Wmateriałach prasowych nowego VW Beetle’a uwagę zwracają zdecydowane hasła: bardziej odważny, dynamiczny, męski. Opis jest młodzieżowy, gdyż taki pragnie być też samochód. Ale czy dzisiejsza młodzież lubi odniesienia do tradycji, do której niewątpliwie nawiązuje VW Beetle?

Dawniej nikomu nie przyszłoby do głowy, aby w ten sposób zachwalać auto. Pożądane samochodowe atuty lat 50. brzmiały: ekonomiczny, niezawodny, solidny. Specjaliści z branży reklamowej, zwani dzisiaj copywriterami, wymyślali takie hasła jak: „Wiesz, co masz” czy „Są rzeczy, na których można polegać”. A męskość? Samemu było się męskim.

Odwaga? Miał ją każdy, kto wyruszał Garbusem w podróż za granicę. A kto tęsknił za dynamiką, ten odwiedzał wesołe miasteczko. Samochód był przede wszystkim środkiem transportu, a nie wyrazem „lansu”. Jak więc należy umiejscowić najnowsze dziecko VW w stylu retro w stosunku do praprzodka sprzedanego w ponad 20 milionach egzemplarzy?

Jedno wiemy na pewno: nowy Beetle nie próbuje udawać oryginału. Podobnie było zresztą już z zaprezentowanym w 1998 r. poprzednikiem – New Beetle’em. Pod krągłą karoserią kryła się technika Golfa IV. W żadnym wypadku New Beetle nie mógł być duchowym spadkobiercą starego Garbusa z umieszczonym z tyłu 4-cylindrowym bokserem chłodzonym powietrzem.

Aby porównać najstarszą i najmłodszą generację modelu, zaaranżowaliśmy spotkanie obu aut w Wolfsburgu.

Egzemplarz, którym mieliśmy okazję odbyć małą podróż w czasie, to wersja eksportowa z 1951 roku. Jego pierwszy właściciel należał do elitarnej grupy zmotoryzowanego społeczeństwa. Tacy jak on mogli cieszyć się względnie wygodną podróżą i ochroną przed deszczem – jedyną osiągalną alternatywę stanowił motocykl lub przejazd rzadko kursującą komunikacją miejską.

25 głośnych koni mechanicznych, kierowanych na koła poprzez czterobiegową skrzynię bez synchronizacji, dziś może budzić politowanie, ale wtedy taka moc wystarczała, by zdecydować się na podróż nawet przez Alpy. Przemawiało za tym m.in. chłodzenie silnika powietrzem. Śmiałość potrafił odebrać układ kierowniczy o precyzji steru okrętowego i hamulce, gdyż każde ich użycie wymagało szybkiej korekty toru jazdy.

W Beetle’u XXI wieku nie ma mowy o takich „atrakcjach”. Technicznie jest on blisko spokrewniony z Golfem VI generacji, a testowana przez nas wersja Sport dzieli większość podzespołów z wersją GTI.

Pod maską standardowego wariantu mogą też pracować słabsze silniki, jak np. 105-konne TSI, a styl retro może być podkreślony przez liczne chromowane detale. Spłaszczona sylwetka jednoznacznie jednak zdradza dynamiczne ambicje nowego Garbusa. W stosunku do New Beetle’a nadwozie urosło o 15 cm wzdłuż i 8 cm wszerz.

Uzyskane w ten sposób proporcje kojarzą się bardziej z hot-rodem niż autem dla ludu. We wnętrzu styliści także zrezygnowali z nostalgicznych detali na rzecz sportowego chłodu i elegancji. Nie znajdziemy tu już m.in. słynnego wazonika na kwiatek ani też prędkościomierza schowanego pod okrągłą obudową.

Co zatem łączy oba auta? Na pewno skromna ilość miejsca we wnętrzu, słaba widoczność oraz przycisk uruchamiający silnik – w latach 50. rozwiązanie już przestarzałe, dziś natomiast bardzo na czasie.