne z tyłu. I dość powolne. A także dość chybotliwe na zakrętach. W dodatku wytwarza sporo dwutlenku węgla, co oznacza, że podatek drogowy wyniesie was 125 funtów rocznie.

W przeszłości żadna z tych rzeczy nie miałby większego znaczenia, bo za niecałe 6000 funtów dostalibyście rejestrację z najnowszym prefiksem. Dzisiaj jednak rejestracja nowego Sandero zaczynałaby się od liczby trzynaście albo sześćdziesiąt trzy – i nikt nie wiedziałby, co to właściwie znaczy.

A zatem musimy patrzeć na Sandero tak jak na każdy inny samochód. I bardzo mi przykro, ale za kwotę 5995 funtów możecie znaleźć coś dużo lepszego – wystarczy, że zajrzycie na driving.co.uk, czyli na stronę „The Sunday Timesa” z ogłoszeniami o sprzedaży samochodów używanych. To właśnie jest powód, dla którego kupno taniego nowego samochodu jest dziś o wiele trudniejsze niż w przeszłości. Skoro bowiem nie ma obecnie niczego, co wskazywałoby na to, że jest to samochód nowy, możecie równie dobrze od razu zanurzyć się w znacznie bardziej skomplikowany świat samochodów używanych.