Handlarz najwyraźniej miał do dyspozycji większą ilość srebrzanki w spreju i nie wahał się jej użyć. Dlatego Honda Civic 1.4 z 1999 roku miała świeżo wymalowane, choć wcześniej niedoczyszczone do końca felgi, „dostało się” też pokrywie zaworów i szaremu wspornikowi pod maską i tylnemu tłumikowi. W ogóle wbrew powiedzeniu, że handlarz nie zainwestuje w auto nawet złotówki, jeśli nie jest to absolutnie niezbędne, w tę starą już i w sumie niewiele wartą Hondę ktoś włożył przynajmniej sporo pracy przed wystawieniem na sprzedaż.

Faktem jest, że to jeden z droższych Civiców w tym wieku, jakie były w danej chwili oferowane w ogłoszeniach internetowych. 6,7 tys. zł za samochód z korbkami w drzwiach, na stalowych felgach i w ogóle, jeśli nie liczyć klimatyzacji, w biednej wersji, to sporo – można zatem wymagać, by był taki jak w opisie, a miał być idealny i z przebiegiem zaledwie 100 (!) tys. km od nowości. Okazało się, że sprzedawca w ogłoszeniu prawie nie skłamał.

Po pierwsze, nikt nie musiał kręcić przy liczniku – auto ma faktycznie niespotykanie niski przebieg potwierdzony kwitami z niemieckich przeglądów – o dziwo, nie zginęły. Przy okazji niemieckie wpisy na zaświadczeniu z przeglądu ułatwiają weryfikację deklaracji w rodzaju „wszystko działa”. Niemiecki TÜV wylicza: rysa na szybie (sprawdziliśmy – jest), zepsuty spryskiwacz tylnej szyby (faktycznie, nie działa) i sparciałe gumki w zawieszeniu – nie warto sprawdzać, lepiej od razu wymienić.

Poza tym auto okazało się zbliżone do ideału: nieskorodowane (minimalne, początkowe ślady korozji na płycie podłogowej), brak rdzy na rantach błotników, a co bardziej zdumiewające – nikt wcześniej nie musiał wspawywać w nie reperaturek. Lekko podgięty przedni błotnik i ślady lakierowania tylnego lewego błotnika to nie są duże problemy. Widać, że pojazd był garażowany i jeździł w sterylnych warunkach.

Gdy pojazd nam się podoba, zaczynamy rozmowę ze sprzedawcą: a tym autem można wrócić na kołach? – Ależ tak, daję ubezpieczenie i wszystkie papiery! A tych tablic (zrobione na prywatnej drukarce) to się policja nie czepia? Eee, no, wie Pan, trzeba jakoś wrócić do domu, nie? Od słowa do słowa i ostateczna cena to 6200 zł. To się zastanowimy – zadeklarowaliśmy – i później, przez telefon, cenę udało się jeszcze zbić. Dzięki temu wszyscy są zadowoleni.