W czasach, gdy amerykańskie samochody były wielkie i dużo paliły, ale nadal przeżywały rozkwit, Impala oraz siostrzany model Caprice zjeżdżały w milionach egzemplarzy z taśm produkcyjnych w Detroit i innych zakładach tej marki. Tak zwane pełnoprawne Chevrolety były solidne, niedrogie oraz niezawodne. W latach 70. dwudziestego wieku sam Chevrolet zdobył w Ameryce 25 proc. rynku – to więcej niż obecnie ma cały koncern General Motors.

Mimo tak dużej popularności do dzisiaj przetrwało niewiele Caprice. Zresztą limuzyny i tak nie należą do wersji poszukiwanych przez amerykańskich kolekcjonerów. Większość z nich została zajeżdżona na śmierć. Przecież w dawnym Nowym Jorku pełno było tych modeli w tradycyjnie taksówkarskim żółtym kolorze. Patrole policyjne na amerykańskich highways również chwaliły te samochody, gdy były przez nie wykorzystywane.

Solidna nośna rama, pod maską 8-cylindrowy silnik, z przodu porządny zderzak, a z tyłu sprawdzona oś sztywna – to musiało budzić szacunek.

Typowo amerykańskie pochodzenie poznamy również po frywolnym pokonywaniu zakrętów oraz po tym, że na lukach wyczuwa się podsterowność. Ważniejsze jest jednak to, że tak zestrojone zawieszenie pozwala uzyskać wyjątkowo wysoki komfort jazdy.

Obecnie wśród klasyków szczególnie ceniony jest model pochodzący z 1977 roku. Był to bowiem przełomowy rok, ponieważ USA, zszokowane ograniczeniami w dostawach ropy naftowej, zostały zmuszone do oszczędności i zrezygnowania ze swych dużych limuzyn. Główny projektant GM Bill Mitchell tak wówczas twierdził: Nasze samochody są zbyt paliwożerne, a przez to okazują się nieefektywne i mają za dużo blachy.

Mitchell zapewnił ludziom arcydzieło w postaci Caprice. Eleganckie kanciaste linie nawet po trzydziestu latach wciąż są atrakcyjne. Oczywiście, Caprice nadal było tradycyjnym krążownikiem szos mimo nieco mniejszych rozmiarów. Dumne 5,41 m długości sprawia, że w europejskich garażach oraz na naszych miejscach parkingowych mogą być duże problemy ze zmieszczeniem samochodu.

Amerykanie uważali Caprice za skurczonego Chevroleta, ponieważ było o 30 cm krótsze i o 300 kg lżejsze od swego poprzednika. A przecież we wnętrzu wygospodarowano podobną ilość przestrzeni jak w ustępującym modelu.

Do ekonomicznego sposobu budowania Caprice było jeszcze daleko. Podczas gdy bagażnik jest tak duży, że można w nim nocować, przestrzeni na nogi z tyłu nie ma zbyt wiele z racji niezbyt udanych proporcji karoserii i nieodpowiedniego rozplanowania wnętrza. Tak to prawda, że samochód jest 6-osobowy, ale jedynie na papierze. Kiedy jednak w daleką podróż wybierze się tylko czterech fanów amerykańskich samochodów, będą mieli oni wielką radość z jazdy.

Caprice to ulepszona odmiana Impali, dlatego całe wnętrze jest wykończone pluszem. Wszystko – od podłogi do kierownicy – ma czerwony kolor. Najważniejsze zadanie wnętrza polega na wywołaniu uczucia, że siedzi się w mieszczańskim salonie. Cała Ameryka w latach 70. ubiegłego wieku wyglądała tak samo.

Caprice nie ma przesadnie dużo ozdób na karoserii, ale za to urzeka pluszowymi dywanami we wnętrzu oraz drewnopodobną okleiną. W tym modelu znajdziemy mnóstwo standardowych elementów GM, które wykorzystywano od Chevroleta po Cadillaca, np. poręczne duże klamki. Wystrój jest prosty, obsługa również.

Na miękko tapicerowanych siedzeniach nie tyle się siada, co się w nie wtula. I tak oto cieszysz się luksusem, który w europejskich limuzynach był czymś wyjątkowym, natomiast w amerykańskich nie mogło być inaczej – elektrycznie sterowane szyby, klimatyzacja czy 3-biegowa skrzynia automatyczna. Oprócz czerwonego pluszu wnętrze Chevy nie oczarowuje pod żadnym innym względem. Wskaźniki wyglądają surowo, choć rzeczowo, a nieliczne przyciski i pokrętła zostały logicznie rozmieszczone i są dobrze oznakowane. To typowe auto Little Old Lady from Pasadena – jak śpiewali Beach Boys – która jedzie do sklepu za rogiem.

Kanciasta karoseria zapewnia lepszą widoczność niż niejeden nowoczesny mały samochód. Do tego dzięki wspomaganiu skręcanie nie wymaga prawie żadnego wysiłku. Układ kierowniczy precyzyjnie pracuje, ale trudno mówić o wystarczającym wyczuciu kontaktu kół z nawierzchnią. To typowo amerykański styl poruszania się, który charakteryzuje się łagodnym tłumieniem nierówności i tym uczuciem, jakby auto unosiło się nad drogą. Zamiast tak ważnego obecnie dynamicznego podróżowania zdecydowano się na spokojne, bezstresowe przemieszczanie się.

W tym samochodzie pracuje typowy small block V8 o pojemności 5,7 litra. Silnik produkuje 170 KM przy 3800 obr./min, ale ważniejsze okazuje się to, że potężna dawka momentu dostępna jest już przy niskim poziomie obrotów. Silnik to praktycznie niezniszczalna jednostka, pod warunkiem jednak, że nie jeździ się zbyt długo z pełnym obciążeniem. Trzeba jeszcze pamiętać, że ten small block rzadko zadowala się mniej niż 15 l/100 km. Caprice porusza się wyjątkowo cicho i dopiero gdy zaczynamy w pełni wykorzystywać możliwości widlastej „ósemki”, dociera do nas jej bulgoczący dźwięk. Gdy nie przyspieszamy dynamicznie, trudno będzie usłyszeć tembr jednostki napędowej, ponieważ maska została obficie obita materiałem dźwiękochłonnym.

Niemniej jednak także chłodno kalkulujący kierowcy będą zadowoleni z Caprice. W tej chwili jest dobra okazja na korzystny zakup tego samochodu, by następnie odstawić go i poczekać, aż nabierze wartości. Poza tym nie trzeba się obawiać jakichś okropnych defektów. A to sprawia, że samochód staje się naprawdę przyjazny także w codziennym użytkowaniu.