Początki Mille Miglia (po włosku tysiąc mil) sięgają 1927 r. Wtedy czwórka przyjaciół, pasjonatów motoryzacji, postanowiła zorganizować wyścig z Brescii na północy Włoch do Rzymu i z powrotem. Trasa liczyła około tysiąca mil, stąd nazwa Mille Miglia. Wyścig wystartował 26 marca 1927 r. z Brescii, na starcie zjawiło się 77 załóg. Kierowcy jechali non stop drogami publicznymi, w normalnym ruchu. Pierwsze Mille Miglia wygrała załoga włoska Minoja-Morandi na samochodzie O.M. 665S – trasę tysiąca mil pokonali w czasie 21 godzin 4 minut i 48 sekund. Średnia prędkość wyniosła 77 km/h, co w tamtym czasie było wielkim wyczynem.

Mille Miglia – trochę historii

W następnych latach przybywało załóg na starcie Mille Miglia, a czas przejazdu skracał się. Rekord nie pobity do dziś należy do brytyjskiego kierowcy Stirlinga Mossa i jego pilota Denisa Jenkinsona – w 1955 r. jadąc Mercedesem 300 SLR pokonali trasę Mille Miglia (wiodącą drogami publicznymi) w czasie 10 godzin, 7 minut i 48 sekund. Średnia prędkość z tego przejazdu to 157 km/h!

W 1957 r. po raz ostatni rozegrano Mille Miglia w pierwotnym formacie – po tragicznym wypadku zawieszono wyścig na 20 lat. Wznowiony został w 1977 r. na tej samej trasie Brescia-Rzym-Brescia, ale już jako 1000 Miglia Storica. Do udziału dopuszczane są tylko te samochody, które brały udział w wyścigu w latach 1927-57 lub są ich odpowiednikami i mają certyfikat oryginalności FIA. Kierowcy na pokonanie trasy mają 4 dni, nie liczy się szybkość przejazdu, lecz jazda na regularność – pokonanie wyznaczonych odcinków z ustaloną z góry prędkością (a więc w ściśle określonym czasie).

Polacy w Mille Miglia

Pierwsza polska załoga na starcie wznowionego Mille Miglia stanęła w 1992 r. Byli to Jan i Maciej Peda z Gostynia, na Austro Daimlerze z 1931 r. Niestety, już pierwszego dnia polska załoga miała wypadek, który uniemożliwił dalszą jazdę – zderzył się z nimi czołowo włoski kierowca cywilnego auta.

Dopiero po 18 latach na starcie Milla Miglia stanęła kolejna polska załoga – w 2010 r. na Jaguarze XK 140 z 1955 r. wystartowali Tadeusz Wesołowski i Paweł Nawrocki. Dojechali do mety w środku stawki.

Rekordzistą, jeśli idzie o udział polskich kierowców w Mille Miglia, jest Tadeusz Kozioł. Po raz pierwszy wystartował Mercedesem 300 SL Gullwing z 1954 r. w 2013 r. W sumie startował już 5 razy, tylko raz – w 2016 r. – nie dojechał do mety z powodu wypadku. Cztery razy na Astonie Martinie startowała w Mille Miglia polska załoga Cisowianka Perlage – Krzysztof Weka i Dorota Weka.

Mille Miglia 2021

W tym roku plan naszego wysłannika był ambitny – dotrzeć do Brescii sportowym samochodem, przejechać trasę wyścigu i wrócić do Polski – w sumie trzy razy po 1600 km, czyli 4800 km do pokonania w tydzień! Dzięki pomocy Mercedes-Benz Polska udało się wyruszyć sportowym bolidem AMG GT R z silnikiem 4-litrowym V8 o mocy 585 KM.

Radości z wyprawy takim autem towarzyszyło zwątpienie w zasadność wyboru właśnie takiego samochodu. Już pierwszy przejazd przez centrum Warszawy, zatłoczone od popołudniowych korków, nie napawał optymizmem. W ślimaczym ruchu GT R był niewygodny, klimatyzacja ledwo dawała radę schłodzić kabinę rozgrzaną od upału i całego układu napędowego, a widoczność zarówno do tyłu (ograniczona przez klatkę bezpieczeństwa), jak i na boki (przez ogromne lusterka) była mizerna i nawet prosta zmiana pasa powodowała duży stres i niepokój.

Na szczęście okazało się, że Mercedes-AMG GT R bez problemu zmieścił bagaże dwóch osób na sześć dni, a dodatkowo jeszcze całą masę sprzętu fotograficznego. Otwierana do góry klapa z całą szybą sprawia, że przestrzeń bagażowa jest bardzo duża, szczególnie jak na tak sportowe auto. Do tego dochodzą normalne schowki w kabinie pasażerskiej, małe kieszonki w drzwiach oraz dwa "cup holdery".

Kubełkowe fotele z pakietu torowego mają bardzo mocno wyprofilowane boki przy siedzisku, przez co samo wsiadanie wymaga uwagi i precyzji. W przeciwnym razie możemy wręcz nadziać się na fotel. Ale po zajęciu miejsca w fotelu jest już wspaniale. Pozycja jest wręcz idealna i wygodna. AMG GT jest ostatnim autem w gamie Mercedesa, w którym do zmiany biegów służy dźwignia na tunelu środkowym. Niestety, jest przesunięta do tyłu, zmiana biegu wymaga niewygodnego wygięcia ręki.

Pierwsze kilometry na autostradzie były zaprzeczeniem wszystkiego, czego doświadczyłem wcześniej. Powyżej 120 kilometrów na godzinę samochód "łapał rytm" i wszystko zaczynało pracować jak powinno. Przy prędkościach autostradowych szum z oporu powietrza nie był uciążliwy, można było normalnie rozmawiać czy słuchać muzyki z kapitalnego zestawu Burmester. Jedynym irytującym dźwiękiem był szum z opon na niemieckich autostradach. Ich nawierzchnia jest miejscami bardzo chropowata, co przekłada się na głośniejszą pracę opon, a w przypadku AMG GT R kierowca i pasażer siedzą praktycznie na tylnej osi, więc te dźwięki są dużo bardziej słyszalne.

Do naszego miejsca przeznaczenia, hotelu w miejscowości Brescia, dotarliśmy chwilę po północy. Ku mojemu zaskoczeniu po 16 godzinach jazdy non stop nie byliśmy wytrzęsieni, wypluci, wymęczeni, a nasze bębenki w uszach wciąż działały. Zaryzykuję stwierdzenie, że nawet było wygodnie. Z drugiej strony jechaliśmy tylko równymi, szerokimi autostradami bardzo dobrej jakości. W takich warunkach każdy nowy samochód marki premium powinien być wygodny.

Mille Miglia – dzień pierwszy

Trasa kultowego rajdu 1000 Miglia to ok. 1600 kilometrów najpiękniejszych dróg na północy Włoch, ze startem i metą w Brescii oraz półmetkiem w Rzymie. Pierwszy dzień był dość spokojnym, rozgrzewkowym etapem. Pierwszym i najważniejszym punktem dnia było odebranie w biurze prasowym naklejki na samochód "MEDIA". To magiczna naklejka, zdolna czynić cuda, powodująca, że policjanci "nie zauważają" parkowania na zakazie czy nawet jazdy pod prąd. Mille Miglia to kultowy wyścig i nie tylko zawodnicy, lecz wszyscy związani z tym wyścigiem traktowani są nadzwyczaj serdecznie i tolerancyjnie. Wspomniana naklejka pozwalała wjeżdżać na niektóre odcinki tras niedostępne dla innych aut oraz sprawiała, że policja i służby porządkowe bardziej przychylnym okiem patrzyły na nasze poczynania.

Start Mille Miglia w Brescii odbywa się tradycyjnie na Viale Venzia, pierwsza załoga rusza o 14.30. My też naszym AMG GT R wyruszyliśmy na trasę w stronę Viareggio. Włosi jeżdżą bardzo odważnie, pewnie i z delikatnym marginesem błędu oraz wszędzie im się spieszy. Przejazd przez miasto to ciągły stres, bo dla nich pasy ruchu, linie ciągłe czy nawet sygnalizacja świetlna to bardziej luźna koncepcja i wskazówki niż twarde prawo. Na szczęście dość szybko udało nam się opuścić miejskie korki i wraz z kawalkadą klasyków pięknymi trasami udać się na południe. Druga część trasy prowadziła przez cieśninę Cisa. Niestety, najlepsza część trasy była dostępna tylko dla uczestników, musieliśmy więc jechać objazdem autostradą. Ale nawet fragment, po którym mogliśmy się przejechać, był cudowny – kolejne zakręty przechodzące jeden w drugi, każdy w górę i w dół – to marzenie każdego kierowcy, który ma odrobinę benzyny we krwi i siedzi za kierownicą sportowego auta.

Mille Miglia, dzień drugi – ciao Roma!

Drugi dzień był najdłuższym etapem dla zawodników. Trasa biegła od Viareggio aż do Rzymu, po drodze oferując przepiękne widoki, klimatyczne miasteczka, kręte trasy oraz próby jazdy na regularność. Załogi muszą wtedy przejechać określone odcinki z góry narzuconą prędkością, a więc w ściśle określonym czasie. Kierowcy korzystają ze specjalnych urządzeń (tzw. halda) do precyzyjnego pomiaru czasu. Różnice między najlepszymi załogami wynoszą dziesiąte, a czasem setne części sekundy!

Mniej więcej w połowie etapu trafiliśmy do małej miejscowości Marta, położonej nad jeziorem Bolsena – około 1,5 godziny drogi od Rzymu. Właśnie w takich miejscach najlepiej widać i czuć przecudowny klimat Mille Miglia. Zaparkowaliśmy samochód przy małej restauracji, nad samą wodą. Lokal i stoliki rozdzielała ulica, którą biegła trasa Mille. Mnóstwo mieszkańców od rana czekało na przejazd zabytkowych aut. Właśnie takie momenty, kiedy podczas chwili przerwy, racząc się lokalnym panini podziwiamy klasyczne maszyny wyścigowe i ich załogi, czujemy wymieszany zapach espresso, wiatru znad jeziora oraz spalin, są kwintesencją 1000 Miglia. Po chwili przerwy ruszyliśmy dalej na południe.

Rzym przywitał nas przepięknym zachodem słońca oraz wieczornymi korkami. W aucie zrobiło się cieplej, jakoś mniej wygodnie i jak to w mieście słaba widoczność zaczęła sprawiać nam problemy. Do tego masa skuterów z kierowcami o dość luźnym podejściu do trzymania się pasów ruchu.

Meta etapu tradycyjnie ustawiona była w samym centrum na Via Vittorio Veneto. Dla nas wyzwaniem było przedostanie się do centrum oraz znalezienie miejsca parkingowego.

Po zameldowaniu się na mecie załogi w grupach po kilka aut, w asyście policji eskortowani byli do hoteli. Widok kolumny aut wyścigowych z poprzedniej epoki, jadącej przez Rzym nocą, jest przepiękny i zostaje w pamięci na długo. Jako oznaczone auto mogliśmy podłączyć się do jednego z konwojów i przemknąć przez centrum Rzymu. Niestety, nierówne ulice wiecznego miasta nie były idealną nawierzchnią dla twardego zawieszenia GT R-a.

Mille Miglia, dzień trzeci – w poszukiwaniu najlepszych dróg

Początek trzeciego dnia nie napawał optymizmem. Ruszyliśmy z Rzymu spóźnieni i od początku musieliśmy gonić cały peleton Mille Miglia. Ponadto pogoda również nie napawała optymizmem – pochmurne niebo wyglądało wręcz przygnębiająco, a wskaźnik temperatury w aucie wskazywał ponad 32 st. Celsjusza.

Postanowiliśmy nadrobić dystans jadąc autostradą i dogonić stawkę na trasie. Wyobrażałem sobie, jak musieli czuć się uczestnicy w otwartych autach – pogoda dawała się bardzo we znaki.

Pod koniec dnia temperatura wreszcie zaczęła spadać poniżej trzydziestu stopni, co sprawiło, że zaczęliśmy wreszcie łapać oddech. Dojechaliśmy do Apeninów, które mieliśmy pokonać poprzez dwie przełęcze – Futa oraz Raticosa. Czytałem wcześniej, że są to nieprzeciętne trasy do jazdy samochodem, ale nie miałem nawet cienia świadomości co naprawdę nas czeka.

Trafiliśmy na górskie serpentyny, gdzie z jednej strony mieliśmy skały, a z drugiej dolinę i zachodzące słońce. Wreszcie wjechaliśmy na drogi, gdzie mogliśmy w pełni skorzystać z możliwości samochodu, którym przyjechaliśmy. Cieszyłem się jak dziecko z mocy każdego z 585 koni mechanicznych wytwarzanych przez ręcznie składany silnik V8 4.0l. Do tego tylna skrętna oś kapitalnie sprawdzała się na ciasnych nawrotach robiąc z GT R dużo sprawniejsze auto, niż mogłoby się wydawać. Częste hamowania do ciasnych zakrętów zdawały się nie robić żadnego wrażenia na węglowo-ceramicznych hamulcach.

Przy tej całej zabawie największym zaskoczeniem pod względem użytkowym okazała się klatka bezpieczeństwa. Bagażnik mieliśmy zapakowany praktycznie po dach, ale dzięki klatce nic nie przelatywało do przodu, nawet podczas bardzo dynamicznej jazdy i ostrych hamowań.

Ten fragment trasy w połączeniu z samochodem jakim dysponowaliśmy i cudowną pogodą był zdecydowanie najlepszym momentem, jaki mieliśmy podczas tegorocznej edycji Mille Miglia. To było spełnieniem motoryzacyjnych marzeń.

Na samym szczycie przełęczy Raticosa trafiliśmy na parking pełen kibiców, którzy czekali na przejazd załóg Mille Miglia. Stało tam wszystko: od małych "hot hachy" przez klasyki i własne projekty aż po dwa Lamborghini Urus. Do tego towarzystwa Mercedes-AMG GT R pasował idealnie i robił dobre wrażenie.

Po zjedzeniu kolacji, podczas której za stolik służył nam... tylny spojler GT R-a, udaliśmy się na drugą część przełęczy w dół, w stronę Bolonii – do hotelu.

Mille Miglia, dzień czwarty – meta!

Ostatni, czwarty etap wyścigu Tysiąca Mil był najkrótszy. Ruszyliśmy z Bolonii w stronę Desenzano nad Gardą, dalej zachodnim wybrzeżem w stronę Salo i stamtąd do Brescii na metę.

W okolicach Gardy przy drogach czekały tłumy kibiców. W miastach pełne chodniki wzdłuż trasy, mnóstwo widzów na każdym rondzie, w każdej bramie. Wszędzie tłumy rozradowanych ludzi z flagami. Najlepsze jest to, że równie entuzjastycznie reagowali na uczestników Mille Miglia, jak na naszą niebieską bestie. Pierwszy raz byłem w sytuacji, w której ludzie bili brawo kiedy ich mijałem. Skłamałbym mówiąc, że nie było to miłe. Takie sytuacje były też okazją do zaprezentowania gangu silnika naszego GT-R-a. Wystarczyło zredukować do pierwszego biegu i mocno wcisnąć pedał gazu, aby uzyskać typowy dla AMG bulgot "V-ósemki".

Meta Mille Miglia w Brescii jest końcem wspaniałej przygody, ale jednocześnie początkiem wielkiej fiesty. Tylko Włosi potrafią się tak cieszyć i bawić. Klimat w centrum Brescii jest cudowny i jedyny w swoim rodzaju. Pomiędzy imprezującymi ludźmi można zobaczyć zaparkowane przy ulicy bezcenne auta wyścigowe z poprzedniej epoki. Gdzieś w tym wszystkim był też on – Mercedes-AMG GT R. Samochód, w którym przeżyliśmy fascynującą przygodę.

Tegoroczny Mille Miglia wygrała włoska załoga Andrea Vesco i Fabio Salvinelli na Alfie Romeo 6C 1750 Super Sport z 1929 r. To weterani tego wyścigu, startujący w nim wiele razy. Polska załoga Marcin Kubrak i Ewa Kubrak na Lagondzie M 45 Rapide z 1934 r. zakończyła rywalizację na trzecim etapie z powodu awarii samochodu.

Mercedes-AMG GT R – pełne zaskoczenie

Pełne zaskoczenie - w zasadzie tym stwierdzeniem mógłbym podsumować naszą wyprawę Mercedesem-AMG GT R na Mille Miglia. Zanim ruszyliśmy, nawet przez myśli mi nie przeszło, że sportowy samochód może oferować tak wysoki poziom wygody i komfortu. To zdecydowanie jedno z tych aut, którym możecie na kołach pojechać na tor, tam świetnie się bawić i wrócić do domu. Oczywiście, nie jest to poziom komfortu czy wyciszenia jak w Klasie S, ale jak na auto sportowe było wręcz wspaniale.

Fotele kubełkowe, mimo, że ciężko się do nich wsiada i z nich wysiada, okazały się niezwykle wygodne. Spędziliśmy w nich ponad sześćdziesiąt cztery godziny i ani przez chwilę nie odczuwaliśmy dyskomfortu czy bólu pleców.

Dużą obawą było spalanie. Bałem się, że będziemy musieli często szukać kolejnych stacji i w ten sposób planować podróż. Finalnie zakończyliśmy wyprawę ze średnim spalaniem na poziomie 14 litrów na 100 km. Jak na to, ile zabawy mieliśmy zarówno we Włoszech i na niemieckich autostradach, oraz jaki silnik pracował pod maską, to wynik trzeba uznać za więcej niż przyzwoity.

W ciągu sześciu dni przejechaliśmy trzy tysiące kilometrów po autostradach i ponad tysiąc sześćset kilometrów po różnej jakości włoskich drogach, ganiając klasyczne auta wyścigowe i przeciskając się przez wąskie uliczki historycznych włoskich miasteczek. Mercedes-AMG GT R okazał się być kapitalnym autem do takiej przygody, momentami nawet... za grzeczny, zbyt normalny i za cichy.

A termin Mille Miglia 2022 już mam zapisany w kalendarzu...