Jak sternik podczas sztormu..Słabiutki układ kierowniczy to i tak nic w porównaniu z tym, co przyszło nam przeżyć podczas jazdy Flybo 6000ZKW czasie "dziewiczych rejsów" po drogach Europy. Już po około 30 km jazdy 4-konny silniczek elektryczny ze względu na przegrzanie odłączył się. Postój na środku 2-pasmowej drogi krajowej z całą kolumną napierających z tyłu aut nie należy ani do rzeczy przyjemnych, ani bezpiecznych. Kilka sekund w pudełku z włókien szklanych, które nie przechodziło jeszcze żadnych crash testów, trwało wieczność. I pomyśleć, że samochód jeszcze latem tego roku ma trafić do sprzedaży w Europie. Cena? 6,5 tys. euro. W planach jest także pojazd wyposażony w baterie litowo-żelazowo-fosforanowe, które są o połowę lżejsze od klasycznych ołowiowych akumulatorów i podwyższają zasięg autka o 15-20 proc. (obecnie ponad 110 km). Do tego skraca się czas ładowania – z 10 do ok. 5 godzin. Jednak takie techniczne cuda to na razie przyszłość. Tymczasem nasz testowy samochód z trudem udaje się uruchomić i ruszamy w dalszą drogę. Przy następnym wzniesieniu Flybo znów traci moc i staje. Znów start, wszystko powtarza się jeszcze 10 razy.Szef marketingu importera, Jan Hetzel z firmy Reva (zajmującej się też bateriami), który chce ten pojazd sprzedawać w Europie, nie ma wyjścia i musi przyznać: "W takim stanie auto nie nadaje się do bezpiecznego poruszania się po drogach". Produkowany w małych, chińskich manufakturach przez niezbyt dobrze wyszkolonych ludzi samochodzik różnego rodzaju niedociągnięcia ma "w wyposażeniu seryjnym". Już gdy Flybo trafił w kontenerze do hamburskiego portu, okazało się, że stalowa rama jest pokryta rdzawym nalotem, jedna z kolumn resorujących nie była właściwie zamontowana, hamulce wymagały odpowietrzenia, półoś napędowa miała luz, a jeden z drążków kierowniczych został źle zamontowany.Na karoserii znaleźliśmy też liczne wgniecenia. Pedały gazu i hamulca znajdują się pośrodku kabiny. To oczywiście ułatwia wytwarzanie wersji przeznaczonej do ruchu lewostronnego, ale utrudnia prowadzenie. "Nic nie szkodzi" – mówi Hetzel i przyznaje, że ma nadzieje na europejską homologację. "Wszystkie błędy można usunąć w dwa dni" – zapewnia. Samochodziki sprzedawane na Starym Kontynencie miałyby przechodzić tu ostateczny montaż. A co z bezpieczeństwem? "Flybo nie jest właściwie klasycznym samochodem. Będzie go można prowadzić z prawem jazdy kategorii B1 (auta do 350 kg). A od skutera czy motoroweru jest z pewnością bezpieczniejszy" – mówi Hetzel. Sprytny wybieg. Ciekawe, co na to powiedzą klienci. Sprzedawane w Europie Flybo będzie również delikatnie liftingowane, by mniej przypominało oryginalnego Smarta.