• Coraz popularniejsze będą stawać się elektryczne sprężarki klimy – dziś to już norma w hybrydach i elektrykach
  • Unijne dyrektywy regulują dostępność i podaż tzw. F-gazów, w związku z czym ceny czynnika R134a (zawiera fluor) drastycznie wzrosły w ciągu kilkunastu miesięcy
  • Zestawy do samodzielnego odgrzybiania klimatyzacji kosztują zazwyczaj od 25 do 50 zł i są dość proste w użyciu – poradzi sobie z tym nawet laik

Jeszcze do niedawna sytuacja była prosta, bo wszystkie samochody korzystały z czynnika R134a, zaś ceny przeglądów klimatyzacji (wraz z napełnieniem!) zazwyczaj mieściły się w rozsądnej kwocie – do 150 zł. Potem jednak przyszedł rok 2013, a wraz z nim nowa dyrektywa UE 2006/40/EG (Mobile Air Conditioning; MAC), dotycząca m.in. walki z gazami cieplarnianymi. Czyli np. z czynnikiem R134a, stosowanym m.in. w samochodach.

Według dyrektywy wszystkie nowo homologowane modele miały od tej pory (początkowo plany zakładały 2011 r., ale były trudności m.in. z dostawami) korzystać z czynnika R1234yf, który co prawda jest łatwopalny, a produkty jego spalania – silnie trujące dla ludzi, ale za to ma wydatnie przyczynić się do redukcji efektu cieplarnianego. Co ciekawe, przez pierwsze kilka lat obowiązywania dyrektywy tylko niektóre marki przestawiły się na nowy czynnik, pozostałe – zasłaniając się m.in. złymi wynikami testów zderzeniowych (R1234yf ulega samozapłonowi w temperaturze ok. 400 st. Celsjusza!) – skutecznie się migały. Walka skończyła się jednak w 2017 r. i dziś wszystkie nowo sprzedawane w UE samochody mają na pokładzie czynnik R1234yf.

Co to oznacza? Po pierwsze, nowy czynnik od początku był kilkanaście razy droższy od R134a, po drugie – w konsekwencji tego znacznie wzrosły koszty obsługi klimatyzacji w nowych samochodach. Rozrzut cenowy między starym a nowym czynnikiem był jednak na tyle duży, że nie mógł się długo utrzymać – dziś znacznie drożej niż jeszcze kilka lat temu zapłacicie też w przypadku samochodu z klimatyzacją przystosowaną do R134a.

Niska podaż czynnika oznacza drożyznę

Wpływ na taki stan rzeczy ma co najmniej kilka czynników. Część kierowców szukała podstępu, twierdząc, że dostawcy dokonali zmowy cenowej – skoro nowy czynnik jest drogi, to czemu stary ma być tani? Chodzi jednak głównie o to, że unijni urzędnicy postanowili w dużym stopniu pozbyć się R134a z Europy w ramach walki z gazami cieplarnianymi, więc warsztaty obsługujące starsze modele aut nagle obudziły się z pustymi magazynami. Czynnik trzeba więc importować, poza tym trafiająca na rynek europejski ilość jest reglamentowana. Każdy serwis musi też prowadzić ewidencję „przychodów i rozchodów”, co ma skutecznie zwalczyć proceder nabijania niesprawnych (nieszczelnych) klimatyzacji cieplarnianym gazem R134a.

Czynnik do klimatyzacji pod ścisłą kontrolą

Podaż starego czynnika chłodniczego została więc ograniczona, a popyt nie zmalał. Zanim wyginą wszystkie samochody korzystające z R134a, w Wiśle upłynie jeszcze całkiem sporo wody. A skoro podaż nie zaspokaja popytu, to ceny musiały iść w górę. Dość powiedzieć, że dziś standardowa butla R134a (12 kg) kosztuje w internecie już przeciętnie 1600-2000 zł (pytanie co z legalizacją!) i wystarcza zaledwie na napełnienie ok. 20 klimatyzacji. W dużej hurtowni trzeba wydać na butlę już ok. 2300 zł.

Sprytne serwisy radzą sobie więc w ten sposób, że legalnie kupują tylko niewielką część czynnika (papiery!), a resztę pokątnie sprowadzają np. wprost z Chin lub z Ukrainy. Doszło też do tego, że jadąc do pierwszego lepszego warsztaciku „u pana Kazika”, wcale nie możemy być pewni, co i z jakiego źródła zostanie wpompowane do naszego auta przystosowanego do R134a.

Trafiają się też i tacy odważni, którzy zamiast czynnikiem napełniają układ... propanem-butanem, izobutanem albo gazem ziemnym. Napełniona takim czynnikiem klimatyzacja będzie działać, nie wiadomo tylko, jak długo, bo trudno przewidzieć, na ile te gazy okażą się kompatybilne z olejem smarującym kompresor. Coraz więcej warsztatów inwestuje więc w analizatory gazów po to, żeby sprawdzić, czym są napełnione układy w autach klientów i... co znajduje się w „okazyjnie” kupionych butlach chłodziwa. 

Pamiętaj o wymianie filtra kabinowego

Większość producentów zaleca wymianę filtra kabinowego co przegląd. I to zazwyczaj optymalny interwał, choć nie każdy go przestrzega, a potem nagle okazuje się, że szyby parują, nic nie widać, a klimatyzacja przecież działa... Dobra wiadomość jest taka, że filtr zazwyczaj bez problemu wymienisz samemu – często dostęp w okolicy schowka przed pasażerem, przeważnie wystarczą najprostsze narzędzia, czasem obejdzie się bez. Czy warto inwestować w znacznie droższy filtr z aktywnym węglem? Tak, bo znacznie dokładniej czyści powietrze z toksyn, ale trzeba pamiętać, że może on częściej wymagać wymiany.

Jak oczyścić i odgrzybić klimatyzację?

Większość osób za odgrzybianie klimatyzacji bierze się dopiero wtedy, gdy z kanałów wentylacyjnych zaczyna dolatywać smród. Cóż, lepiej późno niż wcale, ale naszym zdaniem odgrzybianie lepiej przeprowadzać regularnie podczas corocznego przeglądu klimatyzacji. Grzyby gromadzące się w kanałach wentylacyjnych nie tylko brzydko pachną, lecz także potrafią być groźne dla zdrowia – wrażliwi na nie mogą być zwłaszcza alergicy. Czyszczenie/odgrzybianie (ozonowanie, chemia lub... ultradźwięki) kosztuje w warsztacie zazwyczaj od 30 do 100 zł, ale można je też przeprowadzić samemu – specyfiki są dostępne w sklepach i w internecie (cena: z reguły 20-50 zł). 

Ile kosztuje przegląd klimatyzacji?

Butle z R1234yf są nadal potwornie drogie – 2600-3400 zł za 5 kg. Dlatego niektóre warsztaty wciąż wykonują tzw. konwersję auta przystosowanego do R1234yf na czynnik R134a. Ile kosztuje typowy przegląd klimatyzacji, obejmujący m.in. odessanie i uzupełnienie czynnika oraz kontrolę szczelności? W zależności od modelu i ilości potrzebnego czynnika w przypadku R134a to już nawet 250-450 zł (z czynnikiem!), zaś obsługa auta z 1234yf to nadal 700-1400 zł (też z czynnikiem; poza ASO). Klimą warto zająć się teraz, zanim sezon ruszy pełną parą, bo wtedy ceny mogą być jeszcze wyższe.