• Dwie tony, dwa cylindry i ponad 100 lat: Stanley Steamer 735D Stefana Mohra i Sabine Lehrich to prawdziwy unikat
  • Stanley Steamer nie nadaje się jako auto do ucieczki po napadzie na bank
  • Obsługa Stanley'a jest tak prosta, że mogą nim jeździć nawet kobiety

Teraz już wiem, co Stefan Mohr miał na myśli mówiąc: Stanley Steamer nie nadaje się jako auto do ucieczki po napadzie na bank. Od pół godziny staramy się przygotować parowe auto z 1919 roku, by można było nim jeździć. Co prawda, spod pojazdu wydobywa się już para i słychać syczenie, ale samochód nie jest jeszcze gotowy do drogi. Ciśnienie pary w kotle jest po prostu zbyt niskie i jeszcze kilkukrotnie we wjeździe do garażu, gdzie auto stoi, pojawia się chmura pary wodnej. Grupka dzieci z przedszkola na taki widok zatrzymuje się i czeka, co będzie dalej – takiego spektaklu maluchy jeszcze nie widziały. Musimy jeszcze przepłukać rury, by usunąć z nich zanieczyszczenia. Inaczej wskaźniki mogą pokazywać zakłamane wartości – objaśnia Mohr podczas robiącego wrażenie przedstawienia, gdy Stanley Steamer 735D po raz kolejny wyrzuca w powietrze chmurę pary.

Tymczasem ja zaczynam już sapać i czuję, że powoli opadają mi siły. Wydaje mi się, że pompuję dźwignią już całą wieczność, by utrzymać właściwą wartość ciśnienia paliwa dochodzącego do dyszy palnika. Inżynier elektryk uśmiecha się delikatnie i mówi: Jeżdżenie autem parowym oznacza pracę, ale też totalne odprężenie. 60-latkowi nie przeszkadza, że zanim uda mu się wyjechać swoim pojazdem na wycieczkę, jego uruchomieniu trzeba poświęcić dwie godziny. Przy Stanley'u czas staje się pojęciem względnym – ostatecznie Mohr zainwestował w renowację klasyka 2,5 tys. godzin.

Dziś już po 45 minutach możemy ruszać. Mohr sprawdza jeszcze raz wskaźniki i kontroluje, czy na pokładzie jest długa dmuchawa. To na wypadek, gdyby przed palnikiem pojawił się płomień, który może być zapowiedzią pożaru – wyjaśnia nasz bohater wskazując ręką na ważny dodatek do auta i usadawia się wygodnie na fotelu pasażera.

Szlachetnie wyglądająca klamka otwiera nie tylko drzwi pojazdu, ale też dostęp do świata z poprzedniego wieku. Wsiadam do obszernego tyłu tego dwutonowego drogowego parowca. Tu wszystko wygląda tak, jak w 1919 roku, gdy Stanley został wyprodukowany. Wiele dekad zostawiło na pojeździe ślady – materiały wykończeniowe 7-miejscowego auta nie są już pierwszej świeżości. Ale to czyni „parowego dinozaura” jeszcze autentyczniejszym. Popielniczka z elektryczną zapalniczką, oświetlenie z przełącznikami, możliwość zasłonienia okien – Streamer oferuje luksusy na poziomie Orient Expressu. Tu aż chce się podróżować i podziwiać krajobrazy za szybami, a niekoniecznie gnać. Po dłuższej wycieczce można nawet wygodnie się tu zdrzemnąć – siedzenia z tyłu można rozłożyć w ten sposób, że tworzą one płaską powierzchnię.

Za dużą, drewnianą kierownicą siada żona Stefana Mohra, Sabina Lehrich. Para jest dobrze dobraną drużyną. On jako palacz dogląda liczne wskaźniki, a ona regularnie steruje mającym 2,15 m wysokości parowym kolosem z drewnianą karoserią i cieniutką aluminiową „skórą”. Obsługa Stanley'a jest tak prosta, że jeździć nim mogą nawet kobiety – cytuje 100-letni slogan reklamowy amerykańskiego Stanley Motor Carriage Company nasz palacz.

Rzeczywiście, sama jazda wydaje się niezbyt skomplikowana – oldtimer nie ma sprzęgła. Jeden pedał to hamulec, drugi służy do zmiany kierunku jazdy. Dźwignia przy kierownicy służy do przyspieszania. Mohr otwiera zawór i para natychmiast trafia do dwóch cylindrów – dwóch ton masy własnej auta nijak nie czuć. 735D w niemalże sportowym stylu opuszcza garaż. Jest tak zwinne niczym pojazd elektryczny. Stanley nie ma skrzyni biegów i dzięki podwójnie działającym tłokom może od razu rozwijać swój cały moment obrotowy.

Samodzielna jazda Stanleyem jest właściwie niemożliwa

Najpierw trochę kluczymy po mieście, by po kilku minutach nasz 20-konny pojazd mógł je w końcu opuścić. Para dostaje się do wnętrza przez podwozie, a każda nierówność nawierzchni jest bezlitośnie przenoszone, mimo, że Stanley ma przecież normalne zawieszenie. Teoretycznie pojazd jest w stanie rozpędzić się maksymalnie do 85 km/h, ale zazwyczaj porusza się z prędkością 30-40 km/h. Znacznie wolniej skręcamy w prawo, w polną drogę. Sabine Lehrich musi teraz dziarsko kręcić kierownicą. Średnica zawracania jest tu jak w miejskim autobusie – przyznaje z uśmiechem na ustach prowadząca pojazd. Jej mąż cały czas bacznie obserwuje ciśnienie w kotle. Regulacja poziomu wody odbywa się automatycznie, ale Stefan Mohr musi ją we właściwym czasie ręcznie dopompowywać do zasobnika. Podczas jazd jego największym zmartwieniem jest zawsze ilość wody w zbiorniku – kocioł może się przepalić nawet w ciągu kilku sekund. Dlatego nasz team co ok. 24 km sięga po ogrodowy wąż i tankuje pojazd na podwórkach zaprzyjaźnionych gospodarzy – gdy się chce, wodę można znaleźć wszędzie.

Niestety, dotyczy to także wzniesień, a tych Steamer wyjątkowo nie lubi i pokonuje je mniej więcej z prędkością piechura – szybciej po prostu się nie da. Palacz Mohr od razu podaje więcej paliwa pod kocioł, by czarnemu parowcowi nie zabrakło mocy przy pokonywaniu niewielkiej górki.

Niewiele zabrakło, by 735D w ogóle nie pojawił się na dzisiejszych ulicach. Powodem były wymogi TÜV-u, których spełnienie w ponad 100-letnim pojeździe było wyjątkowo trudne: wycieraczki, światła postojowe, podświetlony licznik, dodatkowa lampa i kierunkowskazy – nasz inżynier elektryk jeszcze teraz się denerwuje na wspomnienie warunków dopuszczenia do ruchu. Tym bardziej, że później okazało się, że większość tych rzeczy była w ogóle niepotrzebna. Ale Stefan Mohr wykazał się kreatywnością i dla wszystkich wymogów znalazł jakieś rozwiązanie – ze słoiczków po oliwkach i mosiężnych tulejek zrobił jedyne na świecie i niepowtarzalne obudowy do kierunkowskazów. Człowiek ze stacji kontroli pojazdów był zadowolony i dał zielone światło do wyjazdu Steamera na ulice.

Choć wyprodukowany w 1919 roku Stanley z nawiązką spełniał warunki techniczne do poruszania się po drogach z historycznymi tablicami, właściciel nie zdecydował się pójść „na łatwiznę”. Dlaczego? Zwykłe numery rejestracyjne mogą być mniejsze i nie zasłaniają auta. Po prostu lepiej to wygląda – mówi właściciel. Samochód parowy jest więc dopuszczony do ruchu jako pojazd specjalny, tak jak niektóre pojazdy elektryczne. Pod tym względem Steamer jest więc prawie jak Tesla – śmieje się Mohr. Opodatkowanie auta jest wyliczane na podstawie masy pojazdu.

W Niemczech są tylko dwa parowe samochody dopuszczone do ruchu. Dlatego dla mnie Steamer jest nie tylko rodzajem hobby, lecz także wkładem do zachowania historycznego dziedzictwa kulturowego – podkreśla zaangażowany mechanik-amator.

Nic więc dziwnego, że Stefanowi Mohrowi szybko rośnie ciśnienie, gdy tylko wskazówki zegarów jego czarnego 735D opadają – to znak, że trzeba porządnie „dorzucić do pieca”.