• Większość używanych aut sprowadzanych z USA pochodzi z aukcji, na których sprzedawane są pojazdy rozbite, których nie opłaca się naprawiać na miejscu
  • Zaletą aut z USA jest możliwość łatwej weryfikacji ich przeszłości
  • Pierwsze, co warto sprawdzać w używanych Chryslerach Town&Country, to stan nadwozia
  • Więcej takich tekstów znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

Samochód zaprezentowany na zdjęciach w ogłoszeniu wyglądał jak nowy, czego zresztą można spodziewać się po aucie z przebiegiem 80 tys. km. No... może nawet lepiej niż nowy – samochody w folderach producentów nie mają takiego połysku! 67,5 tys. zł to cena – jak na ten model (Chrysler Town&Country z silnikiem 3.6) i rocznik (2016) – raczej wysoka. Jednak treść ogłoszenia kusiła: „Prawdopodobnie jeden z najładniejszych i najlepiej utrzymanych samochodów tej marki dostępnych na polskim wtórnym rynku! Karoseria nie nosi żadnych śladów eksploatacji, a skórzane fotele i reszta wnętrza są w doskonałym stanie”.

Skoro tak, to warto jechać – jeśli pomiędzy samochodem z wyraźnymi śladami zużycia a samochodem, który jest niemal nowy, jest różnica w cenie rzędu 10 proc., to lepiej się zapożyczyć i kupić ten lepszy – przyjemność większa, a wydatki na serwis mniejsze. Do komisu, w którym stał „nasz” Chrysler nie było zresztą daleko – tylko godzina drogi. A zatem...

Jak sprawdzić auto z USA?

Specyfika amerykańskiego rynku pozwala dobrze przygotować się do oglądania wybranego pojazdu sprowadzonego z tego kraju bez wychodzenia z domu: w USA znakomita większość zdarzeń z udziałem samochodów trafia do bazy danych, która zawiera informacje o kolejnych właścicielach, wypadkach, statucie pojazdu, powodach wyrejestrowania. Zdarza się, że do bazy trafiają zdjęcia uszkodzeń wykonane przez ubezpieczycieli oraz szczegółowe opisy zniszczeń, stany licznika przy poszczególnych zdarzeniach. Baza jest obecnie dostępna za opłatą także dla Europejczyków – można skorzystać z serwisu Carfax.eu (albo kupić, nie do końca legalnie, w jednym z polskich serwisów ogłoszeniowych od handlarzy, którzy kupują raporty hurtem, a potem za opłatą ściągają i odsyłają klientowi.

{ "uuid": "de21f2a6-1999-4b9f-bc83-349611216140", "caption": "Auto z ogłoszenia – Chrysler Town&Country 2016", "url": "http://ocdn.eu/images/pulscms/ZTc7MDA_/a9d5a418777a29dac3d294a4ea6d0bc8.png", "alignment": "center", "contentSources": [ { "uuid": "0306212f-a7ed-557b-a34f-fac64727da22", "name": "Auto Świat", "idref": "0306212f-a7ed-557b-a34f-fac64727da22" } ], "available": { "start": "2020-10-19 00:00:00+0200" }, "copyright": { "uuid": "43bd25f8-f877-5088-9093-5f23e64541cf", "idref": "43bd25f8-f877-5088-9093-5f23e64541cf", "note": "Auto Świat", "image": { "publicationId": { "ocdn": "386d71e6a0f1f4505e04f83adeb45734", "ocdnExt": "png", "type": "ocdn" }, "size": { "height": 92, "width": 66 }, "uuid": "0632e2cc-1479-4f48-b22c-f10d91d9f080", "url": "http://ocdn.eu/images/pulscms/MTY7MDA_/386d71e6a0f1f4505e04f83adeb45734.png" } }, "publicationId": { "type": "ocdn", "ocdn": "a9d5a418777a29dac3d294a4ea6d0bc8", "ocdnExt": "png" }, "size": { "height": 805, "width": 1442, "bytes": 1204784 }, "_gql": { "description": { "abstract": "" }, "url": "https://ocdn.eu/pulscms/MDA_/a9d5a418777a29dac3d294a4ea6d0bc8.png", "caption": { "main": "Auto z ogłoszenia – Chrysler Town&Country 2016" }, "source": { "uuid": "0306212f-a7ed-557b-a34f-fac64727da22", "name": "Auto Świat" }, "authors": [], "license": { "name": "Auto Świat / Materiały własne", "uuid": "43bd25f8-f877-5088-9093-5f23e64541cf", "note": null }, "topics": [], "flags": {} }, "asyncAdSlot": null } Auto z ogłoszenia – Chrysler Town&Country 2016 Foto: Auto Świat
Auto z ogłoszenia – Chrysler Town&Country 2016

Pojedynczy raport na temat pojazdu, który generowany jest na podstawie numeru VIN, kosztuje na Carfax.eu aż 40 euro (prawie 180 zł!), ale za 57 euro (250 zł) można kupić pakiet 5 raportów. I ta druga opcja jest właściwa, jeśli jesteśmy zdecydowani na kupno samochodu sprowadzonego ostatnio lub kiedyś z USA, szansa, że za pierwszym razem trafimy na „ten jedyny” pojazd jest nie aż tak duża. A zatem: wybieramy auto, które nam się podoba, rozmawiamy ze sprzedawcą, notujemy numer VIN (często jest zamieszczany w ogłoszeniu) i ściągamy raport Carfax. Uzbrojeni w wiedzę, że np. miał rozbity przód, jedziemy zobaczyć, jak bardzo (chyba, że odrzucamy myśl o kupnie samochodu po wypadku). Można raport kupić też po obejrzeniu auta, ale...

Skoro miał być idealny...

...to pojechaliśmy obejrzeć to auto bez wydawania pieniędzy na raport Carfaxu. Szczerze mówiąc, auto zrobiło dobre wrażenie – czyste, może trochę za mocno nabłyszczone w środku – i zaczęlibyśmy może od oglądania auta pod maską, gdyby nie wyszło słońce. A gdy słońce poświeci mocno na samochód w kolorze srebrny metalik, to zazwyczaj widać najmniejsze niezgodności kolorystyczne. I tak było w tym przypadku: w słońcu zderzak miał zupełnie inny kolor niż błotnik. Tak, to prawda, zderzaki są zrobione z tworzywa i często odcinają się kolorystycznie od reszty nadwozia, ale w tym, przypadku zderzak odróżniał się od reszty karoserii tylko z jednej strony. Badanie auta krok po kroku – i za chwilę wyszło na jaw, że cały bok był malowany, przy czym szpachli niewiele, powłoka miejscami o grubości powyżej 300 mikrometrów, można przyjąć, że to po prostu drugi lakier.

Gorzej, że na słupku i progu grubość powłoki to ok. 200 mikrometrów. Dużo? Jak na słupek i próg to co najmniej podwójna grubość – słupki, w ogóle nieodsłonięte powierzchnie aut, malowane są w fabryce cieniutko , zazwyczaj 50-70 mikrometrów, czasem nawet mniej. Łatwo się przekonać, czy to drugi lakier – trzeba sprawdzić, jak jest po drugiej stronie, A tam – jak się można było spodziewać – mniej: ok 50 mikrometrów. Gdy przyjrzeć się bliżej, to i tylna klapa była malowana po raz drugi, i zderzaki średnio dopasowane. Tu i tam odstaje jakaś listwa maskująca. A gdy już wiemy, że coś się tu działo, to i dostrzeżemy, że jedne drzwi są źle spasowane.

Poza tym: wnętrze faktycznie jak nowe, można wierzyć w niewielki przebieg. Ale i nie ma wątpliwości, że samochód długo stał, być może nie miał szans dobrze się rozpędzić od roku – na uszczelkach widoczne już zaawansowane życie biologiczne – zieloniutki mech. Od spodu auto w ładnym stanie, jedynie drobny wykwit korozji przy progu, w miejscu naprawy. Ale jak poważna była naprawa – trudno powiedzieć w warunkach placu komisowego. Bezpieczniej przyjąć, że próg jednak był wyciągany.

Auto po długim staniu

A jak to auto jeździ? Silnik odpala, a pracuje niezbyt równo, ale stał długo i trudno się tym sugerować. Delikatne, nienaturalne szarpanie skrzyni biegów podczas ruszania. Olej? Długi postój? Znów – trudno powiedzieć. Pewne jest za to, że opony jednak nie aż tak nowe, jak w ogłoszeniu, że trzeba jednak autu zrobić solidny przegląd, wymienić wszystkie płyny, że na pewno wystąpią jakieś usterki w związku z długim postojem... I tak, nawet po negocjacji, trzeba mieć na to auto 70 tys. zł. A jeszcze na koniec rzut oka na drzwi po drugiej stronie... malowane? Tak, też malowane – pewnie była rysa, a zostało trochę farby. Ta „karoseria bez żadnych śladów eksploatacji” taka trochę... po przejściach.

A jako że internet wiele pamięta, to i czasem udaje się po numerze VIN znaleźć zdjęcia auta z aukcji, na której sprzedano je polskiemu importerowi (jak się zdaje za 6 tys. dolarów): bok rozbity na tyle, że mogło się to skończyć prostowaniem słupka i progu, nie sposób tego na podstawie zdjęć stwierdzić z całą pewnością, w każdym razie tam, w USA, wyszła z tego szkoda całkowita.

Czy warto kupić takie auto? Wszystko zależy od ceny – mimo naprawy powypadkowej nie należy go skreślać, bo to „ładna sztuka”. Ale cena wyższa od przeciętnej? No raczej nie.