materiały producenta
Fabryka chińskich samochodów

Chińska bańka jest bliska pęknięcia. Większość marek padnie. Pekin to wie, a mimo to nie wciska hamulca

Fabryka chińskich samochodów
Artur Włodarski
Artur Włodarski

Chiński rynek motoryzacyjny jest bliski eksplozji. Za dużo fabryk, marek, modeli. Większość tamtejszych producentów aut czeka zagłada. Jedyne wyjście? Eksport. Na skalę, jakiej świat nie widział. Tyle że wraz z tanimi autami przypłyną do nas groźne skutki ogromnej nadprodukcji i największej w historii wojny cenowej.

Część II
To był misterny plan obliczony na około 20 lat. Kilka dni temu opisaliśmy, kto był jego pomysłodawcą i od czego zaczął (Chińskie auta mogą zatrzymać tylko cła albo cud. Ziścił się misterny plan Wan Ganga). Tu finał i wyjaśnienie, dlaczego całość… poszła za dobrze. Jakie są skutki tego, że Pekin nie wcisnął hamulca?

Czas na klientów indywidualnych

W 2013 r. elektryczne floty autobusów i taksówek funkcjonowały na tyle sprawnie, że pomyślano o autach osobowych. Zaczęto od miast, które zabłysły w pilotażu. Niektóre stosowały system tablic rejestracyjnych limitujący napływ pojazdów na zatłoczone ulice (średni czas dojazdu do pracy w Pekinie to 47 minut). By mieć tablicę, trzeba ją wylosować (Pekin, Shenzhen) lub kupić (Szanghaj). Pierwsze oznaczało zwykle kilka lat oczekiwania, drugie wydatek 70-90 tys. juanów (37-48 tys. zł). W ramach zachęty nabywcom aut elektrycznych wręczano tablice od ręki i za darmo. Był to strzał w dziesiątkę i silny impuls popytowy. To ważne, bo ówczesne chińskie elektryki nie budziły pożądania.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Autor Artur Włodarski
Artur Włodarski