• Komis obiecuje nową jakość, tymczasem...
  • Samochodu nie opłacało się już reanimować w Szwajcarii, więc przyjechał do nas
  • Przebieg zapewne jest autentyczny – to duży plus

Byłby to kolejny zwykły dzień w redakcji. Ot, rutynowe sprawy do załatwienia, przy okazji – w celach służbowych, ma się rozumieć! – rzut oka na portale ogłoszeniowe. I, nagle, jest: promyk nadziei w zalewie identycznych zdjęć i opisów, stworzonych tylko po to, by ściągnąć potencjalnego klienta na plac, a potem wcisnąć mu „trupa” w cenie porządnego samochodu. Oto bowiem trafiamy na komis, w którym (i tu cytat) "nikt nie opowiada bajek starając się przekazać Państwu to co istotne i zgodne z prawdą tak by auto które oferujemy spełniło Państwa oczekiwania. Naszym wyzwaniem jest wprowadzenie nowych standardów w handlu!!!" (pisownia oryginalna – przyp. aut.). Można powiedzieć – wreszcie. Długo czekaliśmy na to, by ktoś w końcu rzucił wyzwanie nierzetelnym handlarzom i stworzył prawdziwie komfortowe, uczciwe warunki zakupu samochodu używanego. 

Pozytywnie podnieceni przeglądamy więc ofertę, bo ładnych aut w tym komisie jest tak dużo, że przez dobre parę minut dochodzimy do siebie – nie wiadomo na czym się skupić. Ale oto jest: srebrny Volkswagen Golf VI kombi (deklarowany rok produkcji: 2011) z silnikiem 1.4 TSI i przebiegiem – jak się miało okazać – nieco ponad 191 tys. km (w ogłoszeniu podano 185 tys. km, ot taki drobny błąd). Cena to w sumie dość atrakcyjne 25 900 zł. Czyli idealne auto na dzisiejsze czasy: raczej przystępne cenowo, do tego nieźle wyposażone, pakowne i – co najważniejsze – z silnikiem benzynowym. I to nie byle jakim, bo – wedle zapewnień komisu – 1.4 TSI to dynamiczny i niezawodny silnik (...). 

A co ja będę sobie pamięć zaśmiecał!

Szybko bierzemy do ręki telefon, bo jeśli się nie pospieszymy, to ktoś na pewno zdąży nas uprzedzić. „Tak, Golfik jest dostępny. Nie, nie mam do niego żadnej historii serwisowej ani rachunków, nie wiem, czy łańcuch był robiony. Proszę pana, ja tu mam setki aut, nie mogę wszystkiego pamiętać!”. W sumie racja, każdy ma ograniczoną pojemność pamięci podręcznej, ale w naszych sercach kiełkuje właśnie pierwsza mała wątpliwość. Takie teksty to już słyszeliśmy nieraz, i nawet nie dwa razy. Ale nie ma się co zrażać, pierwsze koty za płoty. Wszakże zgodnie z deklaracjami nikt nam bajek nie opowiada, a wszystkiego przy tak dużej liczbie oferowanych samochodów spamiętać się po prostu nie da! 

Pytamy jeszcze kontrolnie, czy samochód był może malowany albo naprawiany. „A co pan myśli, że ja z głowy panu powiem? Ale chwila, jestem przy aucie, biorę miernik i wszystko zaraz będzie wiadomo.” No, i to się nazywa obsługa – po chwili dowiadujemy się, że rzeczony samochód ma lakier wręcz... dziewiczy. Żadnych malowanych elementów, żadnej szpachli, wszystko jak z fabryki. Wartości od 100 do 140 mikronów, czyli miał być bezwypadkowy, i taki jest. Jak widać, w tym komisie naprawdę obietnic bez pokrycia się nie składa! Godne podziwu tym bardziej, że to samochód ze Szwajcarii, a stamtąd, jak wieść niesie, samochody nierozbite przyjeżdżają raczej rzadko.

Blacharka: fabryczna. Z domieszką szpachli

Po chwili jesteśmy już na miejscu i – korzystając z tego, że akurat nikt się nami nie zainteresował przez dobre kilkanaście minut – zaczynamy oględziny Golfa na własną rękę. W sumie jest upał, nie każdy przecież będzie funkcjonował na tak wysokich obrotach jak normalnie, więc zwłoka ze strony obsługi jest zrozumiała. Co do samego auta, to tak się akurat przypadkowo złożyło, że pierwszy element, na który spoglądamy, już z daleka wygląda na malowany. Ale jak to, miała być fabryka? Patrzymy bliżej i trochę nam przykro, bo właśnie przyłapaliśmy komis na małym niedomówieniu. Przedni prawy błotnik został źle spasowany, szpary nigdzie nie mają nominalnych szerokości, zderzak w tym miejscu przylega tak, jakby był z innego modelu. Na potwierdzenie wyciągamy miernik grubości lakieru i na rancie błotnika odkrywamy szpachlę – 700-900 mikronów to jeszcze nie tragedia, ale chyba wypadałoby o tym poinformować przez telefon, zwłaszcza, gdy chce się wyznaczać nowe standardy?

Ktoś już tu był, ale nie... nasi

Naprawa raczej była wykonywana na miejscu, czyli jeszcze w Szwajcarii. Po otwarciu maski naszym oczom ukazują się wyraźne ślady odkręcania błotnika, ogólnie nie wygląda to zbyt porywająco. Śmiemy zaryzykować twierdzenie, że nasi blacharze zrobiliby to lepiej, zwłaszcza że szkoda nie była duża. Ale nic to, oglądamy dalej i po chwili uśmiech znów gości na naszych ustach. Reszta auta, poza tylną szybą (trzy lata młodsza od samochodu), faktycznie jest w stanie niemal fabrycznym, i jeśli do czegoś należałoby się przyczepić, to do kilku drobnych zarysowań oraz rdzawych punkcików, widocznych w co najmniej w kilku miejscach karoserii (np. dolne krawędzie przednich drzwi). Dobra wiadomość: wygląda to jedynie na powierzchniowy defekt – powinien zniknąć po porządnej polerce. 

Za to drzwi pasażera z przodu skrzypią przy otwieraniu, jak wrota tytułowej krypty z serialu „Opowieści z krypty”. Wygląda na zużyty ogranicznik, ale sprzedawca już pędzi z butelką WD40 w ręku. „Zaraz to wyciszymy” – uspokaja. Niestety, mimo szczerych chęci i wylania połowy zawartości opakowania, paskudny dźwięk nie znika. Hamulce? Tarcze nie mają rantów, ale wyglądają na mocno skorodowane, tak jakby samochód już długo nie jeździł. Opon letnich brak, auto stoi na 11-letnich zimówkach. Dlaczego tak? Ano zapewne letnie nie nadawały się do niczego, a pod ręką komuś leżały lekko nieświeże opony zimowe. I trafiły na auto akurat idące na handel. 

Ponieważ w międzyczasie pojawił się niezwykle uprzejmy sprzedawca, zaczynamy oglądać wnętrze, przy okazji poruszamy też m.in. temat tablic i jazdy próbnej, bo te blachy, które widać na aucie, z pewnością nie są tymi, na których Golf jeździł po Szwajcarii. Owszem, numer może i się zgadza, ale same tablice mają niewłaściwe wymiary, nie są to też szwajcarskie blachy eksportowe (zresztą nie mogą być, bo Golfa sprowadzono lawetą). Mówiąc krótko – klasyczne komisówki wykonane w Polsce. „Wszystko dobrze, jazdę próbną zrobimy, a gdybyście chcieli kupić, to można wracać na kołach, wystawiam ubezpieczenie na numer VIN.” Kolejna klasyka komisowego gatunku.

Wrzucić rzeczy i zapomnieć

Zanim jednak się przejedziemy, kończymy oględziny wnętrza. Golf już na pierwszy rzut oka wygląda na samochód firmowy, na dodatek taki, który ciężko pracował: plastiki w bagażniku są poniszczone, podsufitka zwłaszcza w tylnej części nadwozia – pocięta i podziurawiona. Rzut oka w papiery i wszystko jasne – pierwszym i jedynym właścicielem w Szwajcarii było przedsiębiorstwo zajmujące się urządzaniem wnętrz. Poza tym środek Golfa prezentuje się przyzwoicie – poza kilkoma defektami (rysy, urwana regulacja kąta nachylenia fotela kierowcy) jest schludnie i czysto, widać, że ktoś poświęcił dużo czasu na sprzątanie. Klimatyzacja? Jest i działa, to na pewno plus. Zwłaszcza teraz, gdy zrobiło się ciepło.

Zastanawiający jest za to fakt, że w schowku znajdujemy wszystkie dokumenty auta, poza tymi, które w jakikolwiek sposób mogłyby potwierdzić przebieg Golfa: mamy więc instrukcje do auta i multimediów, nawet spis dilerów. Książka serwisowa? Zawieszki pod maską? Brak. Jak jednak udało się ustalić w bazie serwisowej, ostatni raz samochód pojawił się w warsztacie dilerskim Volkswagena w 2016 r. i miał wtedy przejechane 168 tys. km. Teraz na liczniku widać 191 tys. km. Realne? Nie da się wykluczyć. Ale przy okazji ustalamy też i co innego – otóż Golf został wyprodukowany w 2010 r., tymczasem w ogłoszeniu jak byk stoi „2011 r.”. Wszystko się zgadza, tyle że 2011 to rok pierwszej rejestracji. Zazwyczaj handlarze piszą w takiej sytuacji, że chodzi o rok 2010/11 lub – i to nasze ulubione sformułowanie – „rok 2010, model 2011”. W tym wypadku mamy jednak tylko suche „2011 r.”... Ale nie ma się co czepiać, to pewnie te „nowe” standardy.

Czy to na pewno benzyna?!

Pora odpalić silnik. Mając w pamięci fakt, że jednostki 1.4 TSI potrafią mieć problemy z napędem rozrządu, jesteśmy wyjątkowo czujni. Przekręcamy kluczyk i silnik zaczyna klekotać jak 1.9 TDI na pompowtryskiwaczach. Obeszłoby się bez zwiększonej czujności, bo taki hałas – najprawdopodobniej to właśnie napęd rozrządu – wyłapałby nawet ktoś mający poważne problemy ze słuchem. Podczas jazdy próbnej auto ściąga na prawo, a po przekroczeniu 120 km/h całą budą trzęsie tak, jakby samochód nagle dostał żółtej febry. „To pewnie tarcze, trzeba przehamować” – uspokaja sprzedawca. Nic z tego, ostre wciśnięcie pedału nic nie daje. Ani w kwestii wibracji, ani w kwestii wytracania prędkości – hamulce są tępe i czuć, że gdybyśmy musieli awaryjnie hamować, mogłoby się to skończyć nieciekawie.

Wysiadamy więc nieco zawiedzeni, bo tych nowych standardów raczej próżno tu szukać. Owszem, sprzedawca jest niezwykle uprzejmy i uczynny, ale rozmija się w kilku kwestiach z prawdą. Samochód – wbrew deklaracjom w ogłoszeniu – wymaga nakładów finansowych (m.in.: opony, hamulce, rozrząd, zawieszenie), i to natychmiast. Pocieszające jest to, że srebrny Golf raczej nie był składany z dwóch, może mieć w miarę realny przebieg, a to – jak na import ze Szwajcarii – faktycznie miła odmiana. Auto czeka na kupca już co najmniej od jesieni zeszłego roku, cena była w międzyczasie stale obniżana.

A dlaczego kombi VW trafiło do Polski? Bo było (jest!) zwyczajnie zajechane i nikomu w drogiej Szwajcarii nie opłacało się inwestować w nie ani grosza więcej.