Dlatego, że – jadąc zgodnie z przepisami – wyróżniał się z kolumny innych samochodów, przekraczających prędkość o 30 km/h. Takie były słowa policjanta, który zatrzymał do kontroli samochód osobowy, jadący przepisowe w tym miejscu 50 km/h. Mój znajomy oczywiście adekwatnie do absurdalności takiej sytuacji się zdenerwował. Sądzicie, że dalej będzie w tym miejscu jeździł zgodnie z przepisami, czy może tak, jak inni, 80 km/h?

Akurat ten człowiek należy do osób ortodoksyjnie przestrzegających przepisów ruchu drogowego, za co bardzo go szanuję i jestem pewien, że dalej będzie przestrzegał ograniczeń prędkości na terenie zabudowanym. Ale czy każdy kierowca okaże się tak odporny na naukę, jaka płynie z takiej kontroli policyjnej?

Nie sądzę. Kiedy zdarza mi się rozmawiać z kierowcami, to raczej nikt nie mówi o tym, że widok radiowozu wzmacnia poczucie bezpieczeństwa. Przeciwnie – dominującym odczuciem jest obawa, żeby z jakiegoś powodu nie zostać zatrzymanym przez policję. A więc, aby tego uniknąć, trzeba maksymalnie wtopić się w tłum innych aut. Jechać tak, jak inni.

Przykro to mówić, ale taka metoda niestety działa i to bardzo dobrze. Kiedy jadące w kolumnie auta masowo przekraczają dozwoloną prędkość, to szansa zatrzymania przez zaparkowany obok jezdni radiowóz jest znikoma. Ale jeżeli ktoś próbuje jechać wolniej, staje się szybko łupem policjantów. Trudno też zaprzeczyć, że takie działanie policji ma jakiś sens, bo rzeczywiście ktoś, kto obawia się kontroli lub jest w jakiś sposób niedysponowany, może jechać wolniej od innych.

Tutaj jednak nasuwa się pewna niezbyt optymistyczna refleksja. Skoro łapie się tych jadących wolniej, to powinno się także – a może tym bardziej – wyłapywać tych, jadących szybciej od kolumny, czyli dużo, dużo za szybko. Tymczasem moje doświadczenia drogowe – a prawo jazdy mam od 24 lat – podpowiadają, że nigdy nie udaje się zauważyć interwencji policji, kiedy jakiś kierowca prowadził wyjątkowo bezmyślnie i ofensywnie.

Ktoś wyprzedza „slalomem” bez kierunkowskazów i wyprzedzi jadący radiowóz? Nic się nie dzieje. Spokojnie jedzie dalej. Wyprzedzanie „na trzeciego”? Policjanci nie interweniują. Samochód z „amerykańskimi” kierunkowskazami, czyli czerwonymi, pulsującymi światłami hamowania z tyłu lub stale zapalonymi pomarańczowymi lampami z przodu? Policja jedzie dalej. A przecież takie auto nie powinno w ogóle przejść przeglądu w stacji kontroli pojazdów.

Foto: Mariusz Kamiński / Auto Świat
Złapali go, bo… Za wolno jechał

Przez wiele lat jazdy po drogach Polski i wielu innych krajów „udało” mi się zapłacić dokładnie trzy mandaty. I wszystkie w Polsce. Pierwszy – za przejście przez jezdnię pięć metrów obok wyznaczonego przejścia dla pieszych. Drugi – za przejazd na czerwonym świetle, które jednak nie było sygnalizowane, bo żarówka w sygnalizatorze była przepalona.

Trzeci przypadek jest bardziej charakterystyczny. Jechałem drogą dwujezdniową z dozwoloną prędkością. Na horyzoncie zauważyłem ograniczenie do 70 km/h. Akurat był to zjazd, więc zdjąłem stopę z gazu i czekałem, aż auto wytraci prędkość. W tym czasie wyprzedziły mnie dwa samochody, jadące na oko 140 km/h. Kiedy prędkościomierz wskazywał nieco ponad 80 km/h, za zakrętem wyskoczył zza krzaka dynamiczny policjant z lizakiem. Dialog był mniej więcej taki…

- Dzień dobry Panu. Co zrobiłem nie tak?

- Tu jest ograniczenie.

- Tak. Dlatego zwalniałem, hamując silnikiem. I nie mógł Pan tego nie zauważyć. Za to przejechały tędy przed chwilą dwa auta, jadące prawie dwukrotnie szybciej ode mnie.

- Owszem, ale do nich nie zdążyłem wysiąść. No i trafiło na Pana.

Wniosek z tej sytuacji jest taki, że gdybym i ja jechał 140 km/h tam, gdzie wolno tylko 70 km/h, to nie zapłaciłbym mandatu, chociaż przyznaję, że mi się on należał i nie broniłem się przed jego zapłaceniem. Ale pozostał niesmak, że zawsze tym, którzy przepisy mają za nic i jeżdżą tak, jak chcą, zwykle z jakiegoś powodu uda się uniknąć mandatu czy choćby zatrzymania przez policjanta na…

Już prawie napisałem „rutynową kontrolę”. A czy można nazwać rutynowym działanie wobec kierowców wyprzedzających na trzeciego, nieużywających kierunkowskazów lub przekraczających dwukrotnie dozwoloną prędkość? Nie. To powinno być działanie priorytetowe. Nie zdjęcia i fotoradary, tylko interwencja na oczach innych kierowców. To by miało oddziaływanie prewencyjne, bo wielu kierującym na taki widok odechce się drogowych wyścigów i szpanowania szybkim samochodem.

A tak, jeżeli kolumna samochodów jedzie o 30 km/h szybciej, niż zezwalają na to przepisy na danym odcinku drogi, to wypada – mimo dwóch pasów ruchu w każdą stronę – jechać tak, jak inni, bo inaczej policja może uznać jadącego „pięćdziesiątką” kierowcę za niedysponowanego, albo próbującego coś ukryć.

To, czy jazda z prędkością niższą od tej, z jaką porusza się kolumna samochodów, jest mniej czy bardziej ryzykowna od podążania tempem innych aut, to już temat na oddzielny artykuł. Są sytuacje, kiedy zmniejszenie prędkości do przepisowej niesie za sobą konkretne ryzyko, ale przepisy są tu bezlitosne i jedyne, co można zgodnie z nimi postulować, to aby cała kolumna pojazdów zawsze poruszała się z przepisową i bezpieczną prędkością.

Jak zwykle zapraszamy do komentowania – jeżeli macie swoje doświadczenia z policją, interweniującą po najmniejszej linii oporu, piszcie. To jest właściwe miejsce, aby podzielić się uwagami z innymi kierowcami.