Każda marka samochodów ma swoją nomenklaturę, która narodziła się w głowach producentów dawno temu i jest nieustannie kontynuowana. No może z wyjątkiem Mercedesa. I ostatnimi czasy BMW... Zdarzały się również sytuacje, że ten sam model miał różne nazwy w zależności od rynku, na którym był oferowany jak np. Mitsubishi Pajero. Pajero w krajach hiszpańskojęzycznych musiało być sprzedawane pod inną nazwą, ponieważ oryginał oznaczał coś brzydkiego.

Na ogół jednak oznaczenie modeli ma przynosić pozytywne skojarzenia. Jedni wykorzystują nazwy zjawisk pogodowych np. Passat, inni pierwszą literę marki z dodatkiem cyfry jak Citroen czy Audi. Ferrari przyzwyczaiło nas do pojemności i liczby cylindrów. Ale nie zawsze. Takim oznaczeniem jest skrót od Gran Turismo Omologato. Parafrazując niekwestionowany autorytet motoryzacyjny „użycie w nazwie GTO to tak jakby dać dziecku na imię Jezus. To dosyć ryzykowne”.

Ferrari zrobiło to dwukrotnie po sukcesie modelu 250 GTO. W 1984 roku nazwano tak model 288, a w 2010 piekielnie szybkie i zbyt elektroniczne 599. I jak to podsumował rzeczony autorytet, oba auta na to nie zasługiwały.

Przyszedł moment na trzecie podejście, tym razem GTO dołączy do następcy 458 Speciale, modelu 488. Jest to kontynuacja linii „większej mocy, mniejszego ciężaru” rozpoczętej od 360 Challenge Stradale przez 430 Scuderia do wspomnianego 458 Speciale.

Czym 488 zasłużyło sobie na ten legendarny symbol? Odpowiedzi jest co najmniej kilka. V8 Twin-Turbo generuje teraz 700 KM pozostawiając w tyle Lamborghini Huracan 640-4 Performante, depcząc po piętach naszpikowanego elektroniką McLarena 720S. W celu zmniejszenia masy zmieniono szyby na cieńsze, podrasowano zawieszenie i hamulce. W efekcie GTO przyspiesza do 100 km/h w 2,7 s.

Pojawia się tylko pytanie, czy pokonanie konkurencji, suche dane na papierze i bycie najszybszym samochodem w gamie V-ósemek producenta z Maranello uprawniają go do kontynuacji linii GTO? Odpowiedzi pozostawcie w komentarzach.