• Salon samochodowy w Detroit to prestiżowa impreza, ale pod względem wielkości zdecydowanie ustępuje europejskim salonom
  • Jedną z najważniejszych dla Europejczyków premier był nowy Mercedes klasy G
  • Amerykanie interesowali się nowym sedanem Toyoty oraz odświeżonymi SUV-ami i pick-upami

Detroit to kolebka amerykańskiej motoryzacji. Około 500 metrów od miejsca, gdzie piszę tę relację, swój pierwszy warsztat otworzył Henry Ford. W nieco większej odległości od centrum Detroit powstawały zaś kolejne, wielkie zakłady Forda, Chryslera, General Motors. Niektóre zostały, ale większość jest zamknięta, a miasto jeszcze kilka lat temu dogorywało. Dziś odżywa, a niedawno czytałem wiadomości, że Ford zamierza na nowo uruchomić swoją fabrykę pod Detroit. To dobra wiadomość dla miasta, które w ostatnich latach wyraźnie odżywa. Przykładowo, zauważyłem nową (chyba pierwszą) linię tramwajową z ogrzewanymi przystankami oraz nowe lodowisko. Zawsze coś. Niestety, rozwój miasta nie idzie w parze z rozwojem tutejszego salonu samochodowego, który z roku na rok się kurczy.

Jeśli wziąć pod uwagę powierzchnię hali, w które swoją ofertę pokazują motoryzacyjne koncerny, to my ze swoim show w Poznaniu nie mamy się czego wstydzić. Pewnie ktoś się nawet ucieszy, że mamy już – bez przesady – poziom amerykański. Jednak salon w Detroit pewnie nigdy nie umrze i dobrze, w końcu to miejsce jest bardzo ważne dla branży motoryzacyjne. Ten fakt docenia nawet Audi, które nie pokazało tu niczego nowego, ale stoisko oczywiście ma. Słyszeliśmy, że w Audi mówią, iż nie ma takiej możliwości, żeby marka w ogóle nie zaistniała w takim miejscu.

A premiery? Tegoroczny salon w Detroit nie obfitował w nowości istotne dla Europejczyków. W sumie, jeśli dobrze się zastanowić, to jedyną nowością wartą większej publikacji (którą oczywiście znajdziecie na naszej stronie) to nowy Mercedes klasy G. Wyjąwszy nieliczne fotografie, które wyciekły przed premierą, niewiele wiedzieliśmy o nowej terenówce. A inne premiery? Zapraszamy do zapoznania się z galerią.