Macie czasami tak, że po latach wracacie do jakiegoś wytworu waszego umysłu i stwierdzacie „nieźle, ale można by to i owo poprawić...”? Czy raczej po wygrzebaniu takiego znaleziska ze zdumieniem zauważacie „o, wow, to ja kiedyś takie rzeczy robiłem/-łam? Dziś bym już nie dał/-a rady...!”? Ian Callum, wieloletni naczelny stylista w Jaguarze, zalicza się raczej do tej pierwszej grupy, choć na swoim koncie ma dzieła – wydawałoby się – genialne i skończone. Zawdzięczamy mu między innymi: Forda Pumę (tego z lat 90.), Jaguary XK (2006 r.) i F-Type, Astony Martiny DB7, DB9 oraz Vanquisha.

Tego ostatniego sobie jakiś czas temu kupił (twierdzi, że nigdy nie posiadał aut, które sam projektował) i właśnie wtedy zdał sobie sprawę sprawę z pewnych... no może nie tyle niedoróbek, co elementów, które dziś zrobiłby inaczej, mógłby poprawić dzięki nowoczesnym metodom produkcji. Aston Martin Vanquish zadebiutował w 2001 r., więc nadwozie musiało być projektowane kilka lat wcześniej. Jak twierdzi sam Callum, od tego czasu też wiele się nauczył. Poza tym Ford, czyli ówczesny właściciel Astona Martina, nałożył dość sztywne ramy budżetowe na projekt Vanquisha, więc projektanci nie mogli się „wyszaleć” – trzeba było iść na pewne kompromisy i dlatego też w kokpicie Vanquisha można było znaleźć elementy m.in. z Fordów czy Volvo.

W swoim Vanquishu Callum wprowadził łącznie 350 zmian, które obejmują wygląd niektórych elementów, jak i materiałów z których zostały wykonane – także tych niewidocznych gołym okiem, ale wpływających na prowadzenie i zachowanie auta. Zawieszenie zostało o 10 mm obniżone i usztywnione, amortyzatory i poduszki wymienione na nowocześniejsze, a rozstaw kół zwiększony o aż 60 mm.

5,9-litrowe, wolnossące V12, które seryjnie osiągało maksymalnie 528 KM zostało wzmocnione do 588 KM. Układ dolotowy wykonano z włókna węglowego, a wydech ze stali nierdzewnej zyskał kolektor o równych długościach rur – to gwarantuje bardziej przejmujące brzmienie silnika. Modyfikacje wymagały podobno przeprowadzenia ok. 32 tys. km testów dynamicznych.

We wnętrzu, poza nowymi skórami, elementami z karbonu, wzorami przeszyć tapicerki i kolorystyką, pojawił się nowoczesny system multimedialny z ekranem dotykowym i CarPlayem. Konsola środkowa zyskała nieco bardziej minimalistyczny, nowoczesny kształt, z mniejszą liczbą przycisków i prostszymi kratkami nawiewu. Na szczycie deski rozdzielczej znalazł się zdejmowany chronograf angielskiej marki Bremont. Specjaliści od szlachetnych czasomierzy upiększyli także zestaw instrumentów za kierownicą: zyskał on grafikę dopasowaną do kształtów w kabinie i akcenty pod kolor mechanicznego zegarka. Kabina jest dwuosobowa, a luksusowa marka Mulberry zaprojektowała specjalny zestaw bagaży pasujących do tylnej części wnętrza i bagażnika.

Z zewnątrz zmiany są stosunkowo dyskretne, ale jednak sprawiające, że Vanquish wygląda nowocześniej. Zamiast okrągłych reflektorów przeciwmgielnych na dole zderzaka są teraz wloty powietrza. Grill jest dwu- a nie jednoczęściowy i wykonany z włókna węglowego. Karbon pojawia się też na wylotach powietrza na masce, błotnikach oraz progach. Z tyłu uwagę zwraca powiększony dyfuzor, który płynnie łączy się z kolorowymi końcówkami wydechu, a także listwą, która obejmuje dolną część zderzaka i tworzy jedną linię z progami. Światła zostały zmienione na LEDowe i mają nieco inny wygląd, niż te stosowane oryginalnie. Wiele z tych elementów wygląda jak z aut koncepcyjnych. Są niezwykle czyste pod względem formy, ale zbyt drogie w produkcji by trafić do seryjnych aut, nawet bardzo ekskluzywnych marek. Tu decydujące słowo miał stylista i jego wizja odbija się też w kosztach...

Wspólnie z firmą R-Reforged Ian Callum planuje w ten sposób przebudować 25 Vanquishów. Cena za sztukę wynosi 450 tys. funtów (ok. 2,17 mln zł) jeśli klient przyprowadzi swoją „bazę” do przeróbki, 100 tys. funtów więcej, jeśli jej nie ma i chce nabyć gotowe auto. Kolorystyka i stylistyka detali jest ustalana indywidualnie. Co ciekawe, ten „restomodowy” projekt cieszy się pełnym poparciem ze strony Astona Martina.