W Dover – zaraz za rampą, po której zjeżdża się z promu – stoi elegancka hala. Auta na polskich tablicach są wyłapywane i uprzejmym gestem zapraszane do środka. Podróżnych witają przesympatyczni celnicy, którzy chętnie dowiedzą się: po co jedziecie na Wyspy, kiedy wracacie i o co, ogólnie rzecz biorąc, się rozchodzi.

Nas wpuszczono do kraju Jej Królewskiej Mości dopiero wówczas, gdy zeznaliśmy, że będziemy robić reportaż. Kilkoro Polaków podróżujących autami na brytyjskich numerach też musiało się tłumaczyć przed celnikami, tak samo jak załoga furgonetki z lawetą, jadąca zapewne na podbój miejscowych komisów. I to była już zapowiedź tego, co nas czeka, bo podczas 5 dni spędzonych na Wyspach co najmniej kilka razy natknęliśmy się na rodaków przeczesujących miejscowe auto-handle.

Od kiedy wszedł w życie przepis zezwalający na rejestrowanie tzw. anglików (czyli aut z kierownicą po prawej stronie), w biznesie zrobił się ruch. Do tej pory pojazdy z kierownicą po „niewłaściwej” stronie sprzedawano u nas głównie na części, ale teraz coraz więcej osób chce nimi jeździć.

Skoro – jak głosi legenda – na Wyspach samochody rozdają za półdarmo, to czemu by w sumie nie skorzystać? Może i przy wyprzedzaniu nic nie widać, ale przecież da się zaoszczędzić sporo kasy... Nie mówiąc o tym, że np. terenówka do jazdy po lesie może mieć kierownicę po dowolnej stronie i nie jest z tego powodu bardziej niebezpieczna niż auto „kontynentalne”.

Z Dover sprawnie dotarliśmy do Londynu. Nocleg w tanim, jak na tamtejsze warunki, hoteliku (nieco ponad 25 funtów za osobę) na obrzeżach miasta był średnio udany, tak samo zresztą jak i śniadanie, składające się z miski płatków i kiepskiego tosta z dżemem.

No ale jak się chce tanio kupić auto, to się nie marudzi. Penetrowanie rynku rozpoczęliśmy od wizyty w firmie British Car Auctions, zajmującej się – jak sama nazwa wskazuje – aukcjami samochodowymi. Choć BCA działa też na Kontynencie, to aukcje gromadzą tłumy klientów przede wszystkim na Wyspach. Samo BCA ma w Wielkiej Brytanii kilkanaście oddziałów, do tego dochodzi też co najmniej kilka innych, mniejszych bądź większych przedsiębiorstw świadczących podobne usługi.

Ale co to w ogóle jest aukcja samochodowa? – zapytacie. I słusznie, bo dla kogoś mało obeznanego z miejscowym rynkiem aut używanych to coś zupełnie nowego, zaskakującego. Z grubsza rzecz biorąc, wygląda to tak: na wielkim placu ustawiane są auta mające danego dnia iść pod młotek. Aby dokładniej im się przyjrzeć, trzeba przyjść jakiś czas przed rozpoczęciem aukcji, wtedy można m.in. zbadać stan karoserii, sprawdzić zużycie opon i zapoznać się z raportem rzeczoznawcy przyklejonym na przedniej szybie.

To spore ułatwienie, bo w przypadku lepszych domów aukcyjnych (takich jak np. BCA) pojazdy z reguły opisuje się dość szczegółowo (m.in. odczyt błędów z centralki sterującej, wycieki płynów, kondycja układu hamulcowego itp.). „Gorsze” auta, pochodzące np. od osób prywatnych lub z tanich komisów, raportu nie mają, a z kartki przytwierdzonej do szyby dowiecie się jedynie tego, że jest to pojazd „sold as seen” (w wolnym tłumaczeniu: widziały gały, co brały).

W żadnym przypadku nie da się zajrzeć do środka (chyba że mamy do czynienia ze złomem, w którym nie działają zamki lub nie domykają się drzwi), nie mówiąc już o jeździe próbnej. Co bardziej skrupulatni klienci starają się wykorzystać moment, kiedy dane auto jest przez pracownika domu aukcyjnego podstawiane przed specjalną trybunę i wtedy – w locie – otwierają bagażnik lub drzwi, ewentualnie – nasłuchują odgłosów z zespołu napędowego.

Sama aukcja trwa nie więcej niż minutę-dwie. W tym czasie zbierane są oferty, w domu BCA na żywo mogą też licytować osoby niebędące na miejscu, ale mające dostęp do internetu. Najwyższa oferta wygrywa, kupujący ma potem maksymalnie kilkadziesiąt godzin na zabranie auta z terenu firmy. Z reguły, aby przystąpić do aukcji, trzeba najpierw wpłacić wadium, które jest następnie zwracane. Co ciekawe, niektóre firmy pieniędzy nie oddają, nawet jeśli nie dokonacie żadnej transakcji. Warto o tym pamiętać, bo choć ceny niektórych pojazdów bywają zachęcające, to strata wadium może być bolesna.

Samochody dostępne na aukcjach pochodzą z różnych źródeł, np. z komisów, które zdają sobie sprawę z przeciętnego stanu technicznego danego pojazdu i nie chcą go wystawiać na swoim placu. Wiadomo, reputacja. Trafiają się też auta pofirmowe, poleasingowe oraz oferty od osób prywatnych. Rozrzut cenowy jest spory, trafiają się pojazdy za kilkaset, ale też i za kilkanaście tysięcy funtów. Dużą część klienteli stanowią handlarze, ale nie brakuje i indywidualnych nabywców.

Następnie kroki skierowaliśmy do eleganckich londyńskich komisów. Najpierw odwiedziliśmy kilka placów z tańszymi autami (2000-10 000 GBP), potem podziwialiśmy zbiory firmy Car Giant, jednego z największych londyńskich komisów. Trafiliśmy tu na setki aut, skrupulatnie posegregowanych według marki i/lub segmentu. Pojazdy są młode, mają pełną dokumentację, często kilkumiesięczną gwarancję i wysokie ceny.

Sęk w tym, że Polak myślący o sprowadzeniu auta nie ma tu w zasadzie czego szukać – finansowo nijak się to nie kalkuluje. Co ciekawe, spora część pojazdów została zostawiona w rozliczeniu (part exchange lub part/x) – na Wyspach to bardzo popularna forma zakupu auta.

Jak na razie dowiedzieliśmy się więc kilku ciekawych rzeczy, ale nadal nie trafiliśmy na źródło „okazji” wystawianych w polskich komisach. Zanim jednak zaczniemy dzwonić po ogłoszeniach od osób prywatnych (najlepiej szukać ich na gumtree.com lub autotrader.co.uk) i udamy się na północ (wieść gminna niesie, że im dalej od kanału La Manche, tym niższe ceny aut używanych), dajemy jeszcze szansę taniemu londyńskiemu komisowi w dzielnicy Northolt.

Ceny najdroższych aut nie przekraczają tu kilku tysięcy funtów, najtańsze kosztują niewiele ponad 500 GBP. Z ciekawością przyglądamy się więc tym drugim i robi nam się smutno. OK, może i 995 GBP za wrośniętą w krzaki 10-letnią Mazdę 6 to na tutejsze warunki niezła oferta, ale w kraju takie auto z kierownicą po naszej (!) stronie nie będzie wiele droższe. Na korzyść omawianego egzemplarza przemawiało ładnie wymyte i stosunkowo mało zniszczone wnętrze. Karoseria też sprawiała niezłe wrażenie, oczywiście poza ogniskami korozji typowymi dla tego modelu.

Na Wyspach to w zasadzie reguła, że komis po przyjęciu auta zabiera się za gruntowne odświeżenie lakieru, na niektórych placach pierwszą rzeczą, która rzuca się w... nos, jest zapach wosku i pasty polerskiej. W tym samym komisie oglądamy też Vauxhalla Astrę II i BMW 318i (E46), oba za ok. 500 GBP. Oferty może i niezłe, gdyby nie to, że oba auta okazały się gruchotami nadającymi się na części lub na złom. Brak badania technicznego (MOT) to w obu przypadkach kwestia oczywista.

Ważne: jeśli już kupicie na Wyspach auto i będziecie chcieli nim wracać na kołach, musicie zadbać o trzy rzeczy: wspomniany MOT, Road Tax (właściwie VED; podatek dla właściciela każdego pojazdu na brytyjskich numerach) i ubezpieczenie OC (polisa nie przechodzi wraz z autem na nowego właściciela). Obie ostatnie kwestie da się załatwić przez internet: minimalny okres, na jaki wykupuje się Road Tax, to 30 dni, ale co sprytniejsi obcokrajowcy wycofują opłatę od razu po dojechaniu na prom w Dover. System nie wie, co począć, i jest szansa na uniknięcie opłaty. W przypadku ubezpieczenia już takiego triku zastosować się nie da, poza tym jazda bez OC jest surowo karana. I raczej nie liczcie na to, że jakoś się prześlizgniecie, bo liczba funkcjonariuszy i kamer nadzorujących ruch jest ogromna.

Z kolei od miłego rodaka oferującego na sprzedaż 9-letnią Hondę Accord za 3000 GBP (dużo za dużo jak na stan auta, patrz niżej) dowiedzieliśmy się o jeszcze jednym ciekawym myku: otóż gdybyśmy kupili od niego auto, nie musimy płacić taxu ani ubezpieczenia. Najwyraźniej budzimy zaufanie, bo Dominik gotów jest pozwolić dojechać nam do Francji na jego papierach. Gdy damy mu znać, siądzie do komputera i wycofa tax oraz OC, my musimy tylko zatroszczyć się o polisę pokrywającą pozostałe kraje na trasie.

No właśnie, Polacy na Wyspach. Okazuje się, że naszych rodaków jest tam wciąż na tyle dużo, że samochód da się kupić nawet bez znajomości angielskiego. Wystarczy odpalić któryś z portali internetowych przeznaczonych dla Polaków (np. londynek.net) – znajdziecie tam zarówno oferty firm zajmujących się przewozem aut z Wysp do Polski pod wskazany adres (300-400 GBP), jak i polskich handlarzy działających na Wyspach.

Jeden z nich zaproponował nam m.in. Vauxhalla Vectrę 1.9 CDTI (2008 r.) z „automatem” i z przebiegiem 91 tys. mil, przynajmniej w części udokumentowanym książką. Auto czyste, niemalowane, podczas krótkiej jazdy próbnej nie stwierdziliśmy w zasadzie żadnych uchybień poza niedziałającym wskaźnikiem temperatury cieczy chłodzącej. Za Vectrę trzeba zapłacić 2500 GBP – jedna z nielicznych ofert wartych rozważenia pod kątem eksportu do Polski, bo podobne auta są u nas o ok. 6-9 tys. zł droższe.

Wizytę w Londynie zakończyliśmy na oględzinach BMW M3 (E46) z 2002 r. Auto skusiło nas ceną – 7480 GBP to o jakieś 10 000 zł mniej, niż kosztują w Polsce sensowne egzemplarze z tego samego rocznika. Takim czymś można by próbować weekendowo jeździć po Polsce, a w razie czego sprzedać. Na miejscu zastaliśmy pojazd z podniszczonym wnętrzem, zajechanymi tylnymi oponami i zdrowym lakierem (!). Książkę serwisową prowadzono do samego końca, ale podczas jazdy próbnej wyczuliśmy oznaki zmęczenia w układzie napędowym – dziwnie biorące sprzęgło i drgania mogące świadczyć np. o problemie z kołem zamachowym lub dyferencjałem. Oferta więc mimo wszystko dla odważnych.

Na tym samym placu naszą uwagę przykuł „warsztacik” blacharski (fot. poniżej), w którym hinduscy pracownicy wykonywali drobne i... nieco mniej drobne poprawki lakiernicze. Nikt tu przed nami niczego nie ukrywał, zresztą ciężko by z tym było, bo „warsztacik” składał się z kilku drewnianych belek przykrytych prowizorycznym daszkiem (!). Podczas malowania na blachę dostanie się pył? No i co z tego? Wygląda na to, że w tej firmie nikt nie przejmuje się drobnostkami.

Dalsza trasa poprowadziła nas na północ kraju, w okolice Manchesteru. I faktycznie, auta są tam nieco tańsze niż w stolicy, choć na superpromocje i tak nie ma co liczyć. Po odfajkowaniu wizyt w podłych komisach oferujących auta za nie więcej niż 1500 GBP i obejrzeniu zaskakująco przyzwoitej Hondy Accord z 2001 r. – za 900 GBP można kupić niezłe auto do jeżdżenia na miejscu, import jest nieopłacalny – skupiliśmy się na ofertach prywatnych. Dobre wrażenie zrobił na nas w zasadzie tylko Mini Cooper kabriolet za 2400 GBP, zwłaszcza że ceny podobnych aut są w Polsce wyższe (o 5-7 tys. zł).

W poszukiwaniu naprawdę tanich aut udaliśmy się do domu aukcyjnego położonego w robotniczej dzielnicy Manchesteru. Z punktu widzenia osób chcących importować pojazdy do Polski był to strzał w dziesiątkę. Rzecz jasna nie chodzi o stan aut, ale o ich ceny. Na naszych oczach sprzedały się następujące perełki: Peugeot 206 z 2002 r. za 225 GBP, Ford Galaxy z tego samego rocznika za 600 GBP, ledwo odpalające Mini One D z 2003 r. i z przebiegiem niemal ponad 100 tys. mil za 950 GBP, Ford Mondeo z 2003 r. za 450 GBP i Mégane z 2005 r. za 425 GBP.

Nie wszystkie były w stanie przejechać kilka metrów, ale i tak schodziły jak ciepłe bułeczki. Większość ofert wyłącznie na części, ale niejeden handlarz by się z nami nie zgodził.

Reasumując: 5 dni, dziesiątki obejrzanych aut, z czego na import do kraju kwalifikowało się raptem kilka. Polscy handlarze kupują auta zajechane albo pokolizyjne, stąd bardzo atrakcyjne ceny „anglików” w Polsce. Warto samemu jechać? Naszym zdaniem – nie.