W Zakupie Kontrolowanym każdorazowo prześwietlamy wybrane przez bohatera auto w serwisie. Zależnie od tego jaki jest to pojazd jedziemy do ASO bądź do warsztatu specjalizującego się w konkretnej marce lub modelu, gdy ten ostatni jest mniej typowy. Zgadnijcie ile razy zdarzyło się, że mechanicy niczego nie znaleźli w sprawdzanym aucie? Otóż zdarzyło się tak raz z pewną używaną, kilkuletnią Skodą Superb. Poza tym przypadkiem każde z auto sprawdzane w serwisie wymagało wymiany lub naprawy kilku elementów.

Używane pojazdy ciężarowe i dostawcze raczej nie są zbyt zadbane, fot. AK

Tysiąc tysiącowi nierówny

Zwykle wydatki na naprawy wahają się od tysiąca do trzech tysięcy złotych. Mimo tego, że jeździmy zazwyczaj do ASO ceny sprawdzamy na rynku niezależnym, a więc zamienników części, a nie części oryginalnych, no chyba, że mamy roczne auto na gwarancji. Powiecie, no tak skrupulatni mechanicy wynajdują rzeczy, których nie trzeba wymieniać od razu itp. Niekoniecznie bo statystycznie najczęstszymi wśród znalezionych usterek są hamulce, układ zawieszenia oraz wszelakie wycieki. Nikt z Was nie chciałby chyba jeździć z niesprawnymi hamulcami czy też luzami w zawieszeniu? Często też w autach, które sprawdzamy znajdujemy typowe usterki danego modelu. Warto więc mieć świadomość tego, co w danym aucie się psuje i ile kosztuje naprawa, bo właśnie takie typowe usterki występują często w samochodach wystawionych do sprzedaży. Innymi słowy przed zakupem trzeba mieć trochę gotówki nie tylko na rejestrację i ewentualne ubezpieczenie ale także na doprowadzenia auta do stanu zbliżonego do ideału. Oczywistym wydaje się fakt, że trzy tysiące na naprawę brzmi zupełnie inaczej w aucie za 100 tys. zł i takim za 10… a dokładniej to drugie dyskwalifikuje, ale pamiętajcie, że to podstawa do negocjacji ceny przed zakupem.

SUV-y to dość bezpieczne rozwiązanie. Nimi je jeździ się sportowo., fot. AK

Na co przymknąć oko?

Szukając i przyprowadzając auta do programu mamy dość duży przegląd tego, jak wyglądają używane pojazdy na rodzimym rynku. Nie ma samochodów idealnych, bo oprócz napraw, które trzeba w nich wykonać, bardzo często skazani jesteśmy na naprawy, które już zostały wykonane. Myślę tutaj o tych najmniej lubianych, czyli lakierniczo-blacharskich. Szacujemy, że około 90 procent aut, które są dostępne ma lakierowany przynajmniej jeden element nadwozia. Sprzedający w takich sytuacjach mówią zwykle o szkodach parkingowych,  niestety nie zawsze tego typu opowieści są prawdziwe. Warto pokazać takie auto fachowcom, którzy o naprawach blacharskich mają pojęcie. Zasadniczo bowiem dobrze przeprowadzona naprawa blacharska nie dyskwalifikuje używanego auta. Lepiej jest kupić auto z lakierowanym błotnikiem w dobrym stanie technicznym, niż samochód w „oryginale” z cofniętym o 200 tys. km licznikiem. Z daleka trzeba tylko trzymać się od pojazdów złożonych z kilku samochodów, które niestety, gdy są dobrze zamaskowane, bywają bardzo trudne do zdemaskowania. Wracając jednak do kwestii oryginalnego lakieru na całym aucie. Kiedyś do programu poszukiwaliśmy Volvo V50 i bardzo zależało nam, aby było to auto z oryginalną powłoką lakierniczą. Pod odrzuceniu około 10 pojazdów, udało nam się znaleźć taki samochód. Cóż z tego skoro po sprawdzeniu numeru VIN okazało się, że jego przebieg odbiega o jakieś 250 tys. km od tego co było na liczniku. A przebieg  400 tys. km to trochę zbyt dużo dla diesla 1.6, który został w tym Volvo zamontowany. Przed poszukiwaniem warto mieć to na uwadze.

Adam Kornacki TVN Turbo