• W przypadku blisko 90-letniego auta nie da się tak po prostu wsiąść, przekręcić kluczyk i odjechać
  • Z hamowaniem też jest specyficznie – większość przyłożonej na pedał siły jest spożytkowana na naprężenie cięgien hamulcowych
  • Niestety, większość kierowców nie sympatyzuje z naszym stylem jazdy. Najgorsi są ci, którzy wjeżdżają przed Citroëna, bo na naszym pasie stoi mniej aut

A, jeszcze jedno: zabrudzony karton wciąż leży pod autem. Znów zapomnieliśmy! Trzeba wysiąść, klęknąć w pyle, by wyciągnąć zostawione wieczorem zabezpieczenie przed kłótnią z sąsiadami lub strażą miejską, złożyć, schować i nareszcie można odpalać. Po każdorazowym rannym rytuale (wyciągnięcie ssania, otwarcie kranika paliwa) silnik zaczyna nierówno i niespokojnie pracować. Dziś i tak szybko poszło – czasem trzeba jeszcze uzupełnić płyn chłodzący, bo pompa jest nieszczelna i gubiła chłodziwo całą noc (nie zbyt dużo, ale jednak). Szczęście naprawdę nam dopisało, bo często zdarza się też, że akumulator okazuje się zbyt słaby, by rozrusznik mógł uruchomić silnik. Wtedy trzeba łapać za korbę, a to nie jest wcale ani lekkie, ani przyjemne. Tak czy inaczej, nasi koledzy parkują już swoje auta w podfirmowym podziemnym garażu, a my jeszcze nawet nie wyjechaliśmy!

W przypadku blisko 90-letniego auta nie da się tak po prostu wsiąść, przekręcić kluczyk i odjechać (czasem w ogóle się to nie udaje). Zanim włączymy się do ruchu nowoczesnych pojazdów, musi trochę minąć. A gdy już się to uda, często okazuje się, że zagonieni użytkownicy dróg wcale nie tak łaskawym okiem, jak mogłoby się wydawać, patrzą na niezbyt rącze auto przed sobą. Zanim spadnie na nas fala krytyki i pytań, kto właściwie wpadł na pomysł poruszania się 90-letnim autem po zatłoczonym mieście, zawczasu stawiamy pytanie retoryczne: a do czego służy samochód? Ten konkretny egzemplarz nie jest perełką, którą można podziwiać za szybą. Auto jeździ na rajdy, znamy je od podszewki, czemu by więc nie spróbować takiego eksperymentu?

Konstrukcja Citroëna jest nam tak dobrze znana, że poszczególne elementy auta mają nawet swoje imiona, oczywiście, francuskie. I jeśli Jacques, trzpień resoru, Mireille, dławica pompy wodnej, czy Charles, przednia prawa dźwignia hamulca, będą wymagały uwagi, zostanie ona im poświęcona. Ale na razie wszyscy nasi przyjaciele są zadowoleni.

Silnik zaczął pracować już równiej, nadszedł więc czas na zmniejszenie ręcznego gazu i skoncentrowanie się nad niezsynchronizowaną skrzynią biegów. Zdejmujemy gaz, wciskamy sprzęgło, ustawiamy drążek biegów w środkowej pozycji, znów wciskamy sprzęgło. Obroty zdążyły już spaść, więc delikatnie przesuwamy drążek do przodu. Krr, krr – jest! Jedziemy 45 km/h! I szybciej raczej nie będzie, bo inaczej każde skrzyżowanie ze światłami mogłoby przyprawić kierowcę o zawał – światła zmienią się czy nie? Wciśnięcie gazu i szybka ucieczka pustym pasem raczej nie wchodzą tu w rachubę, a ostre hamowanie w wykonaniu 90-latka znaczy zupełnie coś innego niż w aucie nawet z lat 60. – ostatecznie nie da się tu wyrzucić kotwicy, by natychmiast stanąć.

Całe 30 koni ważącego 1,3 tony Conduite interieure (tak nazywa się długa 4-drzwiowa odmiana AC4, choć prościej byłoby napisać: limuzyna) w codziennym życiu nie pozwala na jakąkolwiek elastyczność czy odczuwalne przyspieszenie. Z hamowaniem też jest specyficznie – większość przyłożonej na pedał siły jest spożytkowana na naprężenie cięgien hamulcowych, a tylko trochę, można wręcz mówić o homeopatycznej dawce, na dociśnięcie szerokich na dwa palce okładzin do żeliwnych bębnów. Każde światła są więc grą – trzeba wiedzieć znacznie wcześniej, czy wyskoczy czerwone, czy nie. Na znanych nam skrzyżowaniach pomaga migające zielone światło dla pieszych – dla nas oznacza to początek hamowania. Ale nie wszędzie światło dla pieszych jest zgrane z tym dla aut – zwłaszcza na bardziej skomplikowanych krzyżówkach można się przeliczyć. Tak czy inaczej, trzeba się mieć na baczności.

Niestety, większość kierowców nie sympatyzuje z naszym stylem jazdy. Najgorsi są ci, którzy wjeżdżają przed Citroëna, bo na naszym pasie stoi mniej aut. Nie wiedzą, że wymierzyliśmy już sobie drogę hamowania i taka zmiana powoduje wystąpienie potu na czole. Na szczęście podniesione w górę kciuki, pytania o rocznik czy po prostu szerokie uśmiechy i machanie rękami są znacznie częstsze niż agresywne wyprzedzanie i ostre hamowanie zaraz po nim.

Szczególną radość nasze auto sprawia bez wątpienia dzieciom. Gdy zostawiamy naszego Citroëna zaparkowanego na ulicy na dłuższy czas, po powrocie widać ślady stóp na zewnętrznych progach i tłuste odciski rąk na szybach. I nie są to duże odciski... Najwyraźniej filmowe sceny przedstawiające Ala Capone i stojących na progach auta towarzyszących mu goryli wciąż są żywe i wciąż na nowo odtwarzane.

Ale dzieciaki patrzące na auto, czy nawet próbujące się na nie wspiąć, nie są największym wyzwaniem. Tym okazuje się 9-latek, który na potrzeby naszego testu będzie z nami jeździł przedwojennym Citroënem. A skoro Jasiek ma z nami jeździć, nie ma mowy o żadnych kompromisach – w końcu samochód to samochód, nieważne, ile ma lat.

Nie zrozumcie nas źle – Jasiek nie jest wcale niesfornym chłopakiem, który za nic ma „obiekt kultury technicznej i narodowego dziedzictwa Francji”. To my nie stawiamy mu innych barier niż przed jazdą nowoczesnym samochodem. Początkowo Janek rozkłada się na tylnej kanapie. Ale to szybko się nudzi, a że sprężystość siedzenia przypomina nieco trampolinę, chłopiec podskakuje niemalże pod dach. Jedzenie w aucie? Nie ma sprawy. Wnętrze naszego Citroëna i tak nie jest oryginalne. Materiały użyte w kokpicie są nowoczesne, a więc łatwo je oczyścić. To samo z wykładziną dywanową.

Jednak kolejna sprawa nie jest już prosta. Jasiek namiętnie jeździ BMX-em, który bezproblemowo wchodzi do nowoczesnego auta. A co zrobić, gdy jeździ się 90-latkiem? Po krótkim namyśle stanęło na tym, że najprościej będzie przymocować rower pasami do tylnego kufra. W końcu wyjaśnienie 9-latkowi, że dziś nie będzie miał treningu, bo przyjechaliśmy niewłaściwym autem, nie byłoby proste.

Takie postawienie sprawy ma jednak również ukryty cel wychowawczy – chcemy, by również nowe pokolenia interesowały się klasycznymi autami. Podejście w stylu: „Zostaw! Nie rusz! Uszkodzisz!” na pewno nie wzbudzi w nich zainteresowania motoryzacją sprzed kilku dekad. O auta trzeba dbać, ale trzeba ich też używać – zwłaszcza, jeśli są w takim stanie, jak nasz Citroën.

Oczywiście, Janek jeszcze tego nie wie, ale utrzymanie klasycznego auta w dobrej kondycji wymaga nieco zachodu i wcale nie jest takie proste. To właśnie dlatego AC4 nie jest do końca oryginalnym samochodem, ale zasadnicze elementy pojazdu są zgodne z epoką: miedziana uszczelka pod głowicą, skrzynia korbowa bez uszczelnienia simmeringami, bukowe tarczki jako element cierny amortyzatorów. Jest też kilka nowości: współczesne dętki utrzymujące powietrze w odtworzonych superkomfortowych oponach Michelin 130/40, 12-woltowa elektryka do zasilania oświetlenia i wycieraczek, hartowane szyby i nowa wiązka elektryczna z bezpiecznikami, która zapobiega ewentualnemu pożarowi.

Wypełniony po brzegi nowoczesnymi narzędziami, olejami i częściami bagażnik sprawia, że z większości opresji potrafimy wyjść samodzielnie. Do tego dochodzą typowe dla przedwojennych aut czynności obsługowe: od czasu do czasu trzeba ustawić pompę wody, nasmarować sworznie zawieszenia, wyregulować cięgna hamulców lub też wyczyścić świece. Jeśli to wszystko regularnie robimy, auto będzie naprawdę niezawodne.

Tylko na stałe ubytki oleju nie mamy recepty, ale to problem już z 1930 roku (tyle że wtedy nikomu to nie przeszkadzało). Pozostaje więc karton pod autem... Tylko trzeba o nim pamiętać!

Naszym zdaniem

Tak zupełnie poważnie to nie chcielibyśmy każdego dnia jeździć Citroënem z 1930 roku, bo poruszanie się takim weteranem w dzisiejszym ruchu miejskim powoduje stres. Musimy jednak przyznać, że AC4 całkiem dobrze poradziło sobie z „nowoczesnymi” zadaniami, które przed nim postawiliśmy.