Doświadczenie uczy, że jeśli handlarz ma na sprzedaż „świeżo sprowadzone” auto, to wcale nie znaczy, że jest ono w Polsce od niedawna – być może jest już dłużej, ale przepisy są takie, że dla importera lepiej, jeśli auto jest aż do momentu sprzedaży „świeżo sprowadzone”. Niby pośpiechu nie ma, ale praktyka uczy także, że jeśli samochód jest naprawdę dobry, to może znaleźć klienta w dzień-dwa i okazja zostaje sprzątnięta sprzed nosa. Nie zwlekając zatem wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Grudziądza. Ogłoszenie brzmiało zachęcająco: Auto posiada oryginalny lakier, wszystkie szyby oryginalne.

Karoseria bez rdzy, normalne ślady użytkowania. Przebieg potwierdzony książką serwisową. Oprócz tego sprzedawca zapewniał, że silnik pracuje równo i bez wycieków, że zawieszenie „jest sztywne”, zapewniał o wymianie paska napędu rozrządu w 2019 r. Widoczne na zdjęciach Kangoo to czyściutki, niepoobijany samochód; gdyby przyjrzeć się bliżej, można by zobaczyć minimalne ryski na dolnych częściach zderzaków – rzecz absolutnie nieistotna w tej klasie pojazdów.

Normalne ślady użytkowania, czyli...

Czy ten samochód istotnie został świeżo sprowadzony czy też czeka na klienta już długo, nie sposób przesądzić – w końcu mógł postać sobie w jakimś komisie za granicą. W każdym razie Kangoo sprawia wrażenie „stojącego”, no i nie chciało odpalić siłami własnego akumulatora. Odpaliło za pomocą innego auta, faktycznie bez problemu. Silnik pracuje normalnie, auto nie dymi z rury wydechowej. A zatem: okazja?

Nie do końca, bo problem w definicji „normalnych śladów użytkowania”. Po kolei: rysy na zderzaku przednim, rysy i większe otarcia zderzaka tylnego, rysy na drzwiach, wgniecenia na drzwiach, przednich, tylnych, lewych i prawych, wypłowiałe (ale nie wszystkie) listwy, dużo mniejszych wgniotek i rys w różnych miejscach... Dalej: porozpruwana, rozłażąca się już tapicerka fotela (cześciowo kwestia specyficznego starzenia się tego przedstawiciela francuskiej motoryzacji), tu i tam dziurki, całość powycierania – a na jasnym wszystko widać! Plastiki we wnętrzu podbarwiane i brudne – widać, że było to auto „do roboty” a nie „do dbania”. Kierownica brzydko odbarwiona, lewarek zmiany biegów wyślizgany, odpadające elementy, wytarte przyciski radia... W niemieckich ogłoszeniach taki stan określany jest eufemistycznie jako „defekty wizualne” – żebyś, jeśli jesteś szczególarzem, nie jechał na próżno. Widywaliśmy już znacznie mniej optycznie zużyte egzemplarze tego modelu, których deklarowany przebieg był wyższy.

A technicznie...

… przeciętnie, nawet biorąc pod uwagę wiek auta. Wszystko się bowiem zużywa, ale jeśli jest naprawiane na bieżąco, auto zachowuje mobilność i wartość. Porządnego serwisu ten samochód być może nigdy nie widział, a żeby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć na przewody hamulcowe – zgnite, aż strach jechać; wytrzymają na pewno – przynajmniej do chwili, gdy będą naprawdę potrzebne! Oddajmy jednak sprawiedliwość: w tym modelu to w zasadzie standard. Korozja podwozia w dobrej normie, to znaczy jest, ale nieistotna, za to elementy prowadnic tylnych drzwi – całkiem rude! I byłby to tylko kolejny „defekt kosmetyczny”, gdyby nie to, że... nie umiałem zamknąć drzwi. Ciągnę, szarpie nie za mocno, nie chcąc urwać klamki... Nie tak – podpowiada sprzedawca – trzeba tak! I rzeczywiście, gdy się mocniej i gwałtowniej pociągnie, drzwi się zamkną, ale korozja prowadnic i zużycie ich łożysk takie, że, drogi kierowco, sam będziesz te drzwi zamykał – dziecko albo nie da rady, albo urwie klamkę.

A tak się robi „potwierdzony przebieg”

A wiecie, skąd się biorą „przebiegi potwierdzone książką serwisową”? Nasze Kangoo to przykład idealny: w książeczce przeglądów znaleźliśmy pieczątkę z pierwszego przeglądu (przy 20 tys. km) w serwisie Renault i pieczątkę z 2019 roku (czyli 10 lat później) z serwisu (ale chyba nie przeglądu, biorąc pod uwagę stan auta) w tanim serwisie na berlińskiej stacji benzynowej. Tam, jak wynika z wpisu, wymieniono pasek rozrządu i pompę wodną. I można zrozumieć, że ten „zabieg taktyczny” to wynik staranności jeszcze poprzedniego właściciela, ale twierdzenie na tej podstawie, że przebieg jest potwierdzony... to jednak kłamstwo. Pewne wątpliwości budzi pieczątka serwisu – wyglądająca tak, jakby była wykonana z zestawu do samodzielnego składania z gumowych literek. Może berliński mechanik nie miał ochoty wydawać pieniędzy na pieczątkę z prawdziwego zdarzenia? I nie twierdzimy przy tym, że auto ma za sobą np. pół miliona km przebiegu, bo może ma tylko 140 tys. km, ale po pierwsze, nie wynika to z książeczki serwisowej, po drugie, jego stan nie wskazuje na przesadną dbałość o ten samochód i po trzecie, nawet nie warto tego sprawdzać – jakie to Kangoo jest, każdy widzi.

Auto porysowane bywa technicznie lepsze niż pomalowane byle jak, ale jednak w tym przypadku, przy ogólnym zaniedbaniu i braku wiarygodnej historii serwisowej czy choćby potwierdzenia przebiegu na niemieckich przeglądach, cenę trzeba uznać za zbyt wysoką. Sprzedawca deklaruje gotowość do negocjacji – to na plus. Jest tak dlatego, że czasy tanich napraw także w Polsce gwałtownie się kończą, a samochód zaniedbany prędzej niż później upomni się o swoje. Wymienisz akumulator, oleje, przewody hamulcowe, naprawisz prowadnice drzwi i parę jeszcze innych rzeczy, które wyjdą w trakcie – i już auto kosztuje cię 20 tysięcy. A mimo napraw wciąż będzie nieświeże, poobijane i z przetartą tapicerką. Jeśli nie potrzebujesz koniecznie przestronnego kombivana, za podobną kwotę znajdziesz bez problemu lepsze auto. Jeśli szukasz auta do ciężkiej pracy, to egzemplarz z bardziej zniszczonym pracą wnętrzem, ale z lepiej udokumentowaną historią serwisową i w niższej cenie będzie prawdopodobnie rozsądniejszym wyborem.

Ładowanie formularza...