Technika flokowania, czyli trwałego napylania bardzo drobnych włosków materiału tworzących powierzchnię fakturą przypominającą zamsz, nie jest nowym rozwiązaniem. Już w latach 50, XX w. wykańczano w ten sposób wnętrza schowków w Volkswagenach „Garbusach”.

We współczesnych autach także często spotykamy takie rozwiązania. Drobnym flokiem pokrywa się również np. niektóre uszczelki. Jednak sama technika ma znacznie szersze zastosowanie. Najpowszechniej flokowanie stosowane jest w sporcie motorowym, gdzie „zamszowy dywanik” pojawia się na deskach rozdzielczych rajdówek w celu wyeliminowania refleksów świetlnych powstających na górnej części kokpitu.

Jednak coraz częściej decydują się na taki zabieg właściciele cywilnych aut. W większości przypadków są to kierowcy tuningujący swoje samochody, zatem flok trafia nie tylko na kokpity, lecz także na słupki boczne wraz z dodatkowo montowanymi wskaźnikami lub na podsufitkę.

Jednak na tym nie koniec. Jednym z najdziwniejszych zleceń, jakie dostał warsztat, w którym wykonywaliśmy zdjęcia, było flokowanie pokrywy zaworów silnika. Oczywiście nie jest to rozwiązanie powszechne tylko fanaberia właściciela, ale przykład ten dobrze pokazuje, jak szerokie zastosowanie ma ta technika. Flok po odpowiednim przygotowaniu powierzchni (zmatowieniu) może być nakładany na niemal każdy rodzaj materiału od plastiku i drewna zaczynając, na metalu i szkle kończąc.

Wraz ze wzrostem zainteresowania flokowaniem wnętrz samochodów powstaje coraz więcej punktów świadczących takie usługi i jak to zazwyczaj bywa w takich sytuacjach, konkurencja zaczyna rywalizować między sobą cenami. Niestety, w tym przypadku, wybierając tańszą ofertę, można więcej stracić niż zyskać. Źle wykonane flokowanie często kończy się łuszczeniem materiału już kilka tygodni po zabiegu lub skrzypieniem deski.

Według specjalistów działających kilka lat na rynku granica opłacalności oklejenia deski w aucie klasy średniej wynosi ok 300 zł. Do tego należy doliczyć kolejne 300 zł za demontaż i montaż kokpitu, co daje już 600 zł.

Zatem oferty znacznie tańsze radzimy omijać szerokim łukiem, bo w konsekwencji pozorne oszczędności mogą skończyć się stratą czasu i przede wszystkim zniszczeniem kokpitu, a to nie jest tani element.