Dlaczego fajnie? Idea crossovera ze znaczkiem Saaba ma w sobie coś fajnego, pociągającego, inteligentnego, przyjemnego, sympatycznego. Saaby są fajne – jeżdżą nimi dentyści, artyści i inni ludzie, którzy w wolnym czasie robią fajne rzeczy (puszczają latawce, jeżdżą konno, budują studnie w Sudanie, tego typu sprawy) i z którymi chciałbyś spędzać czas. Crossovery są fajne mimo całego swojego klasowego niezdecydowania i oderwania od sztywnych norm, więc crossoverowy Saab to już coś absolutnie fajnie fajnego.

Saab 9-4X bazuje na Cadillacu SRX, który ma sporo wspólnego z Oplem Antarą, Chevroletem Captivą, Suzuki XL7 i wieloma innymi średniej wielkości terenówkami od matki General i ojca Motors. Pod maską pracuje jeden z dwóch silników V6.

Słabszy ma 3 l pojemności i 265 KM, a mocniejszy 2,8 l pojemności, turbosprężarkę i 300 KM.Słabszy współpracuje z sześciobiegowym automatem, który przenosi moc albo na przednie, albo na wszystkie koła, natomiast mocniejszy też dogaduje się z tą skrzynią biegów, ale w wypadku 300 koni pozwala ona przenosić całą tę moc tylko na cztery koła. Miejmy nadzieję, że gdy Saab 9-4X dojedzie do Europy, zyska jakiegoś turbodiesla lub nawet napęd hybrydowy.

Saab twierdzi, że wnętrze auta jest przestronne, ergonomiczne i praktyczne, napęd na cztery koła jest pod wpływem narkotyków (system eLSD przenosi do 50% moc na to tylne koło, które ma większą przyczepność), a system DriveSense tak steruje zawieszeniem, że raz jest ono „Comfort”-owe, raz „Sport”-owe, a raz nawet „Intelligent”-ne.

O, jest jeszcze przycisk Eco, który otępia pedał gazu i spowolnia skrzynie biegów, by zaoszczędzić kilka kropli paliwa. Sprzedaż modelu 9-4X ruszy w sierpniu przyszłego roku.