• Rynek jest zalany podróbkami urządzeń diagnostycznych i pirackim oprogramowaniem
  • Łatwiej kupić "pirata" niż legalny sprzęt z oficjalnej dystrybucji
  • To, że oferty sprzedaży takiego sprzętu udostępniane są na oficjalnie działających platformach i portalach ogłoszeniowych, nie oznacza, że sprzęt jest legalny
  • Zarówno sprzedaż, jak i zakup czy po prostu posiadanie nielegalnego oprogramowania i podrabianego sprzętu, zagrożone są wysokimi karami

Mechanicy prowadzący legalne warsztaty często narzekają na olbrzymie koszty sprzętu potrzebnego do obsługi nowoczesnych aut. Najpierw trzeba wydać grube tysiące na urządzenia diagnostyczne, później dochodzą miesięczne abonamenty na oprogramowanie, opłaty za aktualizacje, subskrypcje.

Dalsza część tekstu pod materiałem wideo:

Czy aby na pewno? Wystarczy wejść na kilka popularnych portali ogłoszeniowych i aukcyjnych, poszukać w mniej znanych sklepach internetowych, czy nawet na Facebook Marketplace, żeby odnieść wrażenie, że mechanicy chyba jednak przesadzają – z łatwością da się znaleźć oferty sprzedaży sprzętu i oprogramowania znanych marek (najczęściej jest to Delphi, ale pojawiają się też "oryginalne" komputery diagnostyczne do obsługi aut różnych marek, m.in. Mercedesa, Volkswagena, Peugeota czy Citroena), sprzedawane za kwoty rzędu kilkuset złotych, zwykle w pakiecie z aktualnym oprogramowaniem. Takich ofert są setki, nikt ich jakoś specjalnie nie ukrywa, nie trzeba ich szukać w Dark Webie, czy innych ukrytych zakątkach internetu. W serwisach zarówno sam sprzęt, jak i jego sprzedawcy, miewają często sporo pozytywnych recenzji.

Skoro takie testery są tak łatwo dostępne, to łatwo można też odnieść wrażenie, że to całkowicie legalny, oficjalnie oferowany sprzęt. Tyle że najczęściej tak nie jest. O co więc chodzi?

O wersję piracką łatwiej niż o legalny sprzęt

Ten podejrzanie tani sprzęt to z reguły pirackie kopie zarówno samych urządzeń diagnostycznych, jak i oprogramowania. Czasem sprawa jest bardziej skomplikowana, np. sprzęt jest częściowo legalny, np. oryginalna jest tzw. głowica czy kabel, ale już, oprogramowanie dołączone na płytce CD-R lub możliwe do pobrania z azjatyckiego serwera przy użyciu linku podanego przez sprzedawcę, nie jest. Bywa i odwrotnie, np. do podróbki komputera diagnostycznego (często nawet bez "lewych" znaków towarowych na obudowie, żeby uniknąć problemów z operatorami platform sprzedażowych) dołączone jest legalne oprogramowanie, np. w wersji okrojonej czy testowej, ale oczywiście sprzedający informuje, skąd można pobrać wersję pełną, bez zabezpieczeń, licencji.

Źródłem większości tanich testerów diagnostycznych są oczywiście chińskie platformy sprzedażowe. Na tych najpopularniejszych coraz rzadziej trafiają się typowe pirackie kopie, coraz częściej mamy do czynienia ze sprzętem, który przypomina oryginalne, markowe urządzenia. Są też "autorskie", chińskie komputery diagnostyczne, cenione przez wielu mechaników za... brak ograniczeń  dostępnych funkcji czy brak konieczności subskrypcji. Foto: Zrzut ekranu/Aliexpress
Źródłem większości tanich testerów diagnostycznych są oczywiście chińskie platformy sprzedażowe. Na tych najpopularniejszych coraz rzadziej trafiają się typowe pirackie kopie, coraz częściej mamy do czynienia ze sprzętem, który przypomina oryginalne, markowe urządzenia. Są też "autorskie", chińskie komputery diagnostyczne, cenione przez wielu mechaników za... brak ograniczeń dostępnych funkcji czy brak konieczności subskrypcji.

Co grozi za handel pirackim sprzętem?

Nie da się ukryć, że pokusa – nie tylko dla mechaników, ale też dla majsterkowiczów amatorów – jest olbrzymia. Za ułamek ceny urządzeń diagnostycznych z oficjalnej dystrybucji można kupić sprzęt, który nie tylko wygląda niemal tak samo, ale ma też oferować takie same funkcje i możliwości, jak narzędzia, z których korzystają autoryzowane serwisy. W dodatku te np. 300 czy 400 zł, za które można kupić piracki tester diagnostyczny, to często mniej niż kosztowałoby podłączenia auta do komputera w oficjalnie działającym serwisie. Dla mechanika czy warsztatu kilkaset złotych to z kolei mniejszy wydatek niż miesięczne opłaty korzystanie z narzędzi renomowanych firm np. Bosch KTS z licencją ESI-tronic. Trudno się więc dziwić, że chętnych na taki sprzęt nie brakuje, a interes kwitnie. Tyle że zamiast oszczędności mogą być później kłopoty i duże wydatki.

Hurtowi sprzedawcy takiego sprzętu zwykle pozostają bezkarni – ich konta na platformach aukcyjnych i ogłoszeniowych zakładane są najczęściej na tzw. słupy, czyli podstawione osoby, często nielegalne urządzenia i oprogramowanie sprzedawane są też przez np. chińskie sklepy i platformy sprzedażowe, na których sprzedający taki towar nie muszą się obawiać żadnych konsekwencji. Z kupującymi bywa inaczej, bo najczęściej nie są oni wcale anonimowi. Nawet jeśli nie korzystają z wysyłki pod adres domowy, to ustalenie, kto odbierał przesyłkę z paczkomatu, nie jest wcale dla służb trudne. Platformy takie jak Allegro czy OLX, ale też wszystkie firmy kurierskie czy operatorzy pocztowi udostępniają służbom dane swoich klientów. Można czasem wręcz odnieść wrażenie, że niektóre z ofert sprzedaży ewidentnie podejrzanego towaru celowo nie są usuwane, żeby... służby mogły łatwiej polować na nabywców.

Oferty tanich testerów z Marketplace na Facebooku. Sprzęt na pierwszy rzut oka przypomina testery marki Delphi, ale sprzedawcy coraz częściej oferują go bez podrabianych znaków towarowych. W opisie znajdują się jednak sugestie, że np. jest kompatybilny z oprogramowaniem Delphi, albo ma te same funkcje, co oryginalny sprzęt. Oprogramowanie na płytach CD-R nie wróży niczego legalnego. Foto: Zrzut ekranu/Facebook
Oferty tanich testerów z Marketplace na Facebooku. Sprzęt na pierwszy rzut oka przypomina testery marki Delphi, ale sprzedawcy coraz częściej oferują go bez podrabianych znaków towarowych. W opisie znajdują się jednak sugestie, że np. jest kompatybilny z oprogramowaniem Delphi, albo ma te same funkcje, co oryginalny sprzęt. Oprogramowanie na płytach CD-R nie wróży niczego legalnego.

Najbardziej ryzykują amatorzy, którzy np. sami kupili taki sprzęt i np. nie są z niego zadowoleni, albo nie jest on już im potrzebny i później chcą go odsprzedać przez internet. Nawet jeśli ktoś sprzedaje podróbki okazjonalnie, to grozi za to do dwóch lat pozbawienia wolności, a jeżeli ktoś zostanie przyłapany na tym, że robił to częściej i osiągał z tego tytułu zyski (np. kupując sprzęt na chińskich platformach sprzedażowych i rozprowadzając go w Polsce), to maksymalny wymiar kary to nawet 5 lat więzienia.

Jaka kara grozi za zakup testera z pirackim oprogramowaniem?

Żeby narazić się na wysokie kary finansowe i odpowiedzialność karną nie trzeba wcale pirackim sprzętem handlować, wystarczy go mieć. Zgodnie z art. 293 Kodeksu karnego, już samo nabycie nielegalnego oprogramowania uznawane jest za paserstwo. Nie pomoże tłumaczenie, że zrobiło się to nieumyślnie, bo przepis wskazuje, że w tym przypadku wystarczy, żeby na podstawie towarzyszących okoliczności można było przypuszczać, że dana rzecz (w tym przypadku np. oprogramowanie) została uzyskana za pomocą czynu zabronionego (bo np. jest podejrzanie tania albo pochodzi z dziwnego źródła), żeby groziła za jej nabycie kara do dwóch lat pozbawienia wolności. W wypadku znacznej wartości rzeczy, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

Kara grozi nie tylko za zakup, ale nawet za to, że przyjmiemy taki trefny towar od kogoś za darmo, np. jako bonus przy zakupie podrabianego testera. W przypadku paserstwa umyślnego (czyli w sytuacji, gdy nabywca wie, że kupuje piracki program) maksymalna kara to do 5 lat pozbawienia wolności.

Jeżeli pirackie oprogramowanie zostało zainstalowane na legalnym sprzęcie (np. na laptopie czy testerze diagnostycznym), to ten legalny sprzęt również zostanie zarekwirowany – nikogo nie będzie interesowało, czy są na nim też np. inne legalne programy niezbędne do prowadzenia firmy.

Za "pirata" zapłacisz trzy razy więcej niż za oryginał

Poza odpowiedzialnością karną użytkownikom pirackiego sprzętu grożą konsekwencje wynikające m.in. z zapisów art. 79 Prawa autorskiego (Dz.U.2022.2509) – właściciel praw autorskich legalnego oprogramowania może się domagać od pirata rekompensaty w wysokości nawet trzykrotności oficjalnej wartości legalnej licencji. W przypadku rozbudowanych programów diagnostycznych ta wartość, bez rozłożenia na raty, jak przy abonamentach dla warsztatów, to często nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Podrabiane testery z pirackim oprogramowaniem – ryzyko dla samochodu

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że skoro tak dużo jest ofert sprzedaży "lewego" sprzętu, to przecież służby nie wyłapią wszystkich sprzedawców i użytkowników. Tylko czy warto ryzykować? Tym bardziej że poza konsekwencjami karnymi są jeszcze inne czynniki ryzyka. Podczas czytania opisów takich urządzeń sprzedawanych przez internet, rzuca się w oczy pewna wspólna cecha takich oferty. Otóż sprzedawcy niemal zawsze zapewniają, że oferowany sprzęt to już najnowsza wersja, w której poprawiono błędy i wady poprzedniej, że zmieniono komponenty, że tym razem już działa ze wszystkimi autami, że ma nowe przekaźniki, nowy procesor, że już się nie przegrzewa i nie przepala, że tym razem już wszystkie funkcje działają – i tak już od lat. Wygląda więc na to, że z tą niezawodnością i jakością pirackiego sprzętu różnie bywa i że w przypadku urządzeń renomowanych marek z pewnego źródła płacimy nie tylko za logo producenta.

Piracki tester zostawia ślady w aucie

O czym jeszcze warto wiedzieć? W pirackim, nielegalnym oprogramowaniu zwykle odblokowane są wszystkie funkcje – w tym takie, których nieodpowiednie użycie może być potencjalnie niebezpieczne, chodzi tu m.in. o możliwość ingerencji w działanie systemów bezpieczeństwa, zabezpieczeń antykradzieżowych czy układów oczyszczania spalin. W dodatku nie wszystko działa tak, jak powinno, a nie wszystkie odczyty są wiarygodne i precyzyjne – mówiąc wprost, można sobie takim sprzętem popsuć samochód i nie będzie do kogo zwrócić się potem o pomoc ani o odszkodowanie.

Nowe auta zapisują w sterownikach informację o tym, jakimi narzędziami je diagnozowano. Wykrycie użycia pirackiego sprzętu nie jest wcale takie trudne. Foto: archiwum / Auto Świat
Nowe auta zapisują w sterownikach informację o tym, jakimi narzędziami je diagnozowano. Wykrycie użycia pirackiego sprzętu nie jest wcale takie trudne.

Warto też wiedzieć, że każde podłączenie komputera diagnostycznego do gniazda OBD zostawia w aucie ślady. W sterowniku zostaje informacja, jakim testerem diagnozowano auto lub przy pomocy jakiego urządzenia modyfikowano nastawy. Fachowcy potrafią odróżnić ślady zostawiane przez podróbki od tych, które zostają po podłączeniu oryginalnego sprzętu – to może mieć wpływ np. w sprawach o uznanie gwarancji.

Jak nie kupić nielegalnej podróbki?

  • Sprzęt diagnostyczny kupuj tylko w oficjalnie działających sklepach, które wystawiają fakturę.
  • Nie pobieraj oprogramowania z podejrzanych linków.
  • Nie licz na to, że markowy sprzęt z oprogramowaniem, taki z jakiego korzystają profesjonalne warsztaty, da się kupić z kilkaset złotych.
  • Na rynku dostępne są też tanie testery, bez znaków towarowych renomowanych producentów i z "autorskim" chińskim oprogramowaniem – w ich przypadku nie trzeba się zwykle bać konsekwencji prawnych związanych z zakupem pirackiego sprzętu, ale konsekwencji "technicznych" nie da się wykluczyć. Podłączając do gniazda OBD w aucie sprzęt niewiadomego pochodzenia możemy sporo zepsuć