• Ustawa miała – zgodnie z zamiarem wnioskodawcy – wejść w życie 1 lipca. Utknęła na etapie projektu
  • Niektóre kosmetyczne z pozoru zmiany budzą ogromne emocje
  • Przeciwko zmianom w zasadach pierwszeństwa pieszych protestują m.in.operatorzy transportu miejskiego

Nawet gdyby Sejm miał tę ustawę i gdyby dziś, działając jak ma to we zwyczaju, „przepchnął ją” w ciągu kilku godzin, to i tak Senat ma 30 dni na pochylenie się nad nią, a potem prezydent jeszcze 21 dni na podpisanie. Dochodzi vacatio legis – rozsądne byłoby przynajmniej 14 dni, ale lepiej... 6 miesięcy. Tymczasem projektu „zaostrzającego kary dla kierowców” w ogóle nie ma jeszcze w Sejmie, a zatem lipcowy termin jest nieaktualny. Gdy nad całą sprawą się pochylić, okaże się, że nawet termin wrześniowy nie jest pewny i to nie tylko za sprawą wyborów, przed którymi partia rządząca zwyczajowo nie chce drażnić kierowców. Problemów jest więcej.

Nie tylko zaostrzenie kar dla kierowców – o dwie rzeczy za dużo?

To, co zapewne budzi największe emocje wśród kierowców, to leciutkie „dociśnięcie kolanem”, które w istocie dotyczy tych najszybszych kierowców, którzy lubią np. na autostradzie pojechać 200 km/h, ale też tych, którzy poza obszarem zabudowanym jadą 110 km/h tam, gdzie wolno 50.

Obecnie stosowny przepis brzmi tak:

A według projektu będzie tak:

Klasyczne zaostrzenie przepisów, prawo bardzo rzadko jest łagodzone, w tym przypadku trudno nawet zamiar ustawodawcy krytykować – jesteśmy, drodzy kierowcy, na straconej pozycji! Do tej pory zatrzymywano prawo jazdy tylko za duże przekroczenia na obszarze zabudowanym, a teraz ma tak być wszędzie. Koniec ze zrelaksowaną jazdą 200 km/h po autostradzie z założeniem, że „najwyżej zapłacę 500”!

Kolejna rzecz to „spowolnienie” ruchu aut na obszarze zabudowanym w nocy. Jest tak:

A chcieli, aby było tak:

I znów: niby można dyskutować, ale nasz polski przepis podwyższający limity prędkości w nocy jest ewenementem w skali Europy. W wielu krajach na licznych odcinkach dróg w nocy ustala się ostrzejsze limity niż za dnia i nie chodzi nawet o bezpieczeństwo, ale o hałas, który przeszkadza mieszkańcom.

W każdym razie, gdyby tylko te dwie rzeczy próbowano dopisać do Prawa o ruchu drogowym, to pewnie by się – przy niezadowoleniu części kierowców – udało. Jednak jest jeszcze jedna rzecz...

Bezwzględne pierwszeństwo pieszych: najważniejsza zmiana?

Co do przepisów regulujących pierwszeństwo pieszych, to są one obecnie (chyba z premedytacją, prawda?) napisane w sposób niejednoznaczny. Jest tak:

A ma być tak:

Czyli, jak widać, dodano kwestię „wchodzenia na”. Ale jest jeszcze jedna ważna zmiana. Jest tak:

A ma być tak:

Mówiąc krótko: teraz jest tak, że kto na przejściu pierwszy, ten ma pierwszeństwo, a będzie tak (tzn. miało być tak), że pieszy będzie „w prawie” już w chwili wchodzenia na przejście dla pieszych. W dodatku przepis o obowiązku zmniejszenia prędkości przed przejściem trafia w lepsze, bardziej czytelne miejsce. No i, proszę państwa, pojawiły się do tej propozycji całkiem sensowne zastrzeżenia.

Bezwzględne pierwszeństwo pieszych: nie ma na to zgody?

W ramach konsultacji społecznych, które trwają (nie spodziewajmy się szybkiego końca całej procedury) pojawiło się kilkadziesiąt uwag, od delikatnie lizusowskich w rodzaju „Panie ministrze, nie zgłaszam uwag do tego projektu” (wojewoda małopolski) do zastrzeżeń merytorycznych m.in. od miejskich spółek zajmujących się obsługą transportu publicznego. I np. Tramwaje Warszawskie piszą:

„Zmiana ta (…) wbrew słusznym, co do zasady, intencjom Ustawodawcy, niekorzystnie wpłynie na bezpieczeństwo ruchu drogowego na przejściach dla pieszych przez torowisko. Wynika to m.in. z faktu, iż tramwaje mają zdecydowanie dłuższą drogę zatrzymania niż samochód przy tej samej prędkości początkowej. Co więcej, Spółka obawia się wzrostu liczby wypadkow aż w dwóch obszarach:

  1. wypadki z udziałem pieszych, którzy nie mają obowiązku posiadania wiedzy na temat możliwości zatrzymania tramwaju
  2. wypadki z powodów przewróceń pasażerów znajdujących się wewnątrz tramwajów, w sytuacji, gdy prowadzący pojazd przez hamowanie będzie próbować uniknąć potrącenia pieszego(...)”

A np. Politechnika Krakowska sugeruje zastanowić się m.in. nad tym, iż „dotychczasowa praktyka wyznaczania przejść dla pieszych w miastach spowodowała na niektórych ulicach takie ich zagęszczenie, że nowe zasady ruchu (udzielenie pierwszeństwa pieszym) mogą doprowadzić do istotnego ograniczenia przepustowości ulic i zwiększenia udziału zatorów w ruchu oraz zwiększenia emisji spalin (…).”

Zmiany w przepisach: wytłumaczcie to ludziom!

A całkiem wiele głosów mówi to, co od lat powinno dotrzeć do ministerialnych głów w każdej sprawie związanej z grzebaniem w Kodeksie drogowym: otóż z technicznego punktu widzenia można zmienić w tym akcie prawnym wszystko, co się chce, można nowelizować go nie sto, a trzysta razy w roku, ale od tego nie będzie bezpieczniej, gdyż nie do każdego te zmiany dotrą. Kodeks drogowy jest ustawą niby dla każdego, ale tak absurdalnie skomplikowaną (przynajmniej miejscami), tak długą i tak nieczytelną, że do tekstu źródłowego sięgają ze zrozumieniem tylko te osoby, którym się za to płaci.

Polegać na tym, że na stronach „Auto Świata” napiszemy po ludzku, co się zmieniło w prawie dla kierowców? Można, ale nie damy gwarancji, że dotrze to do każdego kierowcy. Więc wiele organizacji sugeruje, aby przed wprowadzeniem przepisów (w czasie np. półrocznego vacatio legis) prowadzić zmasowaną kampanię informacyjną, która wyjaśni pieszym, jakie mają prawa i co się wiąże z ich nadużywaniem. A kierowcom – jakie mają nowe obowiązki.

Na razie przytłoczone komentarzami (a może z innych powodów?) Ministerstwo Infrastruktury trzyma projekt zmian u siebie, a poza tym,że piesi nie będą mieli bezwzględnego pierwszeństwa na przejściach od lipca (strach pomyśleć, że niektórzy już zakodowali, iż będą je mieć!), wraz z nim utknęło też zaostrzenie kar dla piratów drogowych.

Ładowanie formularza...