Pan Andrzej jest nie tylko znakomitym piosenkarzem i kierowcą rajdowym. Urodzony w 1938 r. w Wilnie, skończył liceum muzyczne, a następnie PWSM w Krakowie w klasie… perkusji. Perkusista to jego pierwsze zawodowe – dodajmy przez długie lata – zajęcie. Do wspomnianych zajęć i pasji należy jeszcze dodać komponowanie muzyki, fotografowanie, podróże i dziennikarstwo.

Właśnie pojawiły się wspomnienia Andrzeja Dąbrowskiego "Do zwariowania jeden krok", spisane przez jego żonę – Agnieszkę. To gruba 450-stronicowa książka, pokazująca przede wszystkim artystyczną stronę życia muzyka i piosenkarza, ale też z dziesiątkami epizodów i anegdot motoryzacyjnych.

Andrzej Dąbrowski – muzyk i rajdowiec

Muzyka i samochody zawsze szły u autora w parze. Już od najmłodszych lat Pan Andrzej interesował się samochodami, prawo jazy (na Harleyu-Davidsonie ojca) zdobył w 1955 r., potem korzystał z kolejnych pojazdów ojca – DKW i Simki 8. Na tym drugim aucie (silnik 1100, moc 45 KM) rozpoczął swoje starty w rajdach samochodowych. Młody, 18-letni chłopak zapisał się do Automobilklubu Krakowskiego. Hamowanie, zryw, jazdę między pachołkami trenował na placu pod Kopcem Piłsudskiego. Wtedy też poznał Sobiesława Zasadę. Starty w kilku rajdach i miejsca w czołówce przyniosły na koniec sezonu sukces – Pan Andrzej został wicemistrzem Polski w samochodowych Eliminacjach Rajdowych 1957 roku. Miał wtedy 19 lat i był studentem drugiego roku krakowskiej PWSM. Autor przyznaje we wspomnieniach, że gdyby wówczas miał sponsora, to jego kariera potoczyłaby się w kierunku sportu samochodowego.

Mniej więcej w tym samym czasie co starty w imprezach samochodowych rozpoczął swoją karierę muzyczną – ale nie od śpiewania, ten etap przyszedł wiele lat później, tylko od występów w zespołach jazzowych, które po przemianach politycznych 1956 r. w Polsce zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu. Wcześniej jazz, jako "imperialistyczny wymysł" rodem z USA, był zakazany.

Granie w zespołach muzycznych wiązało się także z wyjazdami zagranicznymi. W latach 50., 60. była to wielka atrakcja dostępna tylko nielicznym. Otrzymanie paszportu i zgoda na wyjazd traktowane było przez władze jako niezwykły przywilej. Artyści nie mogli sami wyjeżdżać, aby pracować za granicą. Przymusowym pośrednikiem był "Pagart" (od Polska Agencja Artystyczna), który decydował o wydaniu paszportu oraz o tym, gdzie i jaki artysta może wyjechać.

Pierwszy zagraniczny wyjazd Andrzeja Dąbrowskiego jako członka zespołu jazzowego Andrzeja Kurylewicza to udział w Festiwalu Młodzieży i Studentów w Wiedniu, w 1959 r. (W Polsce, w Warszawie taki festiwal odbył się w 1955 r., na rok przed tzw. odwilżą polityczną).

Andrzej Dąbrowski – muzyk i reporter

Wraz z wyjazdami zagranicznymi pojawia się kolejna pasja Pana Andrzeja – reportera i dziennikarza. Pisuje relacje do "Przekroju" i tygodnika "Motor" – nie tylko o samochodach. W latach 50. i 60. tylko nieliczni mogli wyjeżdżać za granicę, czytelnicy wręcz chłonęli każde wiadomości z Zachodu: opisy wyglądu ulic, sklepów, witryn, tego jak ludzie zza żelaznej kurtyny się ubierają, co jedzą, jak mają urządzone mieszkania czy domy, jakimi samochodami jeżdżą itp.

Pierwsze reportaże z zagranicy powstały już przy okazji pierwszego wyjazdu do Wiednia w 1959 r. Potem były relacje z Paryża i wielu, wielu innych miejsc na świecie, do których Andrzej Dąbrowski trafił w czasie swojej długiej kariery muzyka i piosenkarza. Relacjom towarzyszyły fotoreportaże – zdjęcia robiło się wtedy na kliszach czarno-białych w formacie 6x9.

Dalsza część tekstu pod podcastem:

Pierwszy samochód – Mercedes 190

O czym marzył każdy, kto w tamtych latach wyjeżdżał za granicę do pracy? Żeby za zarobione pieniądze kupić samochód. Podobne marzenie miał Andrzej Dąbrowski. Udało się je zrealizować po kilkumiesięcznym pobycie w Niemczech. Jego pierwszym autem był Mercedes 190 z 1960 r. z przebiegiem 92 tys. km. Cena była okazyjna – tylko 1400 DM (nowy kosztował ok. 10 tys. DM). To było pierwsze, ale nie ostatnie auto Pana Andrzeja – jak wspomina miał w swoim życiu około pięćdziesięciu samochodów, oczywiście wliczając te kupione za granicą oraz w kraju.

Zabawna jest – z dzisiejszego punktu widzenia – opowieść o kupnie radzieckiej Łady – auta bardzo pożądanego w Polsce w latach 70. i 80. (notabene lepszego, bo nowocześniejszego od naszego Fiata 125p). Otóż Ładę kupił Pan Andrzej w… radzieckiej ambasadzie w Warszawie, ale trzeba ją było odebrać w… Moskwie. Perypetie z tym związane, w tym podróż w 30-stopniowym mrozie i poszukiwanie stacji benzynowych, zajmują kilka stron wspomnień i wywołują uśmiech. Ale w tamtym czasie autorowi wcale nie było do śmiechu…

Kamper zbudowany na parkingu

Ciekawe są także wspomnienia dotyczące kamperów. Pan Andrzej miał trzy takie pojazdy, z czego dwa zbudował sam – pierwszy na bazie czeskiej półciężarówki Avia (przeróbka trwała kilka miesięcy na… parkingu osiedlowym), drugi na Maździe. Trzeci to był profesjonalny kamper zbudowany przez specjalistyczną firmę na Citroenie.

O swojej pasji do samochodów Andrzej Dąbrowski tak pisze we wspomnieniach: "Gdy pojeżdżę autem i nacieszę się nim na przykład przez rok, to zaczyna mi się podobać inne… Bywa, że samochód, którym byłem zachwycony, sprzedaję po jakimś czasie bez żadnego żalu. A dlaczego? Bo na horyzoncie pojawiło się coś lepszego. Lubię samochody, to za mało powiedziane – ja je po prostu kocham! W każdym kupionym aucie muszę coś zmienić, coś zrobić, aby było ładniejsze, oryginalniejsze i szybsze. Samochód dostaje nowe felgi, pokrowce na fotele i wiele innych akcesoriów. A jak już sobie pojeżdżę i się nim nacieszę, auto trafia do komisu, a nowy właściciel nie posiada się z radości, jaki to świetny kupił egzemplarz. (...) Cieszy mnie wszystko, co warczy. Nawet moja stara piła spalinowa, którą czasem przycinam na działce drewno lub deski. Może to jest jakaś choroba? Czy na to można coś poradzić?"