• Numer VIN przydaje się podczas weryfikacji. Jeśli sprzedający nie chce go udostępnić przez telefon, to zły znak
  • Niektóre dane są dostępne  za darmo, ale w przypadku CEPiK-u dotyczy to aut już zarejestrowanych w Polsce
  • Podczas oględzin nie zapomnijcie zajrzeć do bagażnika – podnieście wykładziny i sprawdźcie, czy np. są oryginalne maty tłumiące
  • Większość sprowadzonych aut nie może legalnie poruszać się po drogach – przed przyjazdem do Polski została wyrejestrowana lub ma już nieważne tablice wyjazdowe
  • Zabrudzony silnik to nie tylko estetyka – często zwiastuje nadchodzącą, być może drogą awarię 

Załóżmy, że wiecie już, jaki samochód używany chcecie kupić – znacie jego wady i zalety, macie świadomość, który model można nabyć w określonym budżecie. Stajecie więc przed koniecznością wyboru najlepszego egzemplarza. W niektórych przypadkach czekają na was nawet nie setki, tylko tysiące egzemplarzy. Najszerszy wybór mają amatorzy takich modeli, jak Astra III (H), Audi A4, Volkswageny Golf i Passat czy BMW serii 3 – nietrudno się domyślić, że to auta najchętniej sprowadzane z zagranicy. Niestety, oznacza to, że wiele tych egzemplarzy przyprowadzili handlarze i nie są to – ogólnie mówiąc – najlepsze sztuki. Poza tym wiele nie zostało jeszcze zarejestrowanych w Polsce, przez co nabywcę czeka też kontrola dokumentów.

Pierwsza sprawa to wybranie ogłoszeń. Zdecydowana większość transakcji zaczyna się od przeglądania anonsów na portalach ogłoszeniowych. Jak zweryfikować te dane? Na pewno warto zwrócić uwagę na drobne „nieścisłości” – czy na pewno i sprzedający, i kupujący mają na myśli rok produkcji auta (ci pierwsi często wolą podać rok modelowy lub rejestracji…). Jak rozumieć określenie „bezwypadkowy”? Jaką formę umowy oferuje sprzedawca? Czy będzie to umowa? Czy podpisujecie ją bezpośrednio ze sprzedawcą, czy też „na Niemca”? Oczywiście, wszystkiego tego możecie dowiedzieć się na miejscu, ale jeśli np. nie bierzecie pod uwagę takiej formy sprzedaży lub zaniżonej kwoty na umowie (to ciągle się zdarza), to po prostu nie ma co umawiać się na oględziny takiego auta. Dlatego warto wcześniej przygotować się do rozmowy, żeby nie tracić potem czasu.

Oczywiście, zupełnie inaczej trzeba podejść do oględzin auta, które stoi na drugim końcu Polski, a inaczej, gdy okazuje się, że wystawia je komis za rogiem. Przed dalszym wyjazdem na pewno warto poprosić o numer VIN i poświęcić trochę czasu (a także pieniędzy) na zebranie jak najwięcej informacji o danym egzemplarzu. Jeśli jest zarejestrowany w Polsce, można zacząć od bezpłatnej urzędowej bazy danych (historiapojazdu.gov.pl). Warto cały czas mieć szeroko otwarte oczy. Jeśli samochód sprzedaje handlarz, ale robi to rok po zakupie za granicą, wniosek może być tylko jeden – samochód był naprawiany po jakimś wypadku.

Załóżmy, że rozmowa ze sprzedającym i opis wypadły pozytywnie. Jaki więc powinien być następny krok? Koniecznie trzeba samochód obejrzeć. Ale nie zawsze warto robić to samodzielnie. Jeśli jest to daleko, wyjazd będzie kosztowny (paliwo, pociąg to często wydatek nawet 300-400 zł) i zajmie cały dzień. Zawsze można też skorzystać z usług rzeczoznawcy – na wielu portalach można znaleźć takie oferty.

Przed wyjazdem warto wydrukować ogłoszenie lub zapisać na komputerze. Po co? W razie niezgodności z opisem będzie to dobry dowód w ewentualnym sporze. Co warto zabrać na oględziny? Głównie miernik grubości lakieru. Oczywiście, sam przyrząd to nie wszystko, trzeba jeszcze umieć z niego korzystać (to akurat proste) i właściwie zinterpretować wyniki – to, że jakiś element był malowany, nie oznacza jeszcze, że pojazd jest powypadkowy! Poza tym zakres zdarzeń i możliwości naprawy są tak szerokie, jak… różnorodność wypadków. Czasem blacharze wymieniają całe drzwi (na takie w oryginalnym kolorze), czasem… spawają całą „ćwiartkę” – w takiej sytuacji więcej wniosków wyciągnie osoba, która ma doświadczenie warsztatowe. Jednak nawet laik będzie w stanie sprawdzić, czy lakier jest oryginalny. Poza tym trzeba mieć… oczy szeroko otwarte (np. porównać wyniki pomiaru lakieru z szybami). Dlatego też na oględziny warto zabrać ze sobą osobę trzecią, która chłodnym okiem oceni rzeczywisty stan techniczny.

Czy warto odwiedzić warsztat? Zdecydowanie tak – nawet jeśli macie doświadczenie z mechaniką, bez oględzin podwozia może wam umknąć coś naprawdę ważnego. Kiedyś znajomy kupił na giełdzie VW Golfa w – wydawałoby się – idealnym stanie: z przebiegiem 30 tys. km (okazał się prawdziwy!), zadbanego, z wzorowym wnętrzem. Miał świadomość, że z jednej strony coś było malowane, ale trudno – machnął na to ręką. Niestety, potem okazało się, że podłogę „zdobi” od spodu niezbyt elegancki, za to naprawdę duży spaw wzdłuż progu.

Zaletą wizyty w warsztacie może też być natychmiastowy (przynajmniej przybliżony) kosztorys naprawy usterek. Wyciek oleju? Trudno, to się zrobi. Tak, ale jeśli mówimy np. o wycieku pomiędzy silnikiem a skrzynią, to trzeba dopisać do rachunku demontaż tej ostatniej, a przy okazji wymiany sprzęgła i „dwumasu” z drobnego wycieku może się zrobić… 5 tys. zł! Tak samo będzie z rozrządem, huczącymi łożyskami skrzyni biegów itp. – wszystko da się naprawić, niestety, nie wszystko jest sens naprawiać! W warsztacie można też od razu poprosić o dodatkową diagnozę: wątpliwości z silnikiem? Może warto od razu sprawdzić ciśnienie sprężania! Pali się kontrolka? Podłączenie komputera nie da oczywiście jasnej diagnozy, ale może wskazać kierunek poszukiwań i przynajmniej z grubsza określić koszty. Pamiętajcie jednak: w większości przypadków, jeśli naprawa rzeczywiście jest błaha i tania, to… wykonałby ją dotychczasowy właściciel!

Czy warto jechać z samochodem do ASO? Czasem ma to uzasadnienie, innym razem – nie. Jeśli mowa o starszym aucie, wiadomo, że nie będzie sensu naprawiać go w ASO, więc nie poznacie realnych kosztów usunięcia niedomagań. Za to czasem możecie poznać informacje, których nie znajdziecie gdzie indziej. Przykłady z życia? Oglądaliśmy w komisie Almerę 1.5 dCi – sprzedawca podkreślał, że „cały czas serwisowana w ASO”. Sprawdziliśmy więc gdzie i udaliśmy się po informację: Tak, była u nas na wszystkich przeglądach, mam też kilka napraw! Ale zaraz – ostatni wpis to przyjazd auta na lawecie z uszkodzonym silnikiem, podejrzenie panewek. Nawet nie podchodziliśmy do remontu, bo byłby nieopłacalny…Takich rzeczy nie dowiedzielibyśmy się w innej bazie poza autoryzowaną stacją.

Można też skorzystać z pomocy stacji diagnostycznej – w przeciwieństwie do większości mechaników postawią auto na tzw. szarpakach (demaskujących luzy w zawieszeniu), skontrolują hamulce i amortyzatory, obejrzą auto od spodu. W cenie 100 zł mogą nawet od razu… przedłużyć ważność dowodu rejestracyjnego. Ale za to będą mieć mniejsze pojęcie o kosztach napraw silnika, często nie mają odpowiedniego sprzętu diagnostycznego.

Bardzo ważną rzeczą jest oczywiście kontrola dokumentów – tu nie ma miejsca na ustępstwa, chociaż np. można kupić auto bez karty pojazdu. Zdecydowanie odradzamy dwie ciągle popularne „zagrywki” handlarzy. Pierwsza: umowa in blanco z Niemcem (lub poprzednim właścicielem w Polsce). Wtedy oni umywają ręce i nie odpowiadają za nic. Druga sprawa to zaniżenie kwoty transakcji – oczywiste tłumaczenie to obniżenie podatku, ale z drugiej strony potem trudno (np. w razie sporu) dowieść, ile tak naprawdę wydaliście. Warto też wiedzieć, że – przynajmniej na razie – nie ma problemu z nabyciem auta od osoby, która nie widnieje w dowodzie rejestracyjnym, ale ma ciągłość oryginalnych umów.