• Stan wraku nie jest ważny – liczy się to, jakie są do niego papiery
  • Dokumenty i numery identyfikacyjne zniszczonych ale niewyrejestrowanych aut mogą być wykorzystywane do "legalizowania" pojazdów kradzionych czy sprowadzanych bez uiszczenia wymaganych opłat
  • Zakup samochodu po "przeszczepie" oznacza problemy – nawet jeśli nastąpił w dobrej wierze i służbom nie uda się udowodnić, że np. auto pochodzi z kradzieży, to i tak na długie lata trafi ono na policyjny parking i na zawsze straci prawo rejestracji
  • Więcej takich tekstów znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

Choć sprawa jest poważna, to takie ogłoszenia często stają się obiektem żartów na internetowych forach czy w mediach społecznościowych. "Sprzedam kampera po pożarze. Auto posiada niemiecką dokumentacje oraz komplet kluczy. Rocznik 2018" – żeby jednak dostrzec na zdjęciach kampera, trzeba mieć dużo wyobraźni. Z pogorzeliska wystają felgi, szczątki ramy i nadtopiony nieco bagażnik rowerowy. Na skupie złomu za takie resztki dostać można najwyżej kilkaset złotych, a i to niekoniecznie, bo odzyskanie jakichkolwiek wartościowych elementów jest zbyt pracochłonne, żeby komuś chciało się to robić. Cena w ogłoszeniu? 26 500 zł! Na forach pojawiają się zgryźliwe komentarze "kampery to jednak trzymają cenę", "Andrzeju, to się zatenteguje i będzie jak nowe". Oczywiście, są i tacy, którzy kwestionują zdrowie psychiczne sprzedającego oczekującego aż tak wysokiej ceny za (pozornie) bezwartościowe pozostałości.

Kolejne podobne ogłoszenie: "VW T 6.1 California 2021r!!! Fabrycznie nowy!!! Po pożarze!" Cena? 30 500 zł – mnóstwo kasy jak na wypalony wrak, ale przecież niespalony egzemplarz w salonie kosztuje ponad 10 razy więcej. Okazja? Ktoś to spróbuje odbudować? Takich anonsów na polskich portalach aukcyjnych i ogłoszeniowych można znaleźć setki, wystarczy wpisać hasła "karoseria z dokumentami", "rama z dokumentami" albo "wrak zarejestrowany" – w wynikach można przebierać. Rynek jest olbrzymi!

Może być spalony, byle miał papiery

Ceny pozostałości aut po potężnych "dzwonach", pożarach czy zatopieniach w zasadzie nie zależą od ich stanu – na wycenę takich resztek wpływ mają zupełnie inne kwestie: wartość danego auta w dobrym stanie, komplet dokumentów pozwalających na rejestrację, oraz to, czy szkody były zgłaszane ubezpieczycielowi. Pozostałości chodliwych, w miarę nowych aut jest zarejestrowane w Polsce, albo przynajmniej takich, które mają komplet dokumentów pozwalających je "importować" do Polski, najlepiej o trudnej do sprawdzenia historii szkód zgłaszanych do ubezpieczycieli warte są zwykle co najmniej kilkanaście i więcej procent ceny auta w dobrym stanie – nawet jeśli "wrak" to tylko nadpalona ćwiartka z polem numerowym, komplet dokumentów i kluczyki.

Sprzedaż mocno rozbitych aut jest w Polsce w zasadzie legalna – no chyba, że zostanie podciągnięta pod nielegalny obrót odpadami. Co innego ich późniejsze wykorzystanie!

Do czego może przydać się wrak?

Cytat z zamkniętej internetowej grupy: "Pojechaliśmy oglądać trzyletnią Mazdę. Stojąc pod bramą u handlarza kolega wykupił przez komórkę raport o pojeździe na podstawie numeru VIN. Do raportu dołączona była dokumentacja zdjęciowa z widocznym numerem nadwozia i tablicami rejestracyjnymi, więc to na pewno ten samochód. Na zdjęciach był po dachowaniu, miał rozbity przód, tył, wycięte chyba przez strażaków drzwi. Wartość szkód z protokołu: 30 tys. Euro. Wiadomo, że nie kupimy, ale skoro już byliśmy na miejscu, chcieliśmy zobaczyć, jak samochód wygląda na żywo. Nie uwierzcie co potrafi zrobić polski blacharz! Lakier jak z fabryki, tylko na dwóch elementach były ślady napraw, grubość lakieru na dachu i na słupkach w normie, bez szpachli. Wnętrze kompletne, airbagi są, po prostu nówka. Gdyby nie raport, dalibyśmy się nabrać".

Dzieło blacharza-lakiernika-artysty? Raczej blacharza-transplantologa! Wrak, a w zasadzie dołączone do niego dokumenty, zostały wykorzystane do "zalegalizowania" skradzionego samochodu, czyli do wykonania tzw. przeszczepu. Jeśli z wraku pozostało tyle, że da się z niego wyciąć pole numerowe (w zależności od modelu może się ono znajdować na fragmencie podłogi, we wnęce drzwi, na podłużnicy, kielichu zawieszenia, ramie lub na ścianie grodziowej), to element ten jest wycinany, a następnie "artystycznie" wspawywany w miejsce oryginalnego VIN-u kradzionego lub nieoclonego auta. Jeżeli numery się nie zachowały, to sprawa robi się bardziej skomplikowana – oszust musi nabić własne numery, ale to też nie takie trudne, bo są "specjalistyczne" sklepy internetowe, które obok np. łamaków do zamków oferują też numeratory o kroju czcionki dobranym do konkretnej marki i modelu auta, a nawet zestawy do wybijania znaków producenta (np. gwiazdek, logo itp.)

"Przeszczep numeru VIN" – oszustwo (nie)doskonałe

Przy bliższych oględzinach mogłoby się okazać, że np. numer silnika jest nieczytelny, albo nie zgadza się z tym, jaki według baz danych producenta powinien znajdować się w aucie, albo że w kilku miejscach brakuje naklejek z fabrycznym VIN-em. A co z tabliczkami znamionowymi, które często są w takich miejscach, że przy poważnych wypadkach czy pożarach niewiele z nich zostaje? To też żaden problem – na tych samych portalach aukcyjnych swoje usługi oferują też firmy, które potrafią wykonać na zamówienie niemal idealne repliki oryginalnych tabliczek – wystarczy podać dane, które mają się na tabliczce znaleźć. Koszt usługi: od kilkudziesięciu do kilkuset złotych. Oczywiście, oferujący takie usługi doskonale wiedzą, do czego takie tabliczki mogą zostać użyte, więc często na zdjęciach ilustrujących ofertę pojawiają się dopiski "tabliczka zastępcza" (których na zamawianych tabliczkach nie ma), a w treści ogłoszenia znajdują się dopiski typu: "Produkt wytwarzany na podstawie danych przesłanych przez zamawiającego. Zamawiający bierze odpowiedzialność za zakupiony towar i sposób jego wykorzystania w myśl artykułu kodeksu karnego. Kodeks Karny Art. 306. Kto usuwa i podrabia lub przerabia znaki identyfikacyjne, datę produkcji lub datę przydatności towaru lub urządzenia, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3." Wszystko jasne?

Problem nie dotyczy tylko samochodów osobowych – w sieci znaleźć można mnóstwo ogłoszeń sprzedaży uszkodzonych ram ciężarówek, oczywiście "zarejestrowanych, z kompletem dokumentów" – prostowanie jest zbyt trudne, a czasem wręcz niemożliwe, co innego znalezienie "dawcy" bez papierów. Podobnie jest z motocyklami – rynek powypadkowych ram, których jedyną wartością są numery i pasujące do nich dokumenty, jest całkiem spory.

Motocykle z czasów PRL-u: oddzielnie maszyna, oddzielnie papiery

Osobną kategorię w ogłoszeniach stanowią np. jednoślady z czasów PRL-u i dokumenty do nich. Dawniej motocykl można było czasowo wyrejestrować, nie pozbywając się go. Nie trzeba było wtedy płacić ubezpieczenia ani podatku drogowego, więc w czasach, kiedy np. jazda WSK-ą czy starym „komarkiem” traktowana była jako powód do wstydu, maszyny jako niemal bezwartościowe trafiały do stodół i garaży, a papiery z adnotacją o wyrejestrowaniu lądowały w czeluściach szuflad lub były po prostu gubione. Teraz, kiedy wróciła moda na jednoślady z czasów PRL-u w ogłoszeniach pojawiają się albo pojazdy bez papierów, albo papiery bez pojazdów – znalezienie kompletu graniczy z cudem.

Przyczepa typu SAM - papiery na wagę złota?

Dawniej bardzo popularną kategorią pojazdów były przyczepki typu "SAM", czyli wykonane metodami gospodarczymi. Wystarczyło, że taka przyczepka-samoróbka przeszła rozszerzony przegląd, miała nabite numery i tabliczkę znamionową, i można ją było zarejestrować. Od lat tak to już jednak nie działa – teraz wszelkie pojazdy, również te własnej roboty, przed zarejestrowaniem muszą przechodzić skomplikowane i drogie badania, do których wykonywania upoważnione są tylko nieliczne placówki badawcze. Zarejestrowane dawniej "SAM-y" mogą jednak nadal być używane. To dlatego miłośnicy "samoróbek" poszukują starych, zarejestrowanych przyczep lub choćby samych dokumentów do nich – można przy ich pomocy "zalegalizować" niemal dowolny pojazd, który przynajmniej z grubsza przypomina ten, na który wystawiono dokumenty.

Co grozi za wykonanie "przeszczepu"?

O ile sprzedawcy pozostałości aut działają na granicy prawa i nie muszą przesadnie bać się tego, że ktoś pociągnie ich za to do odpowiedzialności, to już nabywcy takich resztek, którzy chcą wykorzystać dokumenty do zalegalizowania np. aut niewiadomego pochodzenia ( np. kradzionych, bez opłaconej akcyzy) ryzykują poważnymi zarzutami karnymi: od sankcji za podrabianie lub przerabianie znaków identyfikacyjnych, przez fałszowanie dokumentów, wyłudzenie poświadczenia nieprawdy, przez paserstwo, przestępstwa akcyzowe, aż po zarzuty za oszustwo – prokurator przygotowujący akt oskarżenia naprawdę może się tu wykazać! Z poważnymi problemami muszą się też liczyć ci, którzy nieświadomie kupią auto "po przeszczepie" – najczęściej nie udaje się wtedy dojść do sprawców, którzy przebili numery i sfałszowali dokumenty. Taki pojazd z reguły można spisać na straty!