Owieczki leniwie skubią trawę i nic nie robią sobie z faktu, że przynajmniej geograficznie i administracyjnie zaliczane są do żyjącej w pędzie Europy, gdzie życie toczy się w korkach metropolii. Po szaleńczym wyścigu na trasie Sosnowiec-Hanstholm (Dania), w którym nagrodą było znalezienie się na promie do Islandii, to prawdziwa chwila oddechu. Doba spędzona na morzu teoretycznie przeznaczona jest na lenistwo, ale wcale nie przynosi odpoczynku.

Jedną z atrakcji, które zamierzamy odwiedzić, jest dolina Saksun na wyspie Streymoy. Wąska wstążka szarego asfaltu rzucona pośrodku doliny, wije się między wzgórzami i kończy się w wiosce o tej samej nazwie. Po niezbyt długiej podróży docieramy do osady. Szybko jednak udajemy się do białego kościółka położonego na końcu drogi tuż za domami. Trzeba przyznać, że wygląda malowniczo i nie dziwi fakt umieszczania go w większości folderów reklamowych.

Po krótkim spacerze wokół białej świątyni zaglądamy do starej farmy, w której mieści się muzeum. Drewniane i kamienne zabudowania w połączeniu z pokrytymi bujną trawą dachami oraz otaczającymi je zboczami wyglądają czysto i niewinnie. Wakacyjna atmosfera i wspaniałe widoki, będące niewątpliwie ucztą dla dusz, mimo wszystko nie zapewniają pożywienia żołądkom, które zaczynają domagać się choćby okruchów strawy. Przysiadamy więc na wykrzywionej, drewnianej ławeczce pod kamienną ścianą pokrytą nierówną warstewką mchu. Z każdym kęsem lekkiego posiłku oczami pochłaniamy kolejne centymetry krajobrazu – jakbyśmy chcieli zapisać je na twardych dyskach naszych pamięci. Szum opadającej stromym zboczem wody tworzy do tego naturalny akompaniament.

Niski stan wody w pobliskiej zatoce wręcz zaprasza na wycieczkę. Ruszamy więc w dół prowadzącą tuż obok delikatnie szemrzącej rzeki drogą. Jeszcze tylko spacer po wyschniętym dnie zatoki i docieramy do nadmorskiej plaży. Nie znajdujemy tu jednak żółtego piasku. Jest natomiast cichutkie, ścielące się potulnie u stóp morze oraz skarby wyrzucone na szary brzeg w trakcie sztormowej pogody. Natrafiamy także na małą istotę, która jest gospodarzem, a nawet symbolem Wysp.

Tajemnicze stworzenie o czarno-białym ubarwieniu i czerwonym długim dziobie to tjaldur. Ważącego około 0,75 kg i słynącego z długowieczności ptaka można spotkać także w Polsce. Trzy dni wystarczyłyby, aby zwiedzić całe wyspy, ale tempo nie pasowałoby do krajobrazu i nastroju. Zdecydowaliśmy się więc zobaczyć mniej, ale dogłębniej, nie tylko zza szyb Honkera. Klifów i wpadających do morza wodospadów na Wyspach nie brak.

Są tu największe w Europie urwiska nadbrzeżne – najwyższa ściana położona na wyspie Viðoy ma wysokość 745 m. Kilka lat temu eksperci National Geografic Traveler zaliczyli Wyspy Owcze do setki najlepszych wysp świata. Nie wiemy dokładnie, jakimi kryteriami się posłużyli, ale nas wyspy zauroczyły. Urzekł czas płynący w leniwym tempie szemrzących strumyków, zieleń górzystych łąk i panujący tu niezwykły spokój, czystość oraz brak tego, co chcielibyśmy zostawić, gdy mamy dość cywilizacji. Więcej zdjęć i relacji z wypraw na: www.fotopodroze.art.pl