Jutro przeczytasz, dlaczego chińskie auta przypominają chiński rynek nieruchomości chwilę przed jego upadkiem.
Rok 2006, Chiny.
A to co?
Nową E-klasą podjeżdżam do czegoś, co tylko udaje Mercedesa — jakby kopii starej C-klasy z 1993 roku. Cokolwiek to jest, powinno nazywać się „Bezczelność”. Na tylnej klapie widzę jednak napis „MR7130X1” i logo „Geely”.
"Dżili, dżili" — uśmiecha się właściciel, który moje zdumienie bierze za podziw.
Chiński „mercedes” napotkany na trasie rajdu Paryż-Pekin 2006. Choć trudno w to uwierzyć, Geely produkowało wtedy jeszcze bardziej bezczelną kopię C-klasy z 2000 roku: Geely Merrie 300 miał nawet charakterystyczny „celownik” na masce.Źródło: Auto Świat / Artur Włodarski
Chiński moto-magnes
Tu, w biednej Mongolii Wewnętrznej, gdzie Pekin upchnął przemysł ciężki i gdzie nie wpuszcza turystów, nawet żałosna kopia C-klasy budzi zazdrość. W całych Chinach jest wtedy tyle osobówek, co w Polsce – 13 mln. Tyle że tam na 1000 mieszkańców przypada ich 11, a u nas 351. Przepaść. I to potrójna: w technologii aut, w nasyceniu nimi rynku i w kosztach pracy. Wszystko to razem od lat działa jak magnes na zachodnich producentów — w jednym miejscu mają drugi co do wielkości rynek świata, najtańszą siłę roboczą i brak lokalnej konkurencji. Słowem: ogrom korzyści, zero zagrożeń. Nic dziwnego, że otwierają tu swoje fabryki. A nawet — jak Volkswagen — przenoszą łańcuchy dostaw.
Patrząc na oba "Mercedesy" — niemieckiego i chińskiego — przez myśl mi wówczas nie przeszło, że Pekin zasypie dzielącą ich przepaść w niecałe 20 lat. Że już od dekady realizuje plan zdominowania światowej motoryzacji. W imponującym stylu.
Sukces zrodzony z katastrofy
Marzec 2024 rok. 10 tys. w 4 minuty, 50 tys. w pół godziny. Do końca dnia złożono 90 tys. zamówień na… debiutancki model firmy spoza motoryzacji. Fenomen. Tak jak samo auto: Xiaomi SU7 to jakby chińskie Porsche Taycan — równie zgrabne, równie szybkie, lecz dużo tańsze — nie za 100 tys., ale już od 27 tys. dolarów (w Chinach). Budzi zachwyt, a powstało z desperacji.
Styczeń, 2021 rok. Lei Jun, szef Xiaomi, odebrał telefon z hiobową wieścią: Biały Dom wciągnął chińską spółkę na czarną listę. Skutki? Odcięcie chińskiego potentata komórkowego od usług Google’a, wykreślenie z giełdowych indeksów, spadek notowań o 15 procent, wizerunkowa katastrofa.
– A co zrobimy z 35 tys. zbędnymi w tej sytuacji pracownikami? – spytał ktoś na nadzwyczajnym zebraniu zarządu. Wtedy powstał pomysł, by produkować auta.
Chińskie porsche niegorsze
Wzór? Łatwo zgadnąć. W Chinach do SU7 przylgnęła nazwa "Xiao-Taycan". Motoryzacyjny żółtodziób mierzący się z Porsche — firmą-legendą znaną z wyczynowych aut? Efekt mógł być taki jak z chińskim "mercedesem" — żałosny. A jednak przerósł oczekiwania. Powstało auto równie zgrabne, lecz nie do pomylenia z Taycanem. Główny projektant? Li Tianyuan vel Sawyer Li. Też fenomen – Chińczyk 10 lat wcześniej zwerbowany przez BMW (zaprojektował model iX), a potem przez Xiaomi. Dzięki niemu SU7 nie wygląda jak wyjęty z miksera, do którego wrzucono auta różnych europejskich marek. Jest spójne i harmonijne. Podobnie jak Taycana, można je mieć w dowolnym kolorze (opcja Paint to Sample za równowartość 40 tys. zł). Ale "chińczyk" ma nad "niemcem" przewagę — software. Tu wzorem była Tesla z jej filozofią obsługi różnych funkcji. Jako potentat komórkowy Xiaomi dodało ułatwioną integrację z telefonem i jego peryferiami także w chmurze — coś, co jest na topie oczekiwań chińskich klientów.
To najbardziej pożądane ze wszystkich chińskich aut. Na torze Nürburgring Xiaomi SU7 ściga się z Porsche Taycanem jak równy z równym. Ale w statystykach sprzedaży nie daje mu szans. W zeszłym roku SU7 znalazł 411 082 nabywców. Wyłącznie w Chinach, bo tylko tam jest oferowany. Taycan? 16 339. Na całym świecie. Sądząc po rekordowej liczbie zamówień (289 tys. w godzinę) niebawem SU7 zostanie sprzedażowo pokonane przez SUV-a YU7 – kolejny bestseller Xiaomi.XIAOMI
Bardziej cyfrowe od Tesli, równie szybkie co Porsche, lecz o wiele tańsze Xiaomi SU7 niemal zmiotło Taycana z chińskiego rynku i stało się jeżdżącym dowodem przewagi tamtejszej motoryzacji nad światową konkurencją.
A jak to się zaczęło?
Szansa, której nie można zmarnować
Od diagnozy. Gdy w latach 90. chińscy planiści wybiegli w przyszłość, dostrzegli potężny problem: jeśli Chiny pójdą w ślady Zachodu i zaleją ulice autami, staną się katastrofalnie uzależnione od ropy naftowej, a ich miasta utoną w spalinach.
Drugi? Spalinowa motoryzacja to domena zachodnich producentów z 80-letnią metryką. Chiny są technologicznie w tyle o prawie dwie dekady. Nie da się tego szybko nadrobić.
Rozwiązanie obu problemów? Napęd elektryczny. Tu wciąż każdy ma równe szanse i nikt nie odniósł sukcesu. Okazja, której Chiny nie mogą zmarnować, bo kolejna może się nie nadarzyć. Dziesiąty plan pięcioletni (2001–2005) ubrał ideę w konkrety. Pojazdy elektryczne formalnie uznano za technologiczny priorytet, a do uniwersytetów i instytutów badawczych popłynął strumień rządowych pieniędzy.
Napęd elektryczny, czyli niezależność
To nie działo się bezosobowo. Katalizatorem owych zmian był Wan Gang (rocznik 1952) uznawany dziś za ojca chińskiej elektromobilności. To on dostrzegł problem, wymyślił, jak obrócić go w atut i przekonał chińskie władze do elektrycznych aut. Czym? Uzmysłowił im, że to kwestia bezpieczeństwa narodowego. Chiny nie mają ropy, a to oznacza zależność od państw, które ją eksportują. Mają za to złoża metali ziem rzadkich niezbędnych do produkcji akumulatora, czyli kluczowego elementu aut bez rury wydechowej. Dodatkowa korzyść? Czyste powietrze, zdrowsi mieszkańcy. A więc najpierw bezpieczeństwo, a potem ekologia.
Wan Gang — to on jest ojcem chińskiej elektromobilności. Przekonał władze, że auta na prąd to kwestia bezpieczeństwa narodowego. (CC BY-SA 3.0)Wikimedia Commons
Skok w przyszłość
Dlaczego Gang miał taki posłuch u władz? Był wiarygodny. Studiował inżynierię mechaniczną — najpierw w Szanghaju (Chiny), potem w Clausthal (Niemcy). I — co najważniejsze — dołączył do Audi AG w Ingolstadt, gdzie spędził dekadę jako starszy inżynier ds. rozwoju. Stał się ekspertem od podwozi i inżynierii materiałowej. Miał ścisły umysł, praktyczną wiedzę i dostęp do najnowszych technologii. Jako być może jedyny Chińczyk w latach 90. kierował działem technicznym dużego niemieckiego producenta aut.
W 2000 r. wracał do Pekinu z klarowną wizją kierunku, w którym zmierza globalna motoryzacja, i pomysłem na Chiny: powinny przeskoczyć erę silników spalinowych i stać się światowym liderem w technologii, która je zastąpi.
Nietypowy minister
Pół roku po tym, jak "podziwiałem" chińską kopię mercedesa, Wan Gang został ministrem nauki i technologii. Miał wdrażać swą wizję, w której to chińskie auta będą kopiowane. Ta nominacja zszokowała partyjny beton. Gang nie był ideowym komunistą, lecz naukowcem i inżynierem. Łączył wschodnią ambicję z zachodnim doświadczeniem. Piastował urząd aż do 2018 r. Z sukcesem, lecz nie bez turbulencji.
Największą był globalny kryzys finansowy z 2009 r., który w trzy miesiące ściął eksport Chin o jedną trzecią i pozbawił pracy 20 mln Chińczyków. Pekin uruchomił wtedy potężny program symulacyjny — aż 578 mld dol., które wpompował głównie w budownictwo. Technokraci w KPCh uznali bowiem, że zapobiegną recesji, wywołując największy boom mieszkaniowy w historii ludzkości.
Udało się… aż za bardzo.
Największa bańka świata
– Pustostanów jest tyle, że zmieściłaby się w nich cała populacja Chin – przyznał jesienią 2023 r. He Keng, zastępca szefa Narodowego Biura Statystycznego. To, że wszyscy obywatele mogli porzucić swe domy i przenieść się do nowych osiedli było efektem gigantycznej nadprodukcji mieszkań. Na kredyt, a ściślej za miliardowe pożyczki udzielane przez banki deweloperom budującym od zera całe dzielnice, a nawet miasta.
Nowe miasto Kangbashi (Mongolia Wewnętrzna), bardziej znane jako Ordos, to najsłynniejsze miasto duchów. Budowane w początkach XXI wieku dla miliona osób latami stało bezludne. Obecnie ok. 155 tys. mieszkańców (mniej niż w Zabrzu) ma do dyspozycji 355 km kw. (powierzchnia lewobrzeżnej Warszawy)Charlie Fong/Wikipedia
Zaplanowany bum przerodził się w nieplanowaną bańkę, którą w 2020 r. Pekin przebił, wywołując falę bankructw nawet takich gigantów, jak Evergrande Group — najbardziej zadłużony (340 mld dol. — więcej niż PKB Finlandii) deweloper na świecie.
Ale cofnijmy się do 2009 r. Nim Pekin zaczął wspierać budownictwo, uruchomił program pilotażowy…
"Dziesięć miast, tysiąc pojazdów"
…który dziś brzmi skromnie, lecz stworzył fundament pod chińską elektromobilność. Główne wytyczne były proste:
- wybrać 10 miast w tym takie, gdzie zimy są surowe (jak Changchun czy Dalian),
- każdemu przyznać dotacje na zakup co najmniej tysiąca energooszczędnych (elektrycznych, wodorowych, hybrydowych) pojazdów użyteczności publicznej (autobusów i taksówek),
- skłonić producentów tych pojazdów i lokalne władze do stworzenia sieci punktów serwisowych i stacji ładowania,
- wyciągać i wdrażać wnioski z intensywnej eksploatacji pojazdów i infrastruktury.
Spostrzeżenia okazały się tak cenne, że w trzy lata program rozszerzono do 25 miast. 27 tys. intensywnie użytkowanych e-pojazdów pozwoliło wyznaczyć priorytety w szkoleniu kierowców i mechaników, odkryć blaski i cienie elektrycznego napędu oraz oswoić z nim obywateli, dla których był nowością.
Nauka na błędach
Drobiazgowe dane eksploatacyjne floty autobusów w Shenzhen posłużyły do projektowania akumulatorów, poprawy krzywej ich degradacji, inżynierii systemów ładowania i protokołów konserwacji.
Skostniałe od mrozu autobusy w Changchun i Dalian traciły aż 40 proc. zasięgu. Zmusiło to inżynierów do opracowania lepszych systemów zarządzania temperaturą akumulatora (BTMS), które są dziś standardem.
W wielu miastach infrastruktura ładowania okazała się żałośnie niewystarczająca - autobusy nie kursowały, bo ładowarek brakowało, były zepsute lub niekompatybilne. Nauczyło to lokalne władze, by floty elektryków i sieć ładowarek rozwijać równolegle, a nie na przemian.
Gdy psuły się autobusy, niektóre stały tygodniami, bo nie było komu ich naprawić. Zmusiło to producentów do wyszkolenia mechaników wysokich napięć i opracowania podręczników serwisowych.
Największą korzyścią był jednak impuls do tworzenia łańcuchów dostaw.
Zasada domina
Kiedy Shenzhen zamówiło kilkuset e-autobusów BYD, koncern musiał rozbudować fabrykę akumulatorów. To zaś wymagało od niego zwiększenia wydobycia i rafinacji litu.
Konieczność rozbudowy infrastruktury zwiększyła zaś liczbę producentów ładowarek. Każda decyzja zakupowa wzmacniała lub wydłużała łańcuch dostawców i usługodawców.
To klasyczna logika polityki przemysłowej opartej na popycie: zamiast dotować podaż czekając aż rozkwitnie, program zagwarantował popyt i pozwolił podaży zorganizować się wokół niego. Dostawcy, którzy pokonali logistyczne piekło miejskiego transportu autobusowego — gdzie niezawodność nie podlegała negocjacji, a przestoje miały konsekwencje polityczne — zostawali. Reszta - odpadała. Program działał jako brutalny weryfikator kompetencji i możliwości.
Narodziny potentata
Jego najbardziej spektakularnym efektem był CATL (Contemporary Amperex Technology Co., Limited) mający dziś 1/3 światowego rynku lider produkcji baterii do aut elektrycznych. Nie powstałby w 2011 r., gdyby nie zrodzony przez "Dziesięć miast, tysiąc pojazdów" popyt na duże akumulatory trakcyjne do autobusów. Firma wypączkowała z ATL — producenta baterii litowo-polimerowych m.in. do wczesnych modeli iPadów i iPhone’ów. Obserwując ruchy Pekinu, Robin Zeng (rocznik 1968), szef ATL i założyciel CATL, uznał, że era zielonej mobilności nadchodzi szybciej, niż ktokolwiek sądził. Chciał mieć w tym swój udział. Rozkręcił produkcję akumulatorów w odpowiednim czasie i na skalę, która zadziwiła świat. Największym klientem CATL jest Tesla, najstarszym — BMW. Dziś co trzeci nowy elektryk — od Audi po Zeekra — ma akumulator CATL-a.
Cdn