Pan Jacek swoim samochodem — dużym i poważnym pickupem Isuzu D-Max — wozi często dzikie ranne i poszkodowane zwierzęta na leczenie i właściwie po to był mu taki samochód. — Żadne tam trudne tereny — tłumaczy. — Leśne i polne drogi najczęściej. W gruncie rzeczy po takich drogach mógłbym bezproblemowo jeździć Dacią Duster. Isuzu w warunkach leśno-polnych wytrzymało parę miesięcy i się zapaliło. Nie spłonęło doszczętnie, ale na tyle "solidnie", by koszt napraw wyceniono na 58 tys. zł. Diler wyjaśnił później panu Jackowi: to pańska wina.
Pan Jacek zaczął jeździć swoim Isuzu D-Max w marcu 2025 r., a już w lutym 2026 r. musiał zatrudnić rzeczoznawcę, który dostał zadanie: ocenić, dlaczego samochód zapalił się po paru miesiącach eksploatacji i czy to rzeczywiście wina użytkownika — bo diler odmówił naprawy w ramach gwarancji.
Osłony podwozia w pickupie pomagają czy szkodzą?
Pan Jacek, aby samochód był wręcz ponad miarę odporny na różne warunki, poprosił dilera o zamontowanie dodatkowych osłon podwozia. Już sam nie wie, czemu nie zamówił oryginalnych osłon Isuzu, w każdym razie stanęło na osłonach akcesoryjnych. Diler wyjaśnił, że te osłony, zrobione z solidnej, aluminiowej blachy, są akceptowane i zalecane przez producenta samochodu i nie będzie żadnych problemów. Teraz, już po ponad roku, właściciel D-Maxa trochę pluje sobie w brodę, że zamówił wraz z samochodem akcesoria, które kompletnie się nie sprawdziły, a nawet okazały się niebezpieczne.
Isuzu D-Max zapaliło się, bo... jeździło po liściach
Isuzu D-Max pana Jacka – zdjęcia z oględzin rzeczoznawcy. Według biegłego akcesoryjna osłona jest zbudowana tak, że dostają się do niej liście i nie mogą wypaść – stąd pożarŹródło: Auto Świat
Pan Jacek bezproblemowo jeździł swoim nowym Isuzu przez całe siedem miesięcy. Samochód odebrany jako nowy w marcu już pod koniec września trafił na pierwszy przegląd do autoryzowanego serwisu, bo dużo jeździł. Przegląd auto zaliczyło bez uwag. Minął jeszcze miesiąc i samochód nagle zaczął dymić. Co się stało? Okazało się, że zapaliły się liście, których większa ilość dostała się pomiędzy osłonę podwozia a układ wydechowy. Zamontowane osłony podwozia — na co zwrócił uwagę zatrudniony później przez pana Jacka rzeczoznawca — mają niewiele otworów, tak naprawdę wyłącznie otwory wentylacyjne, i zbierają wszystko, co unosi się nad drogą. To, co wpadnie w "czarną dziurę", już tam zostaje.
Nie ma pewności, czy te liście i gałązki zbierały się tam przez siedem miesięcy od nowości samochodu, czy też zebrały się nagle w parę tygodni już po przeglądzie w autoryzowanej stacji obsługi. Teoretycznie, jak okazało się później, ktoś tam powinien regularnie zaglądać. Ale czy zajrzał choć raz?
A tak wyglądają oryginalne osłony podwozia w Isuzu D-Max. Mają duże otwory, przez które zanieczyszczenia wypadają na zewnątrzŹródło: Auto Świat
Szczęście w nieszczęściu: samochód nie spalił się całkowicie, koszt naprawy wyniósł "jedynie" niecałe 58 tys. zł. Ale nie była to naprawa gwarancyjna, bo — jak tłumaczył potem diler — osłony były sprawne i zamontowane poprawnie, a samochód też się nie zepsuł, tylko nadpalił od liści będących w kontakcie z układem wydechowym.
Jak zauważył potem rzeczoznawca, stwierdzono "Nagromadzenie się materiału organicznego (liście, drobne resztki roślinne) w przestrzeni pomiędzy osłonami a podwoziem. Co do samych osłon, rzeczoznawca zauważył "brak zgodności konstrukcyjnej z rozwiązaniem fabrycznym w zakresie układu otworów rewizyjnych, sposobu wentylacji przestrzeni podwoziowej i możliwości samoczynnego oczyszczania z zanieczyszczeń organicznych".
Z polskiego na nasze: gdy bezpośrednio porówna się fabryczne osłony podwozia w Isuzu D-Max z zamontowanymi przez dilera osłonami akcesoryjnymi, widać wyraźnie, że te pierwsze mają dużo otworów i te otwory są całkiem duże — tak skonstruowane, żeby to, co tam wpadło, mogło samo wypaść. Aluminiowe osłony, które zamontowano w samochodzie pana Jacka, owszem, wyglądają bardzo, bardzo solidnie, ale to, co tam wpadnie, tam zostaje. Jak to ładnie ujął rzeczoznawca: "geometria szczelin sprzyja zatrzymywaniu materiałów organicznych". Tak tworzy się i narasta warstwa materiału palnego, a jako że ma on bezpośredni kontakt z elementami wydechu, prędzej czy później musi się zapalić.
Rzeczoznawca doszedł do wniosku, że przyczyną usterki są źle zaprojektowane akcesoryjne osłony zamontowane przez dilera do nowego samochodu. W domyśle: powinien on ponieść odpowiedzialność za powstałe uszkodzenia. I tu zaczyna się spór, ponieważ diler ma na ten temat całkiem inne zdanie.
Podwozie w D-Maxie trzeba sprawdzać nie rzadziej niż co 50 km?
Isuzu D-Max pana Jacka – zdjęcia z oględzin rzeczoznawcy: w akcesoryjnych osłonach gromadzą się liście. Według instrukcji osłony trzeba kontrolować nawet co 50 kmŹródło: Auto Świat
Po pierwsze, prawnik dilera stwierdza, że z opinii rzeczoznawcy wcale nie wynika, że osłony zostały zamontowane niezgodnie ze sztuką. No ale to w zasadzie nie jest tematem sporu: zostały zamontowane tak, że nie odpadły i zapewne tak, jak sobie to wymyślił ich producent. Jednak diler twierdzi, że jeśli samochód porusza się w środowisku leśnym lub polnym, użytkownik zawsze bezwzględnie musi sprawdzić, czy pod podwoziem nie utknęła trawa, gałęzie i inne materiały, gdyż zignorowanie tego obowiązku może doprowadzić do pożaru. I przytacza fragment z instrukcji osłon. Z niej wynika, że:
- elementy zamocowań oraz drożność produktu muszą być kontrolowane minimum raz na kwartał lub raz na 15 000 km,
- w przypadku, gdy pojazd jest eksploatowany w ciężkich warunkach: tereny budowy, tereny górskie, drogi nieutwardzone — co 5000 km.
I teraz, uwaga:
- w przypadku, gdy pojazd jest eksploatowany w warunkach podwyższonego ryzyka: paliwowe stacje przeładunkowe, suche środowisko leśne lub polne (osłony powinny być sprawdzane i ewentualnie oczyszczane — red.) — regularnie, ale nie rzadziej niż co 50 km, gdyż rozgrzany układ wydechowy w kontakcie z materiałami łatwopalnymi występującymi w powyższych warunkach mogą prowadzić do niekontrolowanego zapłonu.
I dalej:
W świetle powyższego i wobec faktu, iż wyłączną przyczyną zdarzenia było niedopełnienie przez pana jako użytkownika pojazdu wskazanych wyżej obowiązków, nie zaś wadliwość pojazdu lub poszczególnych jego elementów, pana roszczenie nie może zostać uwzględnione.
Tylko żeby było jasne: z kontrolą osłon podwozia w Isuzu nie jest tak łatwo — wypadałoby co mniej niż 50 km wjeżdżać na kanał i zaglądać tam z pomocą solidnej lampy. A już całkowitą pewność, że nic tam nie zalega, można uzyskać po odkręceniu osłon, wtedy też można je dokładnie oczyścić. Czy to jest życiowe zalecenie, czy raczej rodzaj zabezpieczenia się przed ewentualnymi roszczeniami klientów? To już każdy musi ocenić sam.
Uczciwie byłoby chyba przed montażem takich rzeczy uprzedzić klienta: Jeśli pan wjeżdża czasem w las albo na drogę polną, niech pan nigdy czegoś takiego nie zakłada, chyba że chce pan co 50 km demontować osłony.
Bo może być tak, że solidne osłony podwozia, takie jak zamówił sobie pan Jacek w swoim nowym aucie, spełniają funkcję chroniącą silnik i wydech w ciężkim terenie, gdy jeździ się po skałach, ale w innych warunkach jest to zwyczajnie niebezpieczne.
Spalone Isuzu D-Max — importer też się nie poczuwa
Isuzu D-Max pana Jacka – zdjęcia z oględzin rzeczoznawcyŹródło: Auto Świat
Pan Jacek, który najpierw negocjował z dilerem (i nawet, jak twierdzi, mógł liczyć na drobne, ale zdecydowanie zbyt drobne ustępstwa z jego strony), w końcu napisał do importera. I na koniec dostał na papierze firmowym importera odpowiedź, która z grubsza mówi to, co wcześniej powiedział diler. W największym skrócie: to wszystko wina użytkownika. Poniżej jego fragment.
W odpowiedzi na pismo z dnia (...) otrzymane drogą elektroniczną dotyczące zgłoszenia roszczeń z tytułu gwarancji oraz ustosunkowania się do powołanej przez Pana ekspertyzy rzeczoznawcy informujemy, co następuje:
Na podstawie dostępnych informacji oraz opisu zdarzenia wskazujemy, że jego przyczyną był czynnik zewnętrzny, tj. nagromadzenie materiału organicznego w przestrzeni pod osłoną podwozia. Tego rodzaju zanieczyszczenia mogą w określonych warunkach stanowić materiał łatwopalny.
• celem zastosowania osłon akcesoryjnych jest ochrona elementów pojazdu przed uszkodzeniami mechanicznymi. Elementy te, zgodnie z zapisami instrukcji obsługi i zasadami prawidłowej eksploatacji pojazdu, wymagają okresowej kontroli oraz konserwacji, w tym usuwania nagromadzonych zanieczyszczeń.
• przedmiotowe zdarzenie było skutkiem działania czynnika zewnętrznego i nie jest związane z wadą konstrukcyjną ani wykonawczą pojazdu. W związku z powyższym informujemy, iż zgłoszone roszczenie z tytułu gwarancji nie znajduje podstaw do jego uznania.
Przedstawione okoliczności wskazują jednoznacznie, że zdarzenie było wynikiem działania czynnika zewnętrznego oraz braku odpowiedniej konserwacji elementów pojazdu, co wyklucza odpowiedzialność gwarancyjną".
W odpowiedzi na tę wiadomość pan Jacek grzecznie wyjaśnił, że nie tego się spodziewał, bo mechanizm, który spowodował zapłon auta, już dobrze zna – i że gotów jest dochodzić swoich roszczeń mimo wszystko. Chodzi o to, że nie sposób w warunkach normalnej eksploatacji auta dobierać się do podwozia raz na kilkadziesiąt km, zwłaszcza gdy w jego przypadku w gruncie rzeczy nie ma nawet mowy o jeździe w prawdziwym terenie. Pan Jacek dziwi się, że nikt nie chce się odnieść do faktu, iż zaledwie parę tygodni wcześniej auto było na przeglądzie u dilera, ale też, że oryginalne osłony Isuzu wyglądają jakby inaczej. Przypadek?
Przedstawiciel marki Isuzu, którego poprosiliśmy o podpisanie się pod dotychczasowym stanowiskiem dilera, jak dotąd nie odpowiedział nam na pytania w tej sprawie.
Nieoryginalne akcesoria – bywają z nimi zaskakujące problemy
Warto mieć przy tym świadomość, że nie jest to pierwszy przypadek, w którym nieoryginalne akcesoria sprzedawane przez dilerów wraz z nowymi samochodami, choć z pozoru całkiem bezpieczne, potrafią narobić zaskakujących szkód. Autor tego tekstu miał podobną przygodę, gdy kupił auto z plastikową osłoną na zderzaku — aby chronić zderzak przed porysowaniem przez wskakującego do bagażnika psa. Klapa bagażnika zamykała się bez problemu, ale okazało się, że jednak akcesoryjna osłona jest za gruba – na nierównościach klapa bagażnika pracuje i delikatnie uderza krawędzią w akcesoryjny plastik – aż lakier popękał i trzeba było ją lakierować. Diler bardzo był niezadowolony, w końcu to raczej jego wina niż importera, a więc i jego koszt, ale sprawa w sumie nieduża, więc westchnął w końcu: No dobra, pomalujemy na nasz koszt.
D-Max to jednak auto niszowe, przedmiot sporu wysoki, może diler pomyślał: klient zmęczy się i odpuści. Może być oczywiście i tak, że diler szczerze uważa, iż za pomocą Isuzu D-Max przygotowanym jak na wojnę lepiej nie wjeżdżać na polną drogę, a jeśli już, to co kilkadziesiąt km lepiej zaglądać mu do podwozia.
Z reklam tego modelu wynika jednak, że ten samochód może jeździć po wszystkim. Czy tylko pod warunkiem, że nie ma blach przykręconych od spodu?
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat
Auto Świat