Plan jest taki, że importerzy i sprzedawcy hulajnóg elektrycznych będą musieli skorzystać z obowiązkowej "pomocy" Transportowego Dozoru Technicznego już na etapie dopuszczania sprzętu do importu na polski rynek. TDT nie tylko sprawdzi, czy hulajnogi doraźnie są zgodne z przepisami — a te wymagają, aby nie były zdolne do przekraczania prędkości 20 km na godz. — lecz także to, czy można je odblokować. Da się odblokować? Nie można ich sprowadzać i sprzedawać, bo nie wolno nimi jeździć.
To samo ma dotyczyć sprzedawców: jeśli do sklepów trafią hulajnogi elektryczne, które można odblokować i tym samym przyspieszyć, TDT będzie mógł zablokować ich sprzedaż, a sprzedawcę ukarać.
Importerzy chińskich hulajnóg śmieją się z polskich przepisów drogowych
Auto Świat
Sprzedawcy chińskich hulajnóg elektrycznych zachwalają sprzęt rozpędzający się do 50 km na godz. "Idealny do miasta"
A jak to wygląda dziś? Dziś oficjalni dystrybutorzy hulajnóg elektrycznych na swoich stronach internetowych wprost zachęcają rodziców do kupowania dzieciom hulajnóg elektrycznych na dojazdy do szkoły. Jednocześnie kuszą prędkością na poziomie ponad 50 km na godz. i zasięgiem ponad 50 km. Na pierwszy rzut oka widać, że jest to sprzęt nielegalny, na którym nie wolno wyjechać na drogę publiczną. I co? I nic. Tymczasem na osiedlach, na chodnikach i drogach dla rowerów postrach sieją "kukiryniarze" i "surroniarze". Policja dopiero się uczy, dopiero zaczyna sięgać po ostre sankcje.
- Czytaj także: Co to jest kukiryn, kto na tym jeździ i co im grozi?
Warto w tym miejscu dodać, że chińskie elektryczne hulajnogi masowo sprowadzane do Polski i innych krajów Europy w dużych chińskich miastach są zwyczajnie zakazane. Na ulicach jest dużo rowerów elektrycznych, różnych motorowerów, ale nikt nie ośmieli się wyjechać na hulajnodze elektrycznej. Tego typu sprzęt Chińczycy rezerwują dla... Europejczyków, którzy są nieco mniej wymagający w kontekście bezpieczeństwa i porządku na drogach.
Straż miejska będzie mierzyć prędkość... maksymalną
Politie.nl
Przenośna hamownia holenderskiej policji
Rząd chce, aby straż miejska mogła nie tylko zatrzymywać do kontroli drogowej użytkowników rowerów i hulajnóg elektrycznych, lecz także mierzyć maksymalną prędkość tych pojazdów. W projekcie czytamy:
"rozszerzono zakres upoważnienia w ramach wykonywania kontroli ruchu drogowego przez strażników gminnych (miejskich) poprzez możliwość używania przez nich przyrządów kontrolnych lub pomiarowych służących do określania maksymalnej konstrukcyjnej prędkości pojazdów. Przepis ten umożliwi w przyszłości strażom gminnym (miejskim) stosowanie przenośnych urządzeń do kontroli prędkości maksymalnej hulajnóg i rowerów elektrycznych".
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Chodzi między innymi o przenośne hamowanie — tego rodzaju sprzęt od lat jest wykorzystywany między innymi przez służby niemieckie, holenderskie czy francuskie do sprawdzania, czy ktoś nie odblokował motoroweru albo hulajnogi elektrycznej. Można nim mierzyć maksymalną prędkość rowerów elektrycznych, hulajnóg czy motorowerów. Ktoś, kto korzysta ze sprzętu niezgodnego z przepisami, naraża się na srogi mandat.
Co dziś grozi za jazdę na zbyt szybkiej hulajnodze elektrycznej?
Policja
Policja kontroluje hulajnogi
Środki, które do niedawna stosowane były głównie wobec nielegalnych motorowerów i motocykli, teraz policja zaczyna stosować wobec użytkowników hulajnóg. Tak działają np. policjanci w Bolesławcu, którzy — gdy wpadnie im w oko szybko jadąca hulajnoga — zatrzymują użytkownika i sprawdzają, jak szybko może ten sprzęt "kręcić kółkami". Sukcesy są: raz okazuje się, że maksymalna prędkość hulajnogi to 36 km na godz., innym razem jest to 50 km na godz., a zdarza się i taki sprzęt, który osiąga 75 km na godz.
W takiej sytuacji "klient" dostaje mandat 1000 zł za "kierowanie pojazdem niedopuszczonym do ruchu". Jeśli policjanci trafią na nieletniego, wzywają na miejsce rodziców, a sprawę kierują do sądu rodzinnego.
A tymczasem w dużych miastach sytuacja już dawno wymknęła się spod kontroli
Patologia związana z nielegalnym wykorzystaniem elektrycznych jednośladów w polskich miastach rozwija się nie od dziś i sprawia wrażenie sytuacji wręcz zalegalizowanej.
W dużych miastach aż roi się od dostawców jedzenia poruszających się na elektrycznych motorowerach, które można z daleka rozpoznać po charakterystycznym kształcie: masywne koła, motocyklowa rama, dwie, a nawet trzy duże i ciężkie baterie, potężny silnik elektryczny w tylnej piaście oraz... pedały rowerowe. Obecność pedałów ma przekonać zewnętrznych obserwatorów, że jest to zwykły rower elektryczny, a jednak nie są to rowery. Nielegalność tych pojazdów łatwo zaobserwować: jeśli jest w stanie ruszyć, nie kręcąc pedałami, albo przy minimalnym wysiłku rozpędza się do prędkości rzędu 30 km na godz., to nie jest to rower, tylko motorower. Co z tego, że niezarejestrowany?
Problem oczywiście nie polega na tym, że dostawcy z plecakami znanych firm (Uber, Pyszne i in.) korzystają z motorowerów czy motocykli. Problem w tym, że jeżdżą nimi po chodnikach i drogach dla rowerów, co oczywiście jest zabronione. Policjanci strażnicy miejscy zazwyczaj udają, że nie widzą. Boją się dużych korporacji? Żal im ciężko pracujących kurierów? Prawda jest taka, że korzystanie z elektrycznych, zdezelowanych motorków masowo produkowanych przez firmy, które następnie wypożyczają ten sprzęt kurierom, jest po prostu tańsze niż jazda na legalnym motorowerze; w ten sposób omija się też formalności — rejestrację, ubezpieczenie OC, konieczność jazdy z tablicą rejestracyjną, no i "można" wjeżdżać na chodniki. Oczywiście kurierzy nie zarabiają z tego powodu więcej.
Na miejskich osiedlach i deptakach mieszkańcy coraz częściej skarżą się na grupy nastolatków jeżdżących na elektrycznych motocyklach — tzw. surronach. Elektryczne motocykle crossowe rozpędzają się do prędkości rzędu 70-80 km na godz., niektóre jeżdżą nawet szybciej. Nie mają tablic rejestracyjnych i nie mają homologacji, która umożliwiałaby ich rejestrację. Nie mają OC. W teorii są one przeznaczone do jazdy poza drogami publicznymi, w praktyce jeżdżą po chodnikach i drogach dla rowerów, po deptakach. Nastolatkowie zazwyczaj nie mają praw jazdy.
Na marginesie, podobnie zaczynało się to w Hiszpanii — teraz w dużych hiszpańskich miastach postrach sieją "gangi surroniarzy", którzy podjeżdżają do przechodniów, wyrywają im plecaki, torebki i portfele, po czym odjeżdżają. Trudno powiedzieć, czy w Polsce moda na surrony może rozwinąć się w tym kierunku. Z całą pewnością przymykając na to oko, hodujemy sobie nowych "Majtczaków", którzy przepisy ruchu drogowego mają w głębokim poważaniu.
"Kukiryniarze" — ta nazwa przyjęła się w odniesieniu do zazwyczaj młodych użytkowników bardzo szybkich hulajnóg elektrycznych; nazwa wzięła się od chińskiej marki Kukirin — oferuje ona hulajnogi średniej jakości, osiągające jednak prędkość znacznie wyższą niż dozwolona przez przepisy. Określenie to dotyczy także osób korzystających ze sprzętu innych marek. Ostatnio przebojem Internetu stał się filmik pokazujący, jak osoba na hulajnodze elektrycznej jedzie drogą ekspresową w Warszawie z prędkością ponad 100 km na godz. Policja, zwłaszcza w niektórych miastach, próbuje zwalczać tego rodzaju pojazdy, ale są to akcje raczej wyjątkowe, a w każdym razie jest ich za mało, bo moda na "kukiryny" wśród nastolatków się nasila.