W niedzielę przed południem kierowca chryslera zignorował znak i wjechał na Stare Miasto w Lublinie. Serwis lublin112.pl podaje, że 44-latek jeździł po wąskich uliczkach między spacerowiczami. Następnie wjechał na ulicę Szambelańską, gdzie zniszczył okoliczne stragany, potykacze reklamowe oraz kawiarniane stoliki. W pewnym momencie jego auto utknęło między schodami jednej z kamienic a kontenerami na śmieci.

Wjechał pod zakaz. Wtedy zaczął się armagedon

Przerażeni tym widokiem świadkowie postanowili interweniować. Wezwali na miejsce służby ratunkowe, ale na tym się nie skończyło. Kilku mężczyzn podbiegło do kierowcy i wyjęło pijanemu kierowcy kluczyki ze stacyjki, by uniemożliwić dalszą jazdę. Wówczas okazało się, że w pojeździe nie był sam, a z 10-letnim chłopcem.

"Niewiele brakowało, a doszłoby do tragedii. To, że nikt nie dostał się pod koła, śmiało można określić mianem cudu. Jakby tego było mało, w samochodzie podróżowało też dziecko. Kiedy kierowca, widząc, że dalej nie pojedzie, kazał chłopcu uciekać. Ten posłusznie wykonał polecenie" – powiedział w rozmowie z serwisem lublin112.pl pan Grzegorz, jeden ze świadków.

W rozmowie z lublin112.pl Anna Kamola z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie wyjaśniła, że badanie alkomatem wykazało ponad dwa promile alkoholu w organizmie kierowcy. Policjantka dodała też, że kierowca w rozmowie z funkcjonariuszami twierdził, że został uderzony kostką brukową w głowę i potrzebuje pomocy medycznej. Kiedy został przewieziony do szpitala, nie stwierdzono jednak u niego żadnych poważniejszych obrażeń ciała. Teraz policjanci prowadzą dalsze czynności w tej sprawie.

Warto przypomnieć, że wjazd na Stare Miasto jest bardzo ograniczony. Autem mogą poruszać się tam mieszkańcy dzielnicy, którzy mają zezwolenie oraz dostawy do sklepów i restauracji, które mogą pojawiać się tam tylko przed południem.