Latem tego roku odwiedziliśmy giełdę w Słomczynie pod Grójcem. Na własne oczy przekonaliśmy się, że handel samochodami w zasadzie już tam zamiera, więc teraz, gdy chcemy pozbyć się pięknego Opla Astry II 1.7 CDTI z 2005 r., postanowiliśmy zajrzeć na warszawski Żerań. To giełda o wieloletniej tradycji, mamy tam bliżej niż do Słomczyna, a poza tym Żerań podobno właśnie przeżywa (kolejny?) renesans.

Ci z was, którym zdarzyło się kiedyś w niedzielny poranek jechać przez Warszawę ul. Jagiellońską i/lub Modlińską na północ, znają ten widok doskonale: wzdłuż trasy, mniej więcej co kilometr, stoją grupki mężczyzn w sportowych ubraniach. Gdy herszt takiej grupy zobaczy nadjeżdżające auto, zaczyna energicznie machać rękami, zupełnie jakby chciał złapać okazję. I rzeczywiście, panowie polują na okazje, tyle że cenowe.

Młodzi mężczyźni są bowiem handlarzami, którzy wyłapują auta jadące na Żerań i proponują ich właścicielom układ: dają co prawda tylko 50-70 proc. ceny rynkowej danego samochodu, ale za to tu, na miejscu, natychmiast. Z ciekawości przystajemy przy kilku grupach, ale odpowiedź na pytanie „po ile ta Astra się ceni?” nie wywołuje wśród handlarzy entuzjazmu. Chcemy 7400 zł – mówimy zdecydowanie – i na pewno nie mniej. Aaaaa, nie, to dziękujemy – chórem odpowiadają biznesmeni. Damy 5000 zł, no 5500 zł, jak dobrze jeździ. Ta oferta też nas jednak nie satysfakcjonuje i jedziemy dalej.

Po drodze zbaczamy na stację paliw przy Modlińskiej, bo chcemy jeszcze szybko odkurzyć auto. Gdy z drobnymi i ciepłą kawą w ręku wychodzimy ze stacyjnego budynku, przy naszej Astrze stoi starszy pan z psem na smyczy i z uwagą czyta kartkę przymocowaną do szyby. O, już miałem do was dzwonić – cieszy się na nasz widok – jaka to wersja? Diesel? A nie... Zięć szuka takiej, ale w benzynie. Czyli na razie nie jest źle, bo nie dotarliśmy jeszcze na giełdę, a już odbyliśmy kilka negocjacji handlowych. Pokrzepieni myślą o tym, że biały Opel rozpala kupujących, ruszamy ostatecznie w kierunku Żerania.

Skręcamy w Płochocińską, gdzie na poboczu czyhają kolejni handlarze, ale zaczyna się już robić późno, więc się przy nich nie zatrzymujemy, O godzinie ósmej z minutami meldujemy się na giełdzie, uiszczamy placowe (39 zł) i szukamy dogodnego miejsca do wystawienia naszej „perełki”. Szybko się jednak okazuje, że większość sprzedających wstała ciut wcześniej od nas, więc musimy na razie zadowolić się miejscem nieco na uboczu. Na szczęście akurat w tę listopadową niedzielę nie brakuje ani oglądających, ani aut – na oko jest ich co najmniej 150, nie wliczamy w to cwaniaków sprzedających auta pod płotem giełdy, ale od strony ulicy, gdzie można zaoszczędzić 39 zł.

Obok naszej Astry szybko pojawiają się pierwsi chętni. Niestety, miny prędko nam rzedną, bo już po chwili okazuje się, że to handlarze. Nie żebyśmy mieli coś przeciwko nim, rzecz w tym, że kwoty przez nich proponowane są co najmniej o 2000 zł za niskie w stosunku do naszych oczekiwań (na kartce wpisaliśmy 7900 zł, ale jesteśmy gotowi wziąć 7400 zł; to i tak kwota poniżej średniej rynkowej). Jeden z potencjalnych nabywców twierdzi co prawda, że nie jest handlarzem i za godzinę wróci z żoną, ale w końcu pan się jednak nie zjawia.

Aby dobrze wykorzystać czas, dzielimy się na drużyny: jeden z nas zostaje przy aucie, drugi idzie zrobić rozeznanie na placu. I faktycznie, wybór ofert jest trochę większy niż w Słomczynie, ale dobrych aut, tak jak i tam, tu też jak na lekarstwo. Co ciekawsze oferty przedstawiamy w galerii, w tym miejscu nadmienimy jedynie, że ogromnym wzięciem cieszyło się srebrne Audi A4 B5 1.9 TDI. Auto miało uszkodzony przód, a podczas hamowania i pokonywania zakrętów (co najmniej dwóch chętnych namówiło sprzedawcę na jazdę próbną) skrzeczało jak stary tapczan. Nie minęła godzina, a pojazd zmienił właściciela za 5000 zł.

Obok nas ustawił się sympatyczny mieszkaniec Pruszkowa próbujący sprzedać BMW 525i Touring z 1999 r. Cena wywoławcza – 13 400 zł – wyraźnie poruszyła kupujących. Panie, pan się chyba na rynku nie orientujesz – kpią handlarze. Nam z kolei zwracają uwagę na zbyt świeżo wyglądającą kierownicę w Oplu. Co, kierowniczka wymieniona? – retorycznie pyta jeden z nich.

W międzyczasie pojawia się jeden z eleganckich panów, z którymi rozmawialiśmy na Modlińskiej i zamiast 5500 zł oferuje już 6500 zł (!). Po chwili następuje decydujące uderzenie: tłum wokół Astry gęstnieje, jeden z gapiów pokrzykuje, że 6500 zł to świetna oferta i że gdyby on był sprzedawcą, to by się nie zastanawiał ani przez pół sekundy. Cóż, ktoś bardziej podatny na handlarskie sztuczki może i by się na to złapał, my jednak mamy wrażenie, że osoba zachęcająca nas do sprzedaży nie znalazła się tu przypadkiem. To znajomy handlarza proponującego 6500 zł. Niemniej jednak robimy jazdę próbną, ale panowie za nic nie chcą podnieść ceny, więc i my zostajemy niewzruszeni.

Reasumując: Opel został u nas, ale jeśli zależy wam na szybkiej sprzedaży, możecie spróbować.