• Off-roadowy debiut nie zawsze przebiega gładko, mój był bardzo wyczerpujący
  • Wziąłem udział w amatorskim rajdzie organizowanym przez BWolf_OFFtheRoad
  • Zbieranie pieczątek polega na tym, że do wnętrza auta na lince zaplombowana jest specjalna karta. Z kolei w lesie, w trudno dostępnych miejscach, np. na gałęziach wiszą stemple. Trzeba podjechać na tyle blisko, żeby podbić kartę
  • Więcej takich tekstów znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

Do tej pory moje próby zjechania z utwardzonych dróg nie były zbyt owocne. Kiedyś pożyczyłem od wujka Nissana Navarę i wjechałem nią w pole, które okazało się bagnem. Po 30 sekundach wisiałem już na podwoziu i wyciągał mnie traktor. Po tym zdarzeniu odpuściłem na kilka lat. Później kilka razy brałem się za rogi z Mercedesem klasy G oraz Toyotą Land Cruiser, ale to były samochody do testów prasowych i nie chciałem zrobić im krzywdy. Z tego powodu nie wykorzystałem nawet 10 proc. ich możliwości.

Wszystko zmieniło się w czerwcu 2022 r. Kolega zaprosił mnie na rajd do załogi. "Będziemy jeździć po lesie i zbierać pieczątki, kup sobie kalosze" To była informacja, którą dostałem od Maćka przed wyjazdem. "Będzie fajnie, zobaczysz, ale przygotuj się na robotę" — dodał.

Wszyscy jesteśmy zieloni, ale ja najbardziej

Wzięliśmy udział w amatorskim rajdzie organizowanym przez BWolf_OFFtheRoad. Tym razem miejscem zmagań była "Torfianka przy stacji benzynowej w Łasku" — wszyscy mówili, że to wymagający teren. Nasz samochód to Suzuki Grand Vitara XL7, które jeszcze do niedawna było autem do jazdy na co dzień właściciela. Teraz Maciek zmienił w nim opony na bardziej terenowe, podniósł je o kilka centymetrów i dodał przednią płytę ochronną. Tylko tyle i aż tyle. Musicie wiedzieć, że dla Maćka, szefa naszej drużyny, był to dopiero trzeci rajd. Od początku jeździ z nim również Piotrek w roli pilota. Ja dołączyłem trochę przez przypadek jako "zwykły majtek". No to ruszamy...

Suzuki w terenie podczas rajdu Foto: Krzysztof Kaźmierczak / Auto Świat
Suzuki w terenie podczas rajdu

Mieszczuchy w świecie ludzi lasu

Imprezę zaczęliśmy od briefingu. Większość startujących to prawdziwi "ludzie off-roadu" z doświadczeniem i ciekawymi historiami. Na dodatek zasiadali za kierownicami prawdziwie terenowych potworów. Takich bardzo poprzerabianych terenówek, podniesionych, na ogromnych oponach oraz z "windami", czyli wyciągarkami. Zaskoczeniem była dla mnie obecność Opli Frontera. Okazuje się, że "Froty" to całkiem solidne terenówki. Na starcie pojawiło się też Suzuki Swift 1.0 z napędem na przód! Poza tym Swiftem większość maszyn wyglądała, jakby mogła przejechać przez pustynię i nasza Vitara prezentowała się przy nich bardzo skromnie, ale byliśmy zdeterminowani.

O co chodzi z tymi pieczątkami?

Rajd rozpoczął się od OES-u, czyli próby czasowej. Potem przez resztę dnia zbieraliśmy już pieczątki. Polega to na tym, że do wnętrza auta na lince zaplombowana jest karta do pieczętowania. Z kolei w lesie, w trudno dostępnych miejscach, np. na gałęziach wiszą pieczątki. Trzeba podjechać na tyle blisko, żeby dotknąć stemplem karty. Tym razem na terenie było rozwieszonych około stu pieczątek. Wygrywa ten, kto zbierze najwięcej stempli. Jeśli jest remis, to o zwycięstwie decyduje czas z OES-u. Proste? No to jedziemy!

Dalsza część tekstu pod materiałem wideo:

Najpierw OES

Ruszyliśmy na trasę odcinka specjalnego. Ponieważ pełniłem rolę trzeciego członka ekipy to na OES-ie siedziałem z tyłu. Dobrze, że chłopaki poradzili mi, żebym zapiął pasy — inaczej pisałbym to teraz ze szpitala. Maciek poszedł na całość. Co prawda w tym Suzuki nie mieliśmy szans na świetny czas, ale i tak rzucało nami jak łódką w czasie sztormu.

Suzuki w terenie podczas rajdu Foto: Krzysztof Kaźmierczak / Auto Świat
Suzuki w terenie podczas rajdu

No i zaczęło się...

W końcu nadszedł czas na pieczątki. Podjechaliśmy na skraj lasu i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu wjechaliśmy wprost w gęste krzaki. W życiu bym nie podejrzewał, że w ogóle w to miejsce da się wejść, nie mówiąc już o wjeżdżaniu samochodem. Szybko utknęliśmy i od razu w ruch poszły trapy (drabinki, które podkłada się pod koła) oraz hi-lift (winda do podnoszenia auta za felgę). O kilka pierwszych pieczątek walczyliśmy ponad godzinę i byliśmy tam praktycznie sami. Dopiero potem trafiliśmy w błoto, gdzie wszyscy "bobrowali" i szczęka mi opadła. Teren, który nas prawie pokonał, inni przejeżdżali z "palcem w nosie". Po prostu jechali, stemplowali i ruszali dalej. Zupełnie jakby to było na parkingu pod supermarketem, a nie w błotnistym lesie. Jednak sprzęt robi różnicę...

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego

Ogromna dysproporcja wynikająca z naszego braku doświadczenia zupełnie nas nie zniechęciła. Atakowaliśmy nawet te najtrudniejsze pieczątki. Wtedy dotarło do mnie, że wszyscy sobie nawzajem pomagają. Załogi czekają na siebie, żeby upewnić się, że nie trzeba kogoś wyciągnąć z błota. Nam pomagało kilka załóg i zawsze wyglądało to tak samo. Biedne Suzuki mieliło w miejscu kołami — było "wklejone" w błoto. No więc podpinaliśmy się liną do innych i oni wyciągali nas z opresji — szło to całkiem sprawnie. W sumie spędziliśmy około siedmiu godzin na "bobrowaniu". Zebraliśmy w tym czasie 35 pieczątek. Rekordziści mieli ponad 70 stempli.

Od razu "na pudle"

Po zjechaniu z trasy byłem brudny, zmęczony, ale szczęśliwy. Miałem okazję poznać off-road z pierwszej ręki i przyznam, że najciekawsze obserwacje mam względem uczestników. Jedni przyjechali po zwycięstwo, inni przyjechali tylko po to, żeby wpakować się najgorsze tarapaty i potem cały dzień z nich wychodzić. Jeszcze inni byli najbardziej szczęśliwi, że mogą pomagać. My przyjechaliśmy przede wszystkim przetrwać i nam się to udało. Nie obyło się bez strat, bo Piotrek wycofywał z głębokiego błota i zaliczył spotkanie z drzewem. Bilans: zderzak, lampa, błotnik. Wszyscy mówili, że to pierwsze blizny i teraz już będzie z górki. Mieli rację, ponieważ nie tylko dojechaliśmy do końca imprezy, ale nasz wynik wystarczył na trzecie miejsce w klasie SUV.

Suzuki w terenie podczas rajdu Foto: Krzysztof Kaźmierczak / Auto Świat
Suzuki w terenie podczas rajdu

Off-road przypomina mi żeglarstwo

Kiedy już opadły emocje po rajdzie, to dotarło do mnie, że off-road jest bardzo podobny do żeglarstwa. Tu i tu pracuje się w drużynie i przede wszystkim chodzi o wspólną przygodę oraz... biesiadę. Tak jak po dniu spędzonym na mazurskim jeziorze robi się ognisko w lesie i rozmawia o przechyłach pod żaglami, tak tutaj robi się dokładnie to samo. Po całym dniu "bobrowania" wszyscy razem jedzą i dyskutują o tym co ich spotkało na trasie.

Bezlitosne wnioski

W tej beczce miodu jest jednak kilka łyżek dziegciu. Po pierwsze chodzi o aspekt środowiskowy. Teren, gdzie odbywał się rajd, to znane miejsce i przygotowane do tego typu imprez, więc nie było tutaj mowy o niszczeniu dziewiczego lasu. Mimo to nie da się ukryć, że terenówki smrodzą i "ryją" teren. Z drugiej strony off-road nie wymaga budowania anektującej obszary zielone infrastruktury, jak np. portów dla żaglówek. Kij ma dwa końce.

Suzuki Swift off-road Foto: Auto Świat
Suzuki Swift off-road

Nie do wiary

Zdaniem większości ta impreza nie należała do łatwych. Dla jednej z załóg rajd skończył się nawet dachowaniem. Wydawać by się mogło, że w takim razie klasyfikację generalną musiał wygrać jakiś terenowy potwór. Nic bardziej mylnego. Na najwyższym miejscu podium obu klas (Teren i SUV) stanęły dwie załogi. Suzuki Samurai oraz... Suzuki Swift 1.0. Co ciekawe Swift zebrał tyle samo pieczątek co Samurai. Jak oni to zrobili? Nie mam zielonego pojęcia. Wiem natomiast co innego. Jeśli tylko będę miał okazję wrócić na taką imprezę, to z pewnością to zrobię!