Zakup samochodu – czy nowego, czy używanego – z reguły wiąże się z emocjami. Czasem mniejszymi, czasem większymi, ale zawsze z jakimiś. Niestety, emocje nie sprzyjają kupującym, lecz przede wszystkim... sprzedającym. Czy może być lepsza okazja do wciśnięcia tzw. kitu niż moment, kiedy rozentuzjazmowany klient, zamiast dokładnie zbadać stan auta, rozpływa się nad pięknymi alufelgami lub atrakcyjnym wyposażeniem dodatkowym (tzw. full wypas)?

No właśnie. Jest jednak i dobra wiadomość: istnieją sposoby na obronienie się przed nieuczciwymi sprzedającymi. Przede wszystkim trzeba zachować jak największy spokój, choć dobrze wiemy, że nie zawsze będzie to łatwe. Poza tym warto też wiedzieć, do jakich sztuczek uciekają się sprzedający – są one czasem tak perfidne, że nawet trzeźwy umysł i zimna krew mogą nam nie wystarczyć.

Prezentujemy osiem najczęściej stosowanych nieczystych zagrań i podpowiadamy, jak się przed nimi bronić. Nieuczciwi sprzedawcy potrafią już przez telefon celowo wprowadzić nas w błąd, bylebyśmy tylko przyjechali i obejrzeli oferowany przez nich samochód. Sprzedający zakłada, że „igiełka”, po którą przyjechaliśmy, może nie przypaść nam do gustu, dlatego zawsze ma w zanadrzu plan awaryjny.

Wtedy z reguły dowiadujemy się, że handlarz akurat przygotował niezwykle atrakcyjną ofertę na inny samochód, a jeśli będziemy upierać się przy pierwotnym wyborze, to usłyszymy, że auto faktycznie jest w stanie idealnym... ale jak na swój wiek.

Kręcenie liczników: 200 tys. km? Nie, dziękuję! Cofanie stanu licznika, czy – jak to niektórzy eufemistycznie określają – korekta jego wskazań, to jedna z najstarszych i niestety bardzo często stosowanych sztuczek. Część winy za taki stan rzeczy ponoszą również... kupujący. Panuje bowiem dziwna awersja do samochodów z przebiegiem przekraczającym 200 tys. km. Tym sposobem nawet 10-letnie diesle przywiezione z Zachodu mają na liczniku między 150 a 180 tys. km – auta z większym przebiegiem po prostu się nie sprzedają. Tymczasem zadbany egzemplarz, nawet po przejechaniu kilkuset tys. km, będzie sprawował się lepiej niż odpicowany powypadkowy „trup” z cofniętym licznikiem.

Picowanie: złom, czyli „igła” -Czysty lakier oraz ładnie pachnące i zadbane wnętrze mogą sprawić, że nawet stary „trup” odmłodnieje o kilka lat! Podczas oględzin warto nie tylko skontrolować zużycie kierownicy i gałki zmiany biegów (te elementy handlarz zawsze mógł wymienić), lecz także zajrzeć pod dywaniki i wykła-dzinę kufra. Jeśli auto było zalane, tam najłatwiej odnajdziemy ślady wilgoci (trudno je zamaskować).

Naprawy blacharskie: uwaga na „szpachlowozy” Podstawowym narzędziem osoby wybierającej się na oględziny samochodu używanego powinien być miernik lakieru – choćby najprostszy. Przypominamy: grubość powłoki na elementach pomalowanych w fabryce nie powinna z reguły przekraczać 130-140 mikrometrów. Wynik powyżej tej wartości oznacza naprawę, a 400-500 i więcej mikrometrów – szpachlowanie. „Nie mam pojęcia, czemu lakier jest tak gruby. Może dziadek w Niemczech robił poprawki bezbarwnym?”.

Co gorsza, w większości przypadków auta szykowane na sprzedaż naprawia się bez należytej staranności, byleby jakoś wyglądały. Uwaga – pomiar lakieru nie zawsze się sprawdza. Możemy trafić na element (a nawet tzw. ćwiartkę) „przeszczepiony” (wspawany) z innego pojazdu. Czasem w ogłoszeniach pojawiają się swoiste hybrydy, mające np. przednią część nadwozia z modelu przedliftingowego, a tylną – z auta... po modernizacji!

Umowa „na Niemca”: uwaga, to niebezpieczne! Dość powszechnie stosowana metoda sprowadzania samochodów z Zachodu polega na tym, że handlarz, kupując auto od poprzedniego właściciela, nie podpisuje z nim umowy.Co to oznacza? Cóż, dla handlarza – znaczne obniżenie kosztów i brak ewentualnej odpowiedzialności za ukryte wady danego pojazdu.

W przypadku kupujących natomiast taka metoda wiąże się niestety z bardzo dużym ryzykiem. Po pierwsze, nie mają żadnej możliwości dochodzenia swoich praw, bo tak naprawdę brak osoby, do której można by się zwrócić. Po drugie, mało kto jest w stanie jednoznacznie stwierdzić pochodzenie danego pojazdu – może być kradziony! Po trzecie, jeśli pojawią się jakiekolwiek rozbieżności w papierach, trudno będzie je wyjaśnić, a co za tym idzie – zarejestrować samochód.

Stały numer: żona tylko woziła dzieci do szkoły. Zawodowi handlarze mają zawsze w zanadrzu kilka powiedzonek, którymi w razie potrzeby próbują rozwiać wątpliwości kupujących. Mały przebieg danego samochodu bierze się np. stąd, że „auto sprowadziłem dla żony, która tylko woziła dzieci do szkoły. Teraz sprzedaję.” „Świeci się kontrolka airbagu? No tak, zawsze mogłem ją odłączyć.

Ale jestem uczciwy.” „Przywiozłem auto w takim stanie, jak widać, i nic przy nim nie robiłem, a warstwa lakieru jest gruba, bo może ktoś odświeżał auto bezbarwnym?” Nie dajmy się też złapać na „pierwszego właściciela”, gdyż w przypadku pojazdów sprowadzonych z Zachodu zbyt często oznacza to pierwszego właściciela... w Polsce. O tym, ilu ich w sumie było naprawdę, dowiemy się dopiero na miejscu, podczas oględzin auta. Ciekawe jest też to, że niemal każdy pojazd wystawiony w Polsce na sprzedaż był garażowany, a na dodatek regularnie i z reguły do końca serwisowany w ASO. Nie mówiąc już o bezwypadkowości...

Rozbieżności w opisie: lakier, rodzaj napędu... Zupełnie przypadkowe pomyłki i przejęzyczenia podczas rozmowy telefonicznej, takie jak np. błędne podanie koloru nadwozia (!), wersji silnikowej (inna moc, a w skrajnych przypadkach nawet inny rodzaj paliwa, np. benzyna zamiast diesla), mają na celu sprawienie, abyśmy dane auto obejrzeli na żywo.

Drobne usterki: „klima” do nabicia, LPG do regulacji... Klimatyzacja nie działa? „Wystarczy ją tylko nabić. Nie robiłem tego, bo sprzedaję samochód i zupełnie mi się to nie opłacało.” W 99 proc. przypadków okazuje się potem, że owszem, układ trzeba było nabić, ale przyczyną takiego stanu rzeczy jest np. uszkodzona sprężarka, a nie łatwa do usunięcia nieszczelność. To samo dotyczy większości innych „niewielkich” i mało znaczących awarii (np. wadliwych czujników elektrycznych, falujących obrotów biegu jałowego): jeśli ich naprawa będzie tak prosta, jak deklaruje sprzedający, to zaproponujmy, że kupimy auto dopiero wtedy, kiedy sam doprowadzi je do porządku.

Książki serwisowe, czyli zrób to sam. Chcecie kupić 10-letniego diesla z niewysokim przebiegiem, potwierdzonym książką serwisową? Żaden problem, handlarz wyjdzie naprzeciw waszym oczekiwaniom! Najpierw cofnie licznik, a potem potwierdzi jego stan własnoręcznie spreparowaną książką. Znajdziemy w niej stempelki z zagranicznych ASO i podpisy tamtejszych mechaników – wszystko jak trzeba.

Na szczęście książki serwisowe bywają niekiedy podrabiane tak nieudolnie, że pozna się na nich nawet dziecko. Identyczne stempelki, ten sam charakter pisma, podobny odcień długopisu – to wszystko powinno spowodować, że zapali się u nas tzw. lampka ostrzegawcza. Gorzej, jeśli ktoś starannie przyłożył się do roboty i ponadto wydrukował specjalną naklejkę uwierzytelniającą – wtedy rozpoznanie podróbki może okazać się praktycznie niemożliwe.

PODSUMOWANIE - Na początek zastrzeżenie: nie wszyscy handlarze są nieuczciwi, nie każdy ucieka się do opisanych wyżej sztuczek. Niestety, oszustów jest na tyle dużo, że możemy mówić o problemie – i to na niemałą skalę. Jak nie dać się zrobić w balona? Cóż, podczas oględzin przede wszystkim trzeba zachować wystarczająco zimną krew, by można było wyłapać wszystkie nieczyste zagrania sprzedającego. Zła wiadomość jest taka, że osobom nieposiadającym zbyt dużego doświadczenia w dziedzinie motoryzacji może niestety przysporzyć to pewnych trudności.