Można z tego złożyć dwa samochody przez lata dokupując pracowicie do każdego z fragmentów całą resztę. Można złożyć w jeden samochód, w którym wszystko będzie technicznie do siebie pasowało, ale historycznie nie będzie przedstawiał wielkiej wartości. Można jeszcze sprzedać to, co się ma odbudowującym samochody tej marki, a można zrobić jeszcze coś zupełnie innego. Tą drogą właśnie poszedł właściciel i postanowił zrobić coś zupełnie niezwykłego, ale po kolei. Wszystkie posiadane składniki nowego projektu pochodziły od samochodów z jednej rodziny, mianowicie nowej (w latach 30.) serii samochodów DKW Front, głównie modelu F5.

Foto: Onet
DKW

Dość powszechnie utrwalony jest pogląd, że to Citroën wyprodukował pierwsze seryjne samochody z przednim napędem. Niestety to przekonanie jest wynikiem długotrwałego powtarzania, a nie kolejności historycznej. Pierwszymi wielkoseryjnymi samochodami z przednim napędem były samochody DKW serii F (Front) i nic nie zmieni tego faktu, zaś lista firm i modeli samochodów, które w krótkich seriach, jeszcze przed dekawkami, miały napędzaną przednią oś, zajęłaby kilka następnych linijek.

Jakby tych nowości było mało, zespoły napędowe serii DKW F posiadały układ, jaki spotykamy współcześnie we wszystkich popularnych samochodach, czyli poprzecznie ustawiony silnik zblokowany ze skrzynią biegów. Układ ten nie wynikał z proroczego widzenia przyszłości, ale oszczędności konstrukcji. Po prostu, przy takim ustawieniu można było skonstruować przekładnię główną z kołami zębatymi o zazębieniu czołowym, a nie stożkowym. Do przekładni z kołami zębatymi o zazębieniem stożkowym należałoby zastosować kosztowne spiralne zazębienie, aby nie wyła jak tramwaj z początku XX wieku.

Sam zespół silnik - sprzęgło - przekładnia, był swojego rodzaju powtórzeniem rozwiązań motocyklowych i praktycznie, od początku aż do modelu F9, zespoły napędowe były do siebie niezwykle podobne. Różniły się, rzecz jasna, wieloma szczegółami, ale w zasadniczej swojej konstrukcji były identyczne. O historii DKW Front napiszemy wkrótce szerzej w zaplanowanym artykule o DKW F5 kabrio, jaki znajduje się w kolekcji Grzegorza Ziółkowskiego.

Samochody AUTO UNION DKW, gdyż od roku 1932 firma DKW weszła do słynnej unii samochodowej ratującej przed upadkiem w czasie kryzysu cztery saksońskie marki, stały się niezwykle popularne także w naszym kraju. Co ciekawe, bardzo słabo reprezentowane w okresie przedwojennym, po II wojnie światowej zyskały sobie u nas prawo obywatelstwa. Po części stało się to dzięki uruchomieniu w NRD produkcji modelu F8, a po części dzięki ich prostej konstrukcji i niewysokim kosztom eksploatacji. Do początku lat 70. spotykało się je często i trzeba powiedzieć, że ich zupełnie niemodna sylwetka zaczynała się wielu ludziom podobać. Sprawną ifkę lub dekawkę można było kupić za cenę niedrogiego motocykla, a magazyny Motozbytu pełne były tanich części zamiennych do P-70, posiadającego bardzo podobny zespół napędowy.

Foto: Onet
DKW

Niestety ich drewniane szkielety nadwozi rozpadały się dość szybko i nie wszystkim starczało cierpliwości i umiejętności stolarskich, aby je reanimować. Fakt ten spowodował, że przechowało się stosunkowo dużo części mechanicznych i blaszanych od dekawek, zaś kompletnych samochodów bardzo niewiele.

W taki sposób, w przepastnym garażu właściciela znalazły się blaszane fragmenty przedniej części nadwozia, rama i kilka zespołów napędowych. Z nich to postanowił zrobić coś niezwykłego, czyli samochód... strażacki. Po dopasowaniu przedniej części blaszanego nadwozia do ramy modelu F5, dorobiono tylną ścianę kabiny z siedzeniami, po czym nie pozostało nic innego, jak pomyśleć o wyposażeniu pożarowym. Aby wszystko wyglądało poważnie należało znaleźć wyposażenie z epoki, czyli lat 30. Po długich poszukiwaniach znalazł się na jednej z aukcji internetowych właściwy obiekt. Była nim kompletna przyczepa samochodowa wyposażona w sprzęt ogniowy. Przyczepy takie musiano używać do niezbyt dużych samochodów pożarniczych, o czym świadczy wielkość i wysokość zaczepu. Jednak w tym przypadku nie chodziło o wyremontowanie przyczepy i ciąganie jej dekawką, ale o przełożenie całego majdanu na budowany samochód.

Trzeba jeszcze wiedzieć, że firma DKW produkowała nie tylko samochody i motocykle, ale także wszystko, co dawało się napędzić silnikami dwusuwowymi, czyli na przykład agregaty prądotwórcze, motopompy strażackie i wiele innych pożytecznych urządzeń. Nie wypadało w takim razie montować na nasz wóz strażacki DKW innego sprzętu niż właśnie tej firmy.

Początkowo cena wywoławcza za wspomnianą przyczepę była raczej zaporowa, ale wkrótce okazało się, że nie ma na nią amatorów i sprzedano ją za niespełna 30% kwoty początkowej. Z tej przyczepy zostały wykorzystane węże ssące wodę i zwijaki z wężami oraz prądownice. Wszystko ze stelażami zaadaptowano do przyszłego samochodu. W międzyczasie udało się nabyć kompletną motopompę DKW i agregat prądotwórczy. Kolejne poszukiwania na aukcjach e-bay przyniosły sukcesy w postaci oryginalnych gaśnic i hydronetek z epoki.

Foto: Onet
DKW

Teraz należało to wszystko jakoś rozplanować i przemyśleć, jakby to zrobiono oryginalnie, konstruując taki mały bojowy wóz pożarniczy. Należało więc zbudować odpowiednie ruchome mocowania dla motopompy, węży i wszelakich innych urządzeń gaśniczych, jakie udało się nabyć. Za wzorce służyły archiwalne zdjęcia niemieckiej "feurewehry" posługującej się nieco większymi wozami bojowymi. Budowa strażaka trwała cztery lata spokojnego kompletowania wyposażenia i odbudowy samochodu. W końcu po kilku akcjach montowania pasowania i rozmontowywania samochód był gotów do malowania. Czy można go było pomalować na inny kolor? Rzecz jasna, że nie - tylko ognista czerwień.

Tu trzeba wspomnieć, że specjalistyczne samochody, w tym pożarnicze, zawsze powstawały w wyspecjalizowanych firmach wykorzystujących seryjne podwozia. Można więc nieco z przymrużeniem oka przyjąć, że nasza dekawka powstała w taki właśnie sposób w nieoficjalnym zakładzie nadwozi specjalnych.

Czy można sobie wyobrazić tak niewielki samochód strażacki? Oczywiście że tak, bo warto przypomnieć, że w latach 30. powstawały tu i ówdzie nawet motocykle pożarnicze. By nie być gołosłownym, przypomnę tu konstrukcję motocykla L600, jaki powstał w Leningradzie. W takim towarzystwie mała dekawka wydawać by się mogła sporym wozem bojowym straży ogniowej. To są jednak tylko dywagacje.

A czy taki samochód kiedyś rzeczywiście powstał? Tego nie wiemy, ale teraz już jest i to bardzo bogato wyposażony. Zabiera na pokład dwóch dorodnych strażaków, którzy są w stanie obsłużyć jego wyposażenie. Centralnym punktem jest motopompa DKW z roku 1939, posiadająca urządzenie podsysające wodę za pomocą jednego z cylindrów dwusuwowego silnika. Patent ten zastosowano także w naszych pompach strażackich wykorzystujących silnik Syreny.

Foto: Onet
DKW

Drugim ciekawym agregatem jest zespół prądotwórczy z jednocylindrowym silnikiem DKW, uruchamianym taśmą z mechanizmem zapadkowym, jaki stosuje się np. piłach spalinowych. Został wyprodukowany w roku 1942 i ma szacunkową moc rzędu kilkuset watów, pozwalającą na podłączenie dobrych lamp oświetlających miejsce akcji. Do tego stożkowa gaśnica zawierająca oryginalny środek chemiczny i hydronetka, czyli przenośny zbiornik na wodę z pompką i wężem. Jako sygnał dźwiękowy, czyniący z dekawki samochód uprzywilejowany, wykorzystano mosiężny dzwonek mogący z powodzeniem wybijać "szklanki" na jakimś żaglowcu.

Wszystko to ma sporą wagę, przez co 20-konny silnik ma co robić. Na 19-calowych kołach znalazły się opony motocyklowe, które niestety pracują w górnym zakresie nośności, gdyż na każde koło przypada spokojnie ze dwieście kilo.

Samochód został zaprezentowany na wielu wystawach i konkursach wzbudzając wielkie zainteresowanie, jednak największym sukcesem było wyróżnienie za najładniejszy pojazd na rajdzie "Auf dem Spuren der Vier Ringe" w roku 2007 w Chemnitz, z okazji 75-lecia powstania związku Auto Union. W rajdzie brało udział wielu znawców marki z czterema kółkami na masce i wszyscy zgodnie uznali strażacką dekawkę za najładniejszą. Nam też się podoba, chociaż jest dość swobodnym zestawieniem zabytkowych elementów.