Elva to najnowszy model brytyjskiej marki, należący do najbardziej ekskluzywnej grupy produktowej McLarena, zwanej „Ultimate Series” – to ta sama „liga” co niesamowite F1, P1, Senna czy Speedtail. Podwójnie doładowany, 4-litrowy silnik V8 osiąga tu zawrotne 815 KM i 800 Nm. Jak by tego było mało, auto waży zaledwie 1149 kg na sucho – o 50 kg mniej niż i tak już szokująco lekki Senna. Masy pojazdu gotowego do jazdy McLaren nie zdradza, jednak nawet bez tego wiemy, że stosunek mocy do masy zapewnia osiągi dosłownie urywające głowę: 0-100 km/h w mniej niż 3 s (nieoficjalnie mówi się o 2,6 s), i 6,7 s 0-200 km/h.

Ten niezwykły roadster powstał w hołdzie dla wyczynowych bolidów, które Bruce McLaren konstruował i się nimi ścigał na początku lat 60. Z tego powodu Elva nie ma dachu ani też szyby czołowej – to wóz, który ma serwować surowe doznania niczym wyścigówka i dawać radość z prowadzenia, obcowania z maszyną, igrania z fizyką jazdy w najczystszej postaci. I choć wygląd sugeruje co innego, Elva jest dopuszczona do ruchu ulicznego.

Na ulicy Elvę będzie można spotkać niezwykle rzadko – raz, że trzeba mieć odwagę, by tym w ogóle wyjechać na publiczną drogę, a dwa, że skalę produkcji ograniczono (już drugi raz) do zaledwie 150 egzemplarzy (z pierwotnie planowanych 400 i w międzyczasie komunikowanych 250 sztuk). Ceny zaczynają się od zawrotnej sumy 1 414 000 euro netto, co po przeliczeniu na złotówki, dodaniu akcyzy i VATu daje... około 9,5 miliona złotych. I nadal mówimy tu o wariancie bez opcji, w które można zainwestować kolejne miliony złotych!

Jednym z dodatków dostępnych dla Elvy faktycznie jest... szyba czołowa (nawet z wycieraczkami!). W standardzie jednak Elva ma specjalnie skonstruowany układ aerodynamiczny z wysuwanym deflektorem (Active Air Management System), który odbija powietrze w taki sposób, że nad kabiną tworzy się „bańka ochronna”. Patent działa do prędkości 120 km/h, powyżej tego deflektor się chowa i powietrze, owady oraz inne obiekty walą za całą siłą w oblicze, więc... McLaren zaleca jazdę w kasku. Prędkość maksymalna? Oficjalnie nie jest jeszcze potwierdzona, ale i tak mało kto będzie miał odwagę przekroczyć Elvą 300 km/h...

McLaren Elva – kupujący dostaje nie tylko samochód

Warszawski salon McLarena do tej pory przyjął od polskich klientów zamówienia na trzy egzemplarze Elvy. Jest więc realna szansa, że zobaczymy któregoś z nich na polskich drogach. Poza samym samochodem kupujący otrzymuje m.in. także pierwszeństwo w kolejce do zakupu następcy McLarena P1, którego debiut planowany jest na 2023 r. – ten model na pewno ponownie podniesie poprzeczkę tego, co możliwe w kosmicznym świecie hybrydowych hiperaut.

Egzemplarz, który mogliśmy podziwiać w Warszawie był niestety niejeżdżącą, pokazową makietą z zaślepionymi końcówkami wydechu i niekompletnym silnikiem. Mimo to, jego sylwetka na żywo robi wrażenie. Nadwozie ma mniej przetłoczeń i jest „czystsze w formie” niż pozostałe modele McLarena, choć tu także to forma podąża za funkcją (credo McLarena). Kanał doprowadzający powietrze do chłodnic ukryto w Elvie w drzwiach, nie jest on otwarty jak chociażby w 765 LT. W ten sposób chciano uzyskać sylwetkę, która byłaby bliższa estetyce wyścigówek z lat 60.

Nadwozie płynnie przechodzi w kabinę, w której czekają fotele pokryte materiałem odpornym na pogodę oraz... klimatyzacja (w końcu miło jest móc się schłodzić stojąc w korku w upale...). Pionowy, na pierwszy rzut oka lewitujący ekran, pozwala sterować ustawieniami auta i wyświetla tak przyziemne rzeczy jak obraz z kamery cofania. Odporne na niepogodę nagłośnienie, składające się z dwóch głośników umieszczonych za zagłówkami, jest dostępne opcjonalnie i spełnia wymogi stawiane głośnikom montowanych na... jachtach.

McLaren Elva – zaczęło się od M1A

Stojący obok nowej Elvy oryginalny McLaren Elva M1A robił jeszcze większe wrażenie i też jest na sprzedaż (ceny jednak nie znamy). Towarzyszy nowemu modelowi w odwiedzinach salonów McLarena w Europie (ten „roadshow” właśnie zaczął się w Polsce) i ma wzmacniać pożądanie u potencjalnych kupujących. Ta ważąca zaledwie 551 kg wyścigówka była dla Bruce'a McLarena przełomową konstrukcją na początku lat 60. Filigranowe M1A napędzało zmodyfikowane, 4,5-litrowe V8 z półki General Motors. Kierowcę od ziemi dzieli tu tylko cienka blacha, a jego głowę od centralnie umieszczonego silnika zaledwie szerokość dłoni... Wszystko jest zminimalizowane, wręcz gołe i... fascynujące. Dobitnie pokazuje, że w tamtych czasach kierowcy wyścigowi byli gladiatorami narażającymi się na duże niebezpieczeństwa.

Już podczas pierwszych testów na torze Goodwood w Anglii Bruce McLaren pobił M1A rekord toru, który do tej pory należał do Grahama Hilla w bolidzie F1 zespołu BRM. Z kolei podczas wyścigowego debiutu w Kanadzie w 1964 r. rekord okrążenia udało się poprawić aż 4 razy. Ostatecznie założyciel firmy, konstruktor i kierowca wyścigowy w jednej osobie, zajął w tym wyścigu 3. miejsce. W latach 1967-71 kierowcy zespołu McLarena pięciokrotnie wygrywali bolidem M1A Grand Prix Kanady samochodów sportowych. Inne zespoły, będąc pod wrażeniem możliwości tego wozu, zamówiły egzemplarze dla siebie – z racji ograniczonych mocy produkcyjnych w McLarenie (firma liczyła zaledwie 7 pracowników), budowę aut zlecono brytyjskiej firmie Elva.