Sporo nowych aut ma już nie tylko wyświetlacz wyposażony w strzałki podpowiadające, kiedy należy zmienić bieg na wyższy lub niższy, lecz także rozbudowany system, który uczy kierowcę oszczędzania i ocenia go, wyświetlając zielone listki lub podając precyzyjnie w procentach wykorzystanie potencjału „oszczędnościowego” samochodu.

Samochód cię oceni

Jeśli ktoś próbował zasłużyć na komplet zielonych listków (a dotyczą one różnych kategorii: zmiany biegów, przyspieszania, liczby kilometrów przejechanych bez zużycia paliwa itp. – producenci aut stosują różne rozwiązania), szybko zauważy, że system domaga się zmiany biegów przy tak niskich obrotach, że nierzadko zbyt głębokie, nieostrożne wciśnięcie gazu od razu wprowadza całe auto w nieprzyjemny rezonans.

Możliwość sprawnego przyspieszenia w niebezpiecznej sytuacji? Prawie żadna! Najpierw musisz zmienić bieg na niższy, dopiero potem wcisnąć gaz, by wywołać gwałtowną reakcję samochodu. Często jednak po prostu ignorujesz rezonans i wibracje – wolisz poczekać, aż auto „złapie” obroty. Jednak drgania i wibracje pojawiają się nawet podczas jednostajnej jazdy.

Podróżowanie z prędkością 50 km/h przy 1200-1300 obr./min samochodem wyposażonym w silnik benzynowy dawniej było nie do pomyślenia, każda instrukcja użytkownika odradzała taką jazdę. Dziś silniki, przynajmniej teoretycznie, są gotowe na takie traktowanie, ale też producent nie zakłada, że mają służyć przez pół miliona km.

Jak przyspieszać i  zwalniać?

Jeżdżąc oszczędnie, podczas przyspieszania należy często zmieniać biegi, by uniknąć osiągania przez silnik wysokich obrotów. Jednocześnie nigdy nie wciskaj gazu do oporu – to nieefektywne. Można przyjąć, że maksymalne sensowne wciśnięcie gazu to 80 proc.; w wielu autach pedał gazu ma w pewnym miejscu wyczuwalny punkt oporu, którego „przełamanie” w wersjach z automatyczną skrzynią biegów powoduje wymuszoną redukcję przełożenia (kick-down).

Punkt oporu występuje też w samochodach bez „automatu” – nie „przełamujmy” go. Po osiągnięciu prędkości docelowej (powyżej 50 km/h można przyjąć, że im wyższa, tym auto więcej spali) jedziemy na najwyższym biegu.

Obserwujemy drogę, by unikać hamowania. Widząc z daleka czerwone światło, pozwalamy autu toczyć się na luzie. Jeśli prędkość jest zbyt wysoka i wiemy, że konieczne będzie użycie hamulca, lepiej hamować silnikiem – wtrysk paliwa zostaje wtedy odcięty.

Unikaj przeciążeń

Podstawową różnicą między jazdą gwarantującą niskie spalanie a jazdą dającą przyjemność i nieszkodzącą autu są obroty silnika. Nawet jeśli sam silnik znosi niskie obroty (ale w każdym przypadku oznacza to przeciążenia i ogranicza jego trwałość), to już skrzynia biegów, sprzęgło i dwumasowe koło zamachowe – nie!

To właśnie m.in. jazda na niskich obrotach, do których nowoczesne silniki zachęcają bardziej niż starsze modele, jest jednym z powodów o wiele częstszych niż dawniej usterek ręcznych skrzyń biegów. Auto lubi, gdy rozpędzamy się sprawnie; wysokie (ale nie maksymalne) obroty silnikowi nie szkodzą, a unikanie przeciążeń jest zbawienne dla przekładni.

Jak przygotować auto?

By mało spalać, należy zmniejszyć opory toczenia. Zrobimy to, podwyższając ciśnienie w kołach. Nie każdy wie, że w trakcie zawodów „o kropelce” zawodnicy pompują koła „na kamień”, rezygnując nie tylko z komfortu, lecz także godząc się na obniżenie przyczepności. Jednocześnie trzeba mieć świadomość, że im szersze opony, tym wyższe spalanie.

Szeroka opona wiąże się nie tylko ze wzrostem oporów toczenia, lecz powoduje dodatkowy opór aerodynamiczny. Na wzrost spalania wpływ ma także obciążenie – wożenie ciężkich rzeczy w bagażniku i traktowanie kufra jak przewoźny garaż nie popłaca. Dodatkowe opory pojawiają się także za sprawą zaniedbanego układu hamulcowego, zużytych łożysk, niewłaściwej geometrii kół.

Tak więc o ile pompowanie kół „na kamień” ma sens tylko w niektórych sytuacjach, to już usuwanie usterek i wyciąganie z bagażnika zbędnych przedmiotów można polecić każdemu.

Co się musi popsuć?

Producenci samochodów mogą bez obaw zalecać użytkownikom stosowanie techniki jazdy szkodzącej podzespołom mechanicznym, a nawet jest to w ich interesie. Nie ma potrzeby, by samochód – jak to kiedyś bywało – bez usterek układu napędowego przejechał więcej niż 100 tys. km. To najczęściej limit przebiegu ograniczający odpowiedzialność producenta dotyczący gwarancji 3- i 5-letnich.

Z kolei gwarancje bez limitu kilometrów ograniczone są do 2 lat. Jeśli samochód przejeżdża więcej niż 50 tys. km rocznie, to o przestrzeganiu zasad ekodrivingu nie ma mowy – auto przeważnie jeździ po autostradach i ma wszelkie szanse na to, by się nie zepsuć. A jeśli nawet dojdzie do awarii, to zawsze można powiedzieć klientowi, że nie ma mowy o wadzie produkcyjnej czy materiałowej, lecz o zwykłym zużyciu elementów, i że za naprawę musi zapłacić z własnej kieszeni.

Oszczędna jazda, do której zachęcają strzałki, wyświetlacze, systemy punktowe itp., nie jest więc problemem związanym z gwarancją. Dziś dla producentów ważniejsze od długowieczności auta czy też zadowolenia klientów jest spełnianie absurdalnych norm emisji CO2 i unikanie dotkliwych kar za produkcję paliwożernych modeli.

Naszym zdaniem

Oszczędna jazda? Tak, ale bez przesady! Nie zachęcamy, by całkowicie ignorować zasady ekodrivingu, ale nie należy z tym przesadzać. Nadmierne pompowanie kół czy zalecana przez producentów jazda na niskich obrotach nie mają sensu – służą tylko temu, by osiągnąć niskie spalanie bez względu na koszty. Na co dzień wystarczy unikać jazdy z gazem wciśniętym do oporu, dobrze jest też trochę... zwolnić.