Kiedy piszę te słowa, jest sobotni poranek, a ja, nie po raz pierwszy, utknąłem w domu. Razem z żoną chcieliśmy zabrać psa na spacer nad rzekę, do czego potrzebujemy rodzinnego samochodu. Tyle że samochodu nie ma.
Wiem, że nie został skradziony, ponieważ kluczyki zniknęły z szuflady. Nasza 18-letnia córka, która ma prawo jazdy od ośmiu bardzo długich tygodni, po raz kolejny zabrała rodzinne auto.
Oto skrócona wersja rozmowy, którą przeprowadzę dziś wieczorem z młodszą córką, gdy wróci do domu.
– Ale potrzebowałam samochodu. Zaczynam pracę o siódmej rano. Przecież o tym wiesz!
– Tak, ale nie zapytałaś.
– Pytałam! Po prostu nie pamiętasz.
– No dobrze, to rzeczywiście możliwe – przyznaję.
Następnie wskazuję na psa i próbuję wzbudzić w niej odrobinę empatii.
– Tak, ale potrzebowałam samochodu. Aha, jutro też będzie mi potrzebny.
I tak dalej.
Jesteśmy czteroosobową rodziną i każde z nas ma prawo jazdy. Oczywiście byłem niezwykle dumny z obu córek, gdy zdały egzaminy za pierwszym podejściem, ale bardzo szybko doprowadziło to do problemu, z którego, jak się wydaje, nie ma wyjścia. Mamy tylko jeden samochód i niczym Argentyńczycy w przypadku Falklandów każde z nas uważa, że ma do niego prawo.
Dla nich rozwiązanie jest oczywiste.
– Kupmy jeszcze jeden. Albo może dwa. Po jednym dla każdej z nas.
Sięgam po aplikację bankową w telefonie, żeby pokazać im twarde liczby dowodzące, dlaczego nie będzie to możliwe. Mówię coś o środowisku, a kiedy to nie działa, wspominam o rocznych opłatach za pozwolenie na parkowanie, astronomicznych składkach ubezpieczeniowych dla młodych kierowców oraz rosnących cenach benzyny. Autorytatywnym tonem odwołuję się do sytuacji w cieśninie Ormuz i patrzę, jak obie powoli tracą entuzjazm niczym uchodzące z powietrza balony.
– No dobrze. Będziemy się dzielić.
Rodzinne kłótnie
Jak się okazuje, nasz problem jest dość powszechny. Obecnie niemal połowa gospodarstw domowych w Wielkiej Brytanii dzieli jeden samochód między kilku kierowców (w Polsce ten wskaźnik jest podobny — red.). Jak wynika z raportu, który równie dobrze mógłbym napisać sam, w 48 proc. tych gospodarstw regularnie dochodzi do kłótni o to, kto i kiedy może korzystać z auta.
Są też inne punkty zapalne. Należą do nich pozostawianie fotela kierowcy w niewłaściwym położeniu, nieczyszczenie nadwozia oraz błogie przekonanie, że zaśmiecanie wnętrza porzuconymi bluzami z kapturem, pustymi pojemnikami po płynach do e-papierosów i papierkami po słodyczach właściwie nie stanowi żadnego problemu. A jednak stanowi.
Skromny rodzinny samochód, który kiedyś był po prostu wygodnym i praktycznym narzędziem, stał się źródłem poważnych problemów.
Na razie wciąż jesteśmy na etapie, na którym cała sytuacja jest czymś nowym. Wspaniale jest patrzeć, jak coraz bardziej dorosłe dziecko siada za kierownicą i odjeżdża ku samodzielności. Jednocześnie jest to przerażające. Kiedy w zeszłym miesiącu 20-letnia córka wyjechała ze swoim chłopakiem na tydzień do Walii, większość czasu spędziłem na śledzeniu ich trasy, żeby ostrzec ich o robotach drogowych tuż za Port Talbot. A kiedy 18-latka oznajmiła, że zamierza pojechać samochodem na Reading Festival… Powiedzmy tylko, że nie podzielałem jej zdania i zdecydowanie zaprotestowałem.
Próba odzyskania wolności
Wielokrotnie powtarzam obu córkom, że je rozumiem. Kiedy byłem w ich wieku, pragnąłem podobnej ucieczki. Sytuacja w moim domu była skomplikowana, a ja chciałem przede wszystkim z niego uciec, najlepiej na czwartym biegu.
Marzyłem o błękitnym Volkswagenie Garbusie, którego po raz pierwszy zobaczyłem w „Loot”. Tym, którzy nie pamiętają, wyjaśnię, że była to gazeta pełna ogłoszeń drobnych dotyczących najróżniejszych rzeczy. Można powiedzieć, że był to drukowany odpowiednik eBaya. Starszy sąsiad, który pojechał ze mną obejrzeć samochód w zastępstwie mojego wiecznie nieobecnego ojca, stwierdził jednak, że auto jest „kupą rdzy”, a co gorsza, „śmiertelną pułapką”.
Auto Bild Klassik / Auto Bild
Volkswagen Garbus
Zamiast niego polecił mojej matce 10-letnie Renault 5, które stało w salonie po drugiej stronie ulicy. Stanowczo zaprotestowałem. Przekonywałem, że ani jego kształt, pudełkowaty, jakby samochód narysowało dziecko, ani kolor, na litość boską metaliczna zieleń, nie pomogą mi zdobyć uznania znajomych. Mimo to kupiliśmy ten samochód.
Kosztował 1500 funtów, a ja w geście dobrej woli pokryłem jedną trzecią ceny, obiecując matce, że będziemy korzystać z auta po równo.
Kiedy jednak przywieźliśmy je do domu, zrozumiałem, jak bardzo może mi pomóc w odzyskaniu wolności. Zacząłem więc z tej możliwości korzystać raz za razem. Moja matka praktycznie nie miała dostępu do samochodu. Jej oczywisty brak poczucia, że auto należy również do niej, stał się przyczyną konfliktów między nami.
Młodość bierze górę
Historia się powtarza, prawda? Dzisiaj żadna z moich córek nie jest szczególnie zadowolona, że ich samochodem jest 10-letni Fiat 500X, również pudełkowaty. Nie przeszkadza im to jednak traktować go jak własnego.
Igor Kohutnicki / Auto Świat
Fiat 500X
Czasami podczas kolacji rozmawiamy o tym, kto będzie mógł korzystać z auta w kolejnych dniach. Łatwo jednak coś ustalić, trudniej tego przestrzegać. Nagłe możliwości, które pojawiają się przed młodą osobą, są zupełnie inne niż te dostępne komuś po pięćdziesiątce.
Podczas gdy ja marzę o tym, żeby w weekend pojechać samochodem na zakupy, bo czy coś może bardziej dosadnie świadczyć o niedolach wieku średniego niż fantazjowanie o zakupach w Waitrose, moje córki pod wpływem impulsu chwytają kluczyki i znikają z jednym albo drugim znajomym, o dowolnej porze dnia i nocy.
Zaskakujące, jak często o trzeciej nad ranem nagle robią się strasznie głodne i postanawiają zignorować zawartość lodówki, żeby przejechać 8 km do McDonald’s z obsługą dla kierowców. Jedzą tam na parkingu, obok porzuconych wózków sklepowych, po czym, o ile mi wiadomo, kręcą na asfalcie chuligańskie bączki.
Przynajmniej na razie instynkt podpowiada mi, żeby pozwolić im robić swoje, dobrze się bawić i po prostu mieć nadzieję, że będą jeździły bezpiecznie. Żeby naprawdę jeździły bezpiecznie: dłonie na kierownicy w pozycji „za dziesięć trzecia”, lusterko, kierunkowskaz, manewr.
A ja? Zawsze lubiłem jeździć na rowerze, więc znowu na niego wsiądę. Podobno dobrze wpływa to na kondycję.