Po 3,5 godziny jazdy jesteśmy na miejscu. Auto stoi w trawie pod płotem. Hm... takie ładne jak na zdjęciach to ono nie jest. Przed przyjściem właściciela wyciągamy miernik grubości lakieru. Tył robiony z obu stron. Na prawym tylnym błotniku kończy nam się skala miernika i to jest pierwszy poważny zgrzyt. Nieco cieńszą, ale też nieoryginalną powłokę rejestrujemy w przedniej części auta.

Ułamany kawałek plastikowego podszybia każe się zastanowić: co tu się działo? Oglądamy jeszcze tablice rejestracyjne (niemieckie), z których ktoś zdarł naklejki z ważnością przeglądu technicznego. Wzywamy sprzedawcę.

Sympatyczny pan wręcza nam kluczyki, wchodzimy do wnętrza, otwieramy maskę. Ze skórzanej kierownicy zeszła już wierzchnia warstwa, podobnie wygląda lewarek zmiany biegów. 189 tys. km? Mało realne – ale przecież to tylko Golf IV, większość 10-letnich egzemplarzy wygląda marnie, a cena niewygórowana. Wnętrze bardzo smutne, zakurzone, wyeksploatowane.

Pod maską natomiast widać czyste plastiki. Niestety, okazuje się, że silnik ktoś umył żrącą substancją. Wszelkie metalowe elementy, w tym cybanty i śruby, z zewnątrz są utlenione. Widać korozję. Pytamy handlarza, czy auto naprawdę jest bezwypadkowe. „3 tygodnie temu przyjechało na lawecie. Nic się nie działo”. A wcześniej? Handlarz tłumaczy, że nie wie.

A czy sprawdzał? No tak, nic nie zauważył. Wyjeżdżamy na jazdę próbną. Właściciel chce sam prowadzić, bo auto nie ma OC, nie ma właściwie żadnych papierów, a tablice rejestracyjne są pożyczone z innego samochodu i też nieważne. Książka serwisowa? No tak, jest, ostatni wpis z 2009 lub 2010 roku – ok. 170 tys. km, można wierzyć na słowo. Jak dojechać do domu tym autem? Hm, mają lawetę, mogą podwieźć go w dowolne miejsce za cenę paliwa.

Umowa? (o to już dopytujemy przez telefon). Jest umowa z facetem z Niemiec, in blanco, trzeba tylko wstawić nazwisko kupującego i datę. Potem urząd albo agencja celna – i rejestracja załatwiona. „Wszyscy tak robią. Pan jeździ po komisach, to pan wie. 90 proc. samochodów tak się sprzedaje”. Kolejny telefon: „Pójdzie za 13 tysięcy?”.

Raczej nie, bo sprzedawca wylicza, że na takim aucie samych kosztów jest 12,5 tysiąca zł. Ostatecznie może pójść za 13,5 tys. zł. To by było satysfakcjonujące – 1000 zł zysku dla handlarzy. Okazuje się też, że można za 60 zł wykupić ubezpieczenie krótkoterminowe i pojechać do domu na kołach.

A że tablice nie od tego auta? Nie szkodzi – wpisuje się numer nadwozia do polisy i jedzie się, nikt się do tego nie przyczepi. Ale tak, żeby właściciel zarejestrował na siebie samochód, nawet za dodatkową opłatą, to się nie da zrobić. „Bo podatki, urząd skarbowy od razu na mnie wsiądzie. Nawet firmy nie mamy – nie opłaca się, szczery jestem”.

Jakby kogoś interesował szary Golf kombi serwisowany w ASO do 2006 r. (miał wówczas 143 tys. km przebiegu – sprawdziliśmy, teraz wygląda na dwa razy więcej), po lekkim dzwonie z przodu i nieco większym z tyłu, z lewymi tablicami, ale za jedyne 13,5 tys., to pewnie wciąż stoi taki w Gutowie Małym (2 km od Wrześni pod Poznaniem) przy ulicy Jarzębinowej, pod betonowym płotem. My się wstrzymaliśmy, będziemy szukać dalej.