Zanim to jednak nastąpiło, na horyzoncie pojawiła się jeszcze jedna Hachi Roku. Okazało się bowiem, że pod Łodzią w jednej z szop od 1996 r. wrasta sobie egzemplarz na czarnych rejestracjach, z przebiegiem poniżej 100 tys. km. Ze zdjęć, które dostałem od znajomego, wynikało, że auto jest jest nieco rozebrane, ale wydawało się kompletne. Wrzuciłem post na FB, opisałem, że jest takie znalezisko i odezwał się jego właściciel. Szybko zaczęliśmy pisać na Priv, ale nie był on szczególnie chętny na sprzedaż. To, co udało się ustalić, to fakt, że samochód był kiedyś jego wujka, a gdy ten zmarł, ciocia przekazała go obecnemu właścicielowi.

Temat sprzedaży był jednak mocno trudny, a do tego nie byłem pierwszą osobą, która próbowała kupić ten samochód. Bardzo kręcił mnie za to fakt, że to (również) białe AE86 jest na czarnych rejestracjach, na których z pewnością by zostało (i tak nie można przerejestrować na siebie auta bez badań technicznych, a żeby nie dostać kary wystarczy zgłosić zakup). Pod postem na FB pojawił się jednak jeszcze jeden komentarz.

Mogę sprzedać

Do tego był to komentarz bardzo nietypowy. Michał napisał późnym wieczorem coś w stylu: "Mam takie auto, trzeba zrobić w nim silnik, kupię tłoki, a jak nie, to mogę sprzedać całość". „Mogę sprzedać”!!! To rzadki komunikat w przypadku wrastających po szopach (i rzadziej) podwórkach AE86. Rano pies obudził mnie o 6, spojrzałem w telefon, przeczytałem i szybko ukryłem komentarz Michała. Na szczęście nikt go nie zobaczył. Teraz mogłem działać. Po (bardzo szybkim) spacerze z moim jamnikiem, napisałem do Michała, który jak się okazało mieszka w Norwegii. Sprawnie odpowiedział, że może sprzedać. Auto, które przestało jeździć z powodu awarii silnika jakieś 10 lat temu, 9 z nich przestało w małym, suchym i dość ciepłym garażu podziemnym. Niestety, ostatni rok już nie. Powstał bowiem pomysł, aby je naprawić i trafiło do jednego z wrocławskich warsztatów. Tam nic z nim nie zrobiono! Trzeba było je zobaczyć, ale totalnie nie układało się jechać do Wrocławia, poprosiłem więc kolegę, który jest na miejscu. Pojechał, zobaczył, nagrał vloga i powiedział, że jest nieźle. Przystąpiłem więc do negocjacji.

Jak to jest z tym silnikiem!

Oceniłem nieco w ciemno, że silnik, który przez rok miał zdjętą głowicę i został w aucie stojącym na dworze (przykryty szmatą), nie będzie przedstawiał sobą już zbyt dużej wartości (co okazało się prawdą). Miałem jednak wyobrażenie, że reszta gratów z niego trafiła do ciepłego warsztatu (niestety nie), ale i tak była podstawa do negocjacji ceny. Szybko sprawdziłem, ile kosztują 4AGE z przednionapędowych modeli Toyot, zrobiłem "risercz", czy ciężko jest je przełożyć do wersji RWD. Okazało się, że kompletne silniki można kupić za 3-4 tys. zł. SWAP to mniej więcej kolejne kilka tysięcy (pod warunkiem, że ma się rzeczy niepsujące z FWD do RWD) i tak starałem się zbić cenę. Z Michałem spotkaliśmy się mniej więcej w połowie jego wyobrażeń o tym w jakim stanie jest auto, którego nie widział od lat, a moimi zdolnościami finansowymi – cenę zbiłem o cztery tysiące złotych. Ale z autem kupiłem też całą piwnicę części!

Trochę trzeba odzyskać

Pierwsza wizyta we Wrocławiu była więc związana z zabraniem tychże części. Pojechałem z kolegą, starym Scenikiem. Wyjęliśmy tylne fotele, a i tak sporo z części nie zmieściła się do Renaulta. Deska rozdzielcza, sportowe kubły, dwie skrzynie biegów (jedna do Supry Mk 2, druga do AE), lampy, szyby, kolektory, półosie - czego tam nie było. Prawie wszystko trafiło do piwnicy i będzie służyło jako zapas, ale kilka części udało się sprzedać. Jako pierwsza poszła skrzynia biegów z Supry. Tak się dobrze złożyło, że kolega ze Śląska robi swap w Toyocie Chaser – silnik GTE i manualna skrzynia biegów. Silnik już miał, a skrzyni nie. Sprzedałem mu ją za tysiąc złotych, który oczywiście poszedł na AE86. Skrzynia wymaga remontu, ale np. łożyska są dostępne, jest więc sporo szansa, że dla nas obu był to dobry deal. Podobną cenę udało się uzyskać za fotele kubełkowe. Odezwał się do mnie także właściciel KE70, który wstawia do niej 4AGE z wersji przednionapędowej. Szukał po całej Europie dzwona skrzyni biegów, ale ceny nieco go przerosły. Sprzedałem mu dzwon za 700 zł a przy okazji dołożyłem jeden z moich trzech kolektorów z wersji RWD.

Łącznie udało się więc, sprzedając tylko kilka niepotrzebnych rzeczy, odzyskać 2900 zł. Pewnie można by dużo więcej, ale resztę części zostawiam już sobie na zapas (no chyba, że ktoś szuka deski rozdzielczej).

Jade po AE

Graty w większości odebrałem, trzeba więc było pojechać po AE86 i przy okazji po raz pierwszy zobaczyć ją z bliska. Wynająłem lawetę za 350 zł (plus paliwo; w lutym było jeszcze dość tanie, cała podróż nie kosztowała więc więcej niż 1000 zł). We Wrocławiu okazało się co prawda, że Hachi ma zastane hamulce, ale udało się ją wyrwać z placu warsztatu przy pomocy Subaru Forestera. Koniec gnicia.

Zapakowałem furę na lawetę, podpisałem umowę sprzedaży i pojechałem po resztę gratów. Było ich tak dużo, że szczelnie wypełniły bagażnik auta i dużą część kabiny. Przy okazji okazało się, że (już) moje AE86 ma podłogę bagażnika, co nie jest normą, bo Corolle GT najbardziej gniją właśnie w tylnej części podwozia. Pobieżne obejrzenie auta, zarówno na zewnątrz, jak i nieco pod spodem, sprawiło, że w mojej duszy pojawił się optymizm. Biała AE86 nie jest mocno zgnita. Być może za krótko stała na dworze, może zaś pomógł fakt, że ma na sobie bardzo dużo warstw lakieru i z całą pewnością będzie musiała być w przyszłości ponownie lakierowana.

Zamiast pod dom, zawiozłem ją od razu do warsztatu Fancymotorsport, gdzie jego współwłaściciel Dawid zobowiązał się postawić gruza na koła, a dokładnie sprawić, żeby bezpiecznie mógł ruszyć, przede wszystkim na przegląd (nie ma go do 2010 r.). Tam Dawid wstępnie ocenił stan auta i zaczęliśmy szukać do niego części, ale o tym napiszę już następnym razem.