W branży firmowego car audio na dobre zagościło dwóch debiutantów, którzy coraz lepiej radzą sobie z renomowaną konkurencją. To dwie europejskie marki: Burmester oraz Bowers & Wilkins. Trzeba przyznać, że ich najnowsze systemy są na tyle atrakcyjne, że szczególnie w Bang & Olufsen, Bose i Harmanie powinni zacząć martwić się o przyszłość kontraktów podpisywanych z producentami samochodów. Niemcy i Brytyjczycy wykonują bowiem porządną robotę. A dobrym tego przykładem jest nowy Mercedes klasy C.

Foto: Tomasz Okurowski / Auto Świat
Mercedes klasy C z zestawem Burmester

Przez długie lata w Mercedesach rządził Becker. Kiedy Niemcy zrozumieli, że samo radio to nie wszystko i pora chwalić się współpracą z dobrym producentem głośników, to wówczas pojawił się Harman. A nieco później Bang & Olufsen. W klasie C w końcu dano szansę także inżynierom z niewielkiej audio manufaktury Burmester. I trzeba przyznać, że firma stanęła na wysokości zadania.

Prawie 600 W mocy: to nic nadzwyczajnego

Burmester przygotował dla klasy C skromny, ale bardzo efektywny system. W kabinie zmieszczono łącznie 13 głośników, 9 kanałowy wzmacniacz i procesor DSP. Zgodnie z obowiązującą modą podano sumaryczną moc wzmacniacza, co jednak ma się nijak do rzeczywistości. Choć 590 W wydaje się przyzwoitym osiągnięciem, to gdyby podzielić ją pomiędzy poszczególne kanały, to wówczas trudno czymkolwiek zaimponować. Zapewne na większość głośników przypada po ok 40-50 W na kanał, a dla subwoofera pozostałe niecałe 200 W. Ale i tyle wystarczy, by przeciętny klient Mercedesa nawet nie pomyślał o wizycie w warsztacie car audio.

Foto: Tomasz Okurowski / Auto Świat
Burmester - Mercedes klasy C - głośnik średniotonowy

Do rozmieszczenia głośników trudno mieć zastrzeżenia: dwa subwoofery z przodu, centralny w desce, systemy dwudrożne w drzwiach oraz szerokopasmowe za tylną kanapą. Można wybrzydzać, że Burmester nie odważył się na prawdziwy system trójdrożny z przodu, ale w małej kabinie Mercedesa klasy C strojenie rozbudowanego zestawu byłoby dość trudne szczególnie w stosunku do potencjalnego efektu dźwiękowego. I mało opłacalne nawet w marce premium.

Frontbass – lubię to!

Najbardziej charakterystyczną cechą systemu w klasie C jest rozwiązanie nazwane Frontbass. To świetny pomysł, który konkurencja powinna zacząć naśladować: głośnik niskotonowy wbudowany w przegrodę oddzielającą kabinę od komory silnika. Inżynierowie za jednym zamachem upiekli kilka pieczeni na jednym ogniu: racjonalnie wykorzystali przestrzeń w samochodzie, rozwiązali problem z uzyskaniem odpowiedniego pasma częstotliwości (głośnik bez trudu pracuje także w niższym rejestrze) i przy okazji uniknęli efektu brzmienia basu dobiegającego wyraźnie z tyłu, co wbrew pozorom jest problemem wielu współczesnych aut. A to oznacza, że nie trzeba było eksperymentować z odwróceniem fazy subwooferów.

Komu słoń nadepnął na ucho?

Jak brzmi Burmester? Najkrócej można było określić: dosadnie. W testowym egzemplarzu, kierowca który wcześniej użytkował samochód najwyraźniej musiał być głuchy jak pień, gdyż korekcję ustawił bardzo agresywnie: solidnie zwiększył poziom tonów niskich i wysokich oraz dodał nieco także w zakresie średnim. W konsekwencji nawet przy świetnie zrealizowanych nagraniach z tzw, audiofilskich wytwórni Mercedes grał tak, jak mogą tego oczekiwać raperzy. Subwoofer dominował tak mocno, że reszta muzyków nie miała zbyt wiele do powiedzenia. To po prostu klimat idealny do powolnego objazdu miasta ze wszystkimi opuszczonymi szybami. Ale na pewno nie dla osoby o audiofilskich ambicjach.

Mercedes klasy C Burmester - podstawowa korekcja tonów

Niezależnie jednak od tego jak będzie ustawiony poziom tonów niskich, to jednak trzeba przyznać, że subwoofer grał czysto, schludnie, mocno, twardo i całkiem dynamicznie. Trudno było narzekać na brak mocy i doszukiwać się problemów z kontrolą. Co więcej miłym uzupełnieniem była zdolność do „zjeżdżania w dół”. Głośnik dobrze radził sobie także wówczas gdy w nagraniach nie zabrakło fragmentów z bardzo niskimi rejestrami. Innymi słowy: bas nie tylko było słychać. Można go było również dobrze poczuć – szczególnie nogą opartą o nadkole. Kto jednak przesadzi będzie miał gwarantowany ból głowy po dłuższej podróży.

Burmester potrafi zagrać siermiężnie!

Burmester w klasie C wyróżnia się specyfiką  charakterystyki korekcji dźwięku.  Nie trudno o wrażenie, że firmowi akustycy na siłę uszczęśliwili słuchaczy efektem surround, Wystarczy bowiem wyłączyć dźwięk przestrzenny, by brzmienie i scena pogorszyły się na tyle, by czym prędzej naprawić swój błąd. Dziwi, że różnica w uporządkowaniu sceny, jej stabilności, wysokości, głębokości a także skupieniu muzyków i wokalisty jest tak ogromna. Innymi słowy: przyjemność ze słuchania zaczyna się dopiero po włączeniu surround,. A bez niego jest na tyle siermiężnie, jakbyśmy korzystali z zupełnie innego, gorszego nagłośnienia.

W każdym systemie audio można się doszukiwać wad. I bez trudu się je znajdzie. Także w klasie C. Można się czepiać, że góra jest nieco zbyt syntetyczna co przekłada się na niezbyt naturalne wokale. Można narzekać na zadziwiająco słabą scenę dźwiękową po wyłączeniu korekcji surround. A także grymasić, gdy okaże się, że pod względem funkcjonalności i wygody obsługi Mercedes mógłby bardziej się postarać. No i czepiać się, że Burmester w klasie S gra znacznie lepiej. To i tak jednak nie przesłoni bardzo pozytywnego obrazu. Mercedes nie był pazerny przy tworzeniu cennika opcji: dopłata do systemu Burmester nie jest wygórowana (ok. 4100 zł). A ponadto zdając się na fabryczne gotowe efekty korekcji firmowe audio może przynieść wystarczająco dużo satysfakcji ze słuchania muzyki. A o to przecież chodzi.