• Większość tanich samochodów na prąd oferowanych za pośrednictwem serwisów ogłoszeniowych w Polsce to pojazdy niekompletne albo uszkodzone
  • W przypadku samochodów elektrycznych naprawa po wypadku może okazać się trudna i niezwykle kosztowna, często w praktyce niemożliwa
  • Kupienie działającej baterii w razie jej braku do samochodu pozyskanego spoza polskiego rynku jest zwykle – przynajmniej przy użyciu oficjalnych kanałów dystrybucji – niemożliwe
  • Więcej takich tekstów znajdziesz na stronie głównej Onetu

To głos przedstawiciela nielicznej w Polsce, ale coraz głośniejszej grupy właścicieli samochodów elektrycznych, którzy wraz z przesiadką do auta na prąd zradykalizowali się i żądają, by inni poszli w ich ślady. Z wpisów i zdjęć zamieszczanych w mediach społecznościowych dowiadujemy się, że znaczna część aktywistów to ludzie zamożni, jeżdżący nowymi i prawie nowymi samochodami na prąd kupowanymi za 150-200 tys. zł i więcej. Przyznają oni, że owszem, ich auta mogą być niedostępne dla wszystkich, ale przecież samochód na prąd, który zastąpi auto spalinowe, można kupić już za 30 tys. zł! Nie podoba się "elektryk" za 30 tys. zł? Wiadomo: "szlachta byle czym nie jeździ"!

W polskich ogłoszeniach "elektryków" do 30 tys. zł niewiele. Może są chociaż dobre?

Na Otomoto, gdy wyszukiwanie "elektryków" ograniczymy do ofert w granicach 30 tys. zł, wyświetlają się 33 ogłoszenia. Na OLX – kilkanaście, przy czym niektóre powtarzają się – sprzedawcy ogłaszają chęć spieniężenia swojego pojazdu albo pozostałości po nim w różnych miejscach. To mało, aby wypełnić lukę po zezłomowaniu kilkunastu milionów spalinowych osobówek, ale może warto mimo wszystko zastanowić się nad takim pojazdem?

Renault Twizzy: alternatywa skutera już za 12 tys. zł?

To nie do końca samochód – to dwuosobowy czterokołowiec, w którym pasażer siedzi za kierowcą. Pojazd raczej sezonowy (seryjnie nie ma szyb w drzwiach), co jednocześnie pozwoliło producentowi zaoszczędzić na klimatyzacji i ogrzewaniu. Za to może być wyposażony w rodzaj osłony termicznej, taki kocyk. Prędkość maksymalna pojazdu napędzanego przez silnik o mocy 17 KM to ok. 80 km/h, a zasięg... teoretyczny zasięg zapewniany przez baterię o poj. 6,1 kWh to nawet 100 km, jednak w praktyce to nie więcej niż 80 km. Jeśli teren jest pagórkowaty albo kierowca się spieszy, to ok. 50 km.

Renault Twizy Foto: Auto Świat
Renault Twizy

Na Otomoto widzimy ofertę sprzedaży Twizzy z 2018 roku z symbolicznym przebiegiem 7000 km za 12 tys. 600 zł, ale uwaga – "Ohne Batterie" – czyli bez baterii. To dlatego, że producent w swoim czasie oferował sprzedaż samego pojazdu, zaś baterie do niego wynajmował. Oferowane za niewielkie pieniądze Twizzy ma uszkodzone drzwi i tylny wahacz, nie ma też kluczyka. Podsumowując: może posłużyć za magazyn części zamiennych.

Jest też kilka droższych i sprawnych Twizzy bez baterii oferowanych w cenach od 16 tys. do 26 tys. zł. Najtańszy z baterią kosztuje 25 tys. 900 zł, ale najtańszy wyglądający sensownie (przebieg niecałe 36 tys. km) ma 10 lat i kosztuje 26 tys. 900 zł. Ma szyby! Właściciel przysięga, że na jednym ładowaniu da się przejechać 80 km, ale z kolei inni mówią: 40-80. No cóż... to nie samochód, ale mieści się w budżecie.

Citroen C-Zero – od 20 tys. zł. Teoretycznie

To tak naprawdę Mitsubishi i-Miev, który w Europie był oferowany także jako Citroen i Peugeot. Ten model był pierwszym wielkoseryjnym samochodem elektrycznym, produkowano go od 2010 r. Warto pomyśleć o nim poważnie, ponieważ jest to najtańszy "prawie normalny" samochód na prąd, który jednocześnie mieści się w 30-tysięcznym budżecie. Akumulator 16 kWh, napęd na tył, klimatyzacja. To jednocześnie jeden z najbardziej ekonomicznych pojazdów, jakie występują w przyrodzie – na jednym ładowaniu jako nowy przejeżdżał nawet 120 km! Realnie, aby się nie rozczarować, przyjmijmy, że może przejechać 80 km po płaskim. Pamiętajmy, że te auta mają po 10 lat!

Citroen C-Zero 1 generacja 2010 rok Foto: Citroën
Citroen C-Zero 1 generacja 2010 rok

Na otomoto widzimy ofertę C-Zero za 21 tys. 400 zł. Rocznik 2012, 88 tys. km. Niestety, jest poobijany – m.in. ma połamany zderzak, stłuczony reflektor, pogiętą maskę. Raczej należy odradzić takie oferty – te samochody są niemal nienaprawialne, to ich największa wada. Brakuje nowych części, używanych też jak na lekarstwo. Maskę "ulepisz", ale już reflektor jest kłopotem. A co, jeśli w środku coś jeszcze się połamało?

Kolejny Citroen C-Zero, wydaje się, że cały, wyceniony jest na 25 tys. 900 zł (rocznik 2011, 53 tys. km). Sprzedawca mówi o zasięgu 120 km, ale ktoś to raczej wyczytał z danych technicznych niż sprawdził – to oferta komisowa. Będziemy się upierać: 80! Kolejny Citroen kosztuje 27 tys. zł i jest zarejestrowany w Polsce, ma "najechane" 113 tys. km. Kolejny – 28 tys. zł – przyjechał z Norwegii i ma tylko osiem lat. Coś by się wybrało, jednak roli auta rodzinnego ten model nie udźwignie.

Dalszy ciąg tekstu pod materiałem wideo:

Mitsubishi i-Miev

W polskich ogłoszeniach jest obecnie kilka egzemplarzy tego modelu w cenach 27-35 tys. zł. Większość kupiono z drugiej albo z trzeciej ręki za granicą. Większość, bo samochód oferowano jako nowy i w Polsce, jednak jego cena (początkowo ok. 160 tys. zł) uznawana była w swoim czasie za zaporową.

Mitsubishi i-MIEV Foto: Auto Świat
Mitsubishi i-MIEV

Z czasem niesprzedane egzemplarze bez przebiegu można było kupić za 130 tys. zł, potem za 120 tysięcy... Nie należy wykluczyć, że sprzedano je w końcu za "co łaska", kupowały go głównie firmy nawet nie po to, by korzystać, ale aby pokazać, że są w awangardzie organizacji przyjaznych środowisku.

Przy dzisiejszych cenach paliw można takie auto rozważyć jako miejskie wozidełko zakupowe albo jako... środek karny dla elektro-aktywistów: niech przejedzie taki za karę i-Mievem z Warszawy do Gdańska (po drodze pełno ładowarek – prawda?), a potem radzi innym, aby kupili sobie ten pojazd zamiast samochodu!

Na otomoto do 30 tys. zł są trzy oferty tego modelu, a wszystkich razem – cztery.

Renault ZOE – najtańszy za 20 tys. 910 zł

Zoe to poważne auto miejskie – małe, ale całkiem sensowne. Na pierwszy rzut oka także niedrogie, co może dziwić: są jeszcze auta dobre i niedrogie? Najtańsze ZOE na Otomoto pochodzi z 2015 roku i kosztuje 20 tys. 910 zł. Niestety, ma też "lekkie uszkodzenie" – rozbity prawy tył, no i nie ma baterii. Po co komu "elektryk" bez baterii?

Renault ZOE Foto: Marcin Matus / Auto Świat
Renault ZOE

Kolejny ZOE (rocznik 2019) kosztuje 25 tys. 900 zł, ale nie ma przodu. Też sprzedawany jest bez akumulatora. Kolejny (rocznik 2016, 36 tys. 900 zł) ma baterię na własność, ale też nie ma przodu.

Najtańszy jeżdżący ZOE z baterią na własność ma dziewięć lat i kosztuje 45 tys. 999 zł.

Nissan Leaf za 25 tys. 700 zł ma akumulator i jeździ, ale...

Rocznik 2011, przebieg 137 tys. km, auto w ciągłej eksploatacji. Nie jest nowy, bateria już niemłoda, ale cena zaskakująco atrakcyjna. Sprzedawca kusi możliwością przejazdu 100 km za 12 zł. Klima, poduszki powietrzne... Gdzie jest haczyk? "Haczyk" widzimy dopiero na zdjęciach: to auto ma kierownicę po prawej stronie!

Nissan Leaf Foto: Auto Świat
Nissan Leaf

Najtańszy rokujący Leaf kosztuje 41 tys. 900 zł, ma dziewięć lat i właśnie przyjechał z Norwegii. Bateria o poj. 24 kWh (malutka) według sprzedawcy "ma 10 z 12 kresek" – to chyba w miarę dobrze?

Renault Kangoo za 28 tys. zł. Czy to tak wiele?

Zarówno na Otomoto jak i na OLX widzimy też żółtawe elektryczne Renault Kangoo z 2012 roku. Ma baterię na własność, przebieg niewiele ponad 100 tys. km... Super! Niestety, to wersja towarowa (blaszak), a do tego auto jest nieprawdopodobnie sponiewierane i zaniedbane – tak przynajmniej wygląda. Do wożenia warzyw na bazar – OK! Do wożenia ludzi – nie za bardzo.

A może kupisz sobie "chińczyka"?

ECOMP-BLUECAR Foto: otoMoto
ECOMP-BLUECAR

Naszą uwagę na Otomoto przyciąga też auto o niewymownej nazwie, reklamowany jako "samochód osobowy". Rocznik 2013, niecałe 70 tys. km przebiegu, bardzo ładny pojazd. Opis ogłoszenia zawiera jednak obok dobrych także złe informacje: "Samochód elektryczny CECOMP-BLUECAR. Nie rozbity. Problem z elektryką. NIE PRZYJMUJEY AUT W ROZLICZENIU".

Smart Fortwo Electric – dobra cena, drobny problem

Na OLX kusi fanów elektromobilności oferta sprzedaży Smarta za jedyne 11 900 zł. Auto ma siedem lat i przejechane jedynie 75 tys. km. Niestety, opis pojazdu rozwiewa złudzenia: "Wszystkie podzespoły w pełni sprawne. Poza baterią auto kompletne. Istnieje możliwość dokupienia uszkodzonej baterii w cenie 7000 zł".

Smart EQ Fortwo Foto: Igor Kohutnicki / Auto Świat
Smart EQ Fortwo

Podsumujmy: 7-letni dwuosobowy "maluch" z uszkodzoną baterią ma kosztować 19 tys. zł. Warto dodać, że nawet nowy i w pełni sprawny Smart Fortwo nie jest alternatywą jakiegokolwiek samochodu rodzinnego czy biznesowego zarówno z uwagi na wielkość pojazdu, jak i na zasięg.

Powyższa lista z grubsza wyczerpuje polską ofertę samochodów elektrycznych, które można kupić, mając budżet rzędu 30 tys. zł.

Autem na prąd można jeździć po całej Polsce!

Aktywiści domagający się na różnych portalach społecznościowych opodatkowania i jak najszybszej eliminacji z dróg pojazdów spalinowych podnoszą, że samochodem na prąd można dziś jeździć nie tylko po mieście – zasięgi współczesnych modeli pozwalają na przejechanie na jednym ładowaniu 300 km i więcej. Trzeba tylko rozsądnie "gospodarować prędkością". To prawda – jest mnóstwo świadectw użytkowników aut na prąd, które potwierdzają, że udało się sprawnie przejechać np. z Warszawy do Gdańska "elektrykiem", a podróż trwała zaledwie 20 minut dłużej niż autem spalinowym. Postoju na doładowanie baterii nie ma co liczyć, bo przecież jadąc samochodem spalinowym też trzeba się zatrzymać, aby odpocząć. Jedno zastrzeżenie: mówimy o samochodach, które kosztują 150-200 tys. zł i więcej. Dodaj do tego ładowarkę garażową, podprowadzenie solidnej instalacji zasilającej... no i warunek progowy: trzeba mieszkać w domu z garażem albo należeć do bardzo wąskiej grupy szczęśliwców, którzy mieszkają w bloku, ale udało im się zorganizować punkt ładowania w garażu podziemnym.

Co do tanich aut używanych na prąd, to warto zajrzeć też na niemieckie portale ogłoszeniowe – w końcu i tak większość używanych samochodów elektrycznych oferowanych w Polsce pochodzi z zagranicy. Po co płacić marżę pośrednika, skoro można samochód sprowadzić osobiście?

W Niemczech także bieda. Ale ofert więcej!

Zajrzyjmy do niemieckiego serwisu ogłoszeniowego: w cenie do 6500 euro mamy zaledwie 95 ofert. Najtańsze to głównie reklamy sprzedaży mikropojazdów i skuterów na prąd, a pierwsza dotycząca sprzedaży "półauta-półskutera" mówi o – jak w Polsce – Renault Twizzy. Pojazd kosztuje 3000 euro, ale bez baterii "której niestety już nie mam".

Za 3500 euro ktoś sprzedaje ThinkCity!

Oferta na mobile.de Foto: mobile.de
Oferta na mobile.de

To mikroauto z 2010 roku z przebiegiem 40 tys. km. Moc 46 KM. Sprzedawca obiecuje podpowiedzieć, jak wyłączyć wspomaganie kierownicy, które pożera prąd – i dzięki temu można jeździć dłużej, a nawet uniknąć wymiany akumulatora, który już nie jest pierwszej młodości. Po co komu w tak małym aucie wspomaganie kierownicy? Właściciel zastrzega, że nie udziela na pojazd jakiejkolwiek gwaranacji ani rękojmi. Po naszemu: "byle do bramy, potem się nie znamy".

City EL – pojazd jak z bajki!

City EL Foto: mobile.de
City EL

W Niemczech sprzedają takie cuda, którymi w Polsce możesz zrobić prawdziwą furorę. Za 3900 euro można zostać właścicielem trzykołowca z 2006 roku, który rozpędza się do 70 km/h i ma zasięg 90-120 km. Jest nawet podgrzewanie fotela! Przebieg 57 tys. km świadczy o tym, że pojazdem tym można się przemieszczać z miejsca na miejsce – ktoś tym sprzętem przez 16 lat twardo przejeżdżał średnio 3600 km rocznie!

Peugeot 106 – skromnie, ale ekologicznie

Elektryczny Peugeot 106 Foto: mobile.de
Elektryczny Peugeot 106

Za 4000 euro można kupić już prawie youngtimera – Peugeota 106 przerobionego na zasilanie elektryczne. Niewielka moc (zaledwie 11 KM) utrudnia pokonywanie dużych przebiegów, ale daje nadzieję na to, że auto nie jest przesadnie zużyte.

5000 euro – wciąż trudno wyjechać "na kołach"

Za 4900 euro – to już ok. 22 tys. 500 zł plus koszty transportu – można kupić ładne Renault Kangoo Express ZE. Niestety, to tylko blaszak, a do tego bez akumulatora. Szukamy dalej. Jesteśmy wciąż na poziomie Twizzy, pojawiają się jednak chińskie miniauta z silnikami o mocy kilkunastu KM. Mniej zwinne niż rower czy skuter, ale na głowę się nie leje. Za 5200 zł ktoś sprzedaje auto o nazwie T-King EVO3. Rozpędzisz się nim do 70 km/h, na jednym ładowaniu zajedziesz nawet 80 km. Jak na uniwersalne auto rodzinne – jednak słabo.

Chińskie miniauto na prąd Foto: mobile.de
Chińskie miniauto na prąd

A pamiętacie Renault Fluence? To skromny, ale przestrony sedan. Takie auto z 2013 roku można kupić z własną baterią! Niestety, sprzedawca przyznaje, że sprawność akumulatora w tym aucie to już tylko 71 proc. Daleko nie zajedziesz.

Renault Fluence – mobile.de Foto: mobile.de
Renault Fluence – mobile.de

Za 6500 euro możemy też kupić Smarta Fortwo z 2013 roku – w pełni sprawne auto z przebiegiem 50 tys. km. Niestety, akumulator jest wynajmowany, a więc... Właściciel podpowiada, że akumulator można będzie w przyszłości wykupić, ale opcja wynajmu jest bardzo wygodna. O auto dbał, ładował zawsze niskim prądem, nawet zimą samochód potrafi przejechać 90 km na jednym ładowaniu. Cóż – jest to jednak oferta na rynek niemiecki.

Reasumując...

...samochód elektryczny za 30 tys. zł w żadnym razie nie jest alternatywą dla pojazdu spalinowego. To jakieś mrzonki! Najbardziej realne jest kupno Mitsubishi i-Mieva (lub innego "trojaczka"), które sprawdzi się jako miejski samochód na rutynowo pokonywanych trasach – do pierwszej poważnej usterki, która oby szybko nie wystąpiła.

Okazuje się przy tym, że tanich używanych aut na prąd jest tak mało, że opowieści o masowej zamianie aut spalinowych na tanie używane elektryki to jednak zwykłe głupoty. Nawet gdyby podbić budżet do 50 tys. zł – niewiele to zmieni!

Aby jeździć samochodem na prąd wciąż trzeba mieć po prostu gruby portfel, zwłaszcza jeśli ma to być nasz główny środek transportu.