Nie dalej jak w zeszłym tygodniu informowaliśmy o 23-letnim Amerykaninie z Kalifornii, który wjechał w stojący na poboczu radiowóz, a po wszystkim stwierdził, że on w zasadzie ręce umywa, bo Teslę prowadził za niego właśnie autopilot. Przeciw kierowcy wszczęto postępowanie z tytułu prowadzenia pod wpływem, jednak fakt pozostaje faktem: to nie pierwszy przypadek, gdy dochodzi do wypadku z udziałem Tesli kierowanej – według zeznań osoby siedzącej za kierownicą – właśnie przez elektronikę.

Sęk w tym, że w przypadku systemu nazwanego dumnie „Autopilotem” mamy tak naprawdę do czynienia z rozbudowanym aktywnym tempomatem, który potrafi już naprawdę dużo (trzeci z pięciu poziomów autonomicznej jazdy!), jednak o legalnym i bezpiecznym przekazaniu całkowitej kontroli nad autem komputerowi mowy być nie może. I to co najmniej z kilku względów: po pierwsze, kierowca korzystający z autopilota musi cały czas kontrolować wydarzenia na drodze (instrukcja obsługi auta wyraźnie o tym wspomina), po drugie – w zasadzie nigdzie nie ma jeszcze przepisów ani regulacji, umożliwiających oddanie samochodu całkowicie w ręce elektroniki. W związku z tym nazywanie rzeczonej funkcji „Autopilotem” może faktycznie wprowadzać użytkowników w błąd.

Narzekania na nazwę „Autopilot” słychać było już od jakiegoś czasu, jednak sprawą na poważnie zajęli się Niemcy. Tamtejsze Wettbewerbszentrale z siedzibą w Monachium (w przybliżeniu – odpowiednik naszego UOKiK-u) podało Teslę do sądu, zaś w połowie lipca w końcu zapadł wyrok. I okazał się dla amerykańskiego potentata niekorzystny – sąd zakazał Tesli używania terminu „Autopilot” na terenie Niemiec m.in. ze względu na to, że może on wprowadzać potencjalnych klientów i bieżących użytkowników marki w błąd. Elon Musk, miał już rzecz jasna przygotowaną ripostę i na Twitterze stwierdził, że w nazwie „Autopilot” niczego złego nie widzi, a poza tym wywodzi się ona z branży lotniczej.